Życie zależne od mienia

Znamy dobrze fragment Ewangelii według św. Łukasza: Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet, gdy ktoś opływa [we wszystko], życie jego nie jest zależne od jego mienia. Jest to – filozoficznie rzecz ujmując – jedna z wielu oczywistości. Filozoficznie bez wątpienia, ale czy życiowo?

Doświadczamy kolejnych sytuacji, gdzie ktoś sprzedaje coś, czasem samego siebie za mienie. Ostatnio jesteśmy świadkami kupczenia honorem i godnością. Ktoś, będąc przegranym w kraju, próbuje wbrew interesom własnego narodu torować sobie drogę do nowego, nie ważne czy Jorku – do „nowego” za cenę godności i honoru. To nas oburza. Nas, to znaczy kogo? Mojej strony nie czytają wszyscy, nie odpowiadają na ankietę wszyscy. Odpowiadają i tak ci „inni”. Nie burzą się natomiast ci, którzy w codziennym życiu kupczą swoją godnością. Rodzi się więc pytanie: Czy jesteśmy lepsi, czy pozbawieni okazji do sprawdzenia siebie? Czy jesteśmy bardziej honorowi, bo biedni; czy też biedni, bo honorowi?

Pytanie trudne. I zanim osądzi się zbyt łatwo kogokolwiek, należałoby osądzić siebie. Przywołać sytuacje z własnego życia, w których sprzedało się kawałek siebie za mienie, czasem bardzo skromne. Jeśli natomiast własne życie okazało się pasmem wygranych, wtedy można być dumnym i bardziej surowym dla innych. Bo tak to już jest, że każdy święty jest dla nas wezwaniem i pytaniem o naszą świętość, zaś każdy grzesznik i człowiek nieuczciwy pytaniem o naszą grzeszność i nieuczciwość. Czyżby więc życie zależało od mienia?

 

Dobro i zło po polsku czyli przypadek o. Konrada

Kilkakrotnie w moich felietonach wracało określenie „po polsku”. Bo rzeczywiście u nas nic nie jest takie, jak gdzie indziej – nawet dobro i zło. Każdą z tych rzeczywistości rozumiemy fragmentarycznie. Dla przykładu dobro nie oznacza jakiejś właściwości człowieka, lecz określony wycinek jego życia. Jest się więc dobrym dla rodziny, albo dla grupy przyjaciół, bądź też dla grupy, z którą trzyma się… władzę. Podobnie dobro wspólne, nie musi ono oznaczać czynników pozwalających na rozwój człowieka czy też wspólnoty. Wspólne, oznacza dzielone z tymi, z którymi się trzyma. Również i zło nie oznacza braku dobra, lecz jakąś próżnię, na której można dobudować większe jeszcze zło. Dokonaliśmy też kolejnego przełomu w metafizyce: nasze zło wcale nie potrzebuje odniesienia do dobra, to dobro staje się jakieś nieprawdziwe, jeśli nie ma w nim miejsca na zło.

                Praktyczną tego konsekwencją są nasze sądy, zwłaszcza moralne. Przypominają one osądzanie winnych przez nawróconego diabła albo upadłego anioła. Jednak ani anioł, ani diabeł nie są autentyczni. Są polscy. W takim też duchu rosną nasze owoce po Janie Pawle II. Z jednej strony obraziła się medialna mniejszość, że większość odważyła się mieć wielkiego bez domieszki, z drugiej strony obraziła się większość, że mniejszość podkłada jej czarną owcę w postaci agenta w sutannie. Pocieszające jest jedynie to, że i owca jest polska, czyli nie do końca czarna.

                Czy mamy zatem coś jak inni? Rozum, ale niestety rzadko po niego sięgamy. A bez niego łatwo uwierzyć we wszystko. Nie chcemy już kojarzyć faktów, wyciągać wniosków, pamiętać słów człowieka z wczoraj, podczas gdy dzisiaj im zaprzecza. Nie wysilamy się, by widzieć, wystarczy, że patrzymy. Nie usiłujemy rozumieć, wystarczy, że wyjaśniamy. Nie usiłujemy być lepsi, wystarczy, że chcemy. Najbardziej żałosne jest to, że miernota dotknęła elit – nie tylko politycznych czy medialnych. Miernota dotknęła tych, którzy z rozumu żyją. Czyżby więc z ich powodu również nasze statystyki o spadającym bezrobociu miały być prawdziwe tylko po polsku?

 

Do czego jeszcze można wykorzystać papieża?

Jestem świeżo po lekturze tekstu Jacka Bartyzela Czas zapaśników Boga (Rzeczpospolita” z 22 kwietnia 205). Pozornie tekst broni Kościoła a szczególnie papieża, który dopiero co odszedł i papieża, którego pontyfikat jeszcze na dobre się nie zaczął. Czytając tekst odniosłem wrażenie, że autor zna dzieła nie opublikowane kardynała Ratzingera i boleje nad tym, na ile ustępstw musiał pójść Jan Paweł II w wojnie z niewiernymi współczesnego świata. Tymczasem kardynał Ratzinger (chociażby w wywiadzie z 2003 roku) największe zadanie dla Kościoła widzi w rzeczowym dialogu ze współczesnym światem, filozofią i kulturą. Czyżby autor wiedział coś, o czym ja nie wiem, albo czytał coś, czego nie przeczytałem?

                Z tekstu wynika, że co prawda Sobór Watykański II otarł się o herezję, ale dzięki Bogu jej nie uległ. A herezją miałaby być myśl współczesna i współczesna cywilizacja. Profesor Bartyzel martwi się, że zaczęliśmy budować bez projektu. Ja natomiast mam wrażenie, że autor wyraża nadzieję na odbudowanie świata według projektu, który Kościół uznał już dawno za nieprzystający do współczesności. Wierność tradycji nie zawsze pokrywa się z ideami konserwatywnymi, czasem wręcz musi je odrzucać, by nie odejść od żywej Tradycji Kościoła.

                Jakie jednak alternatywy proponuje? Budowanie Kościoła w świecie jest zdaniem autora niebezpieczne. To może zbudować go w duchowej próżni podpartej luźno wyrwanymi z kontekstu tezami. Sobór pokazał Kościół jako wspólnotę, której Ojciec wydobywa ze skarbca rzeczy nowe i stare. Taka wizja jest jednak daleka od koncepcji Kościoła jako sklepiku ze starociami. Jeśli więc budowanie Kościoła w próżni jest lepsze od budowania Kościoła w świecie, to ja z takiej budowy rezygnuję. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że papież tych rzeczy nie czyta a nawet gdyby czytał to jest jeszcze Duch Święty, który przed tak osadzoną w historii odgrzewaną herezją go obroni. Niestety pozostaje ciągle pytanie otwarte: Do czego jeszcze można wykorzystać papieża?