Ułatwienia dostępu

Kantyk ostatnich rorat

Boże, przyszedłem z oczekiwaniem.
Z konkretną intencją.
Z myślą, że jeśli coś dam, jeśli wytrwam, jeśli będę wierny,
to coś otrzymam.

Przyszedłem z nadzieją,
że wiara pomoże mi uporządkować życie,
da odpowiedzi, uspokoi to, co we mnie niespokojne, rozjaśni wszystko.

I dziś, na końcu Adwentu,
dziękuję Ci, bo nauczyłeś mnie, że wiara nie jest kupczeniem z Tobą,
że nie polega na wymianie: ja Tobie — Ty mnie.

To jest ostatni poranek Adwentu. Czas czekania się kończy.
Nie wszystko się wyjaśniło. Nie wszystko się uspokoiło.
Ale kierunek został wybrany.

Dziękuję Ci za ten Adwent,
bo nie był ucieczką od życia, lecz nauką, jak w nim zostać.

Dziękuję, bo nie zabrałeś lęku, ale nauczyłeś mnie, że nie musi mną rządzić.

Dziękuję, bo nie dałeś mi pełnego światła na każdą chwilę i każdą decyzję,
ale dałeś światło wystarczające, by zrobić następny krok.

Dziękuję, bo w małżeństwie i w relacjach
uczyłeś mnie, że wierność jest ważniejsza niż wygoda,
a pozostanie trudniejsze, ale prawdziwsze niż odejście.

Dziękuję, bo w pracy przypomniałeś mi,
że uczciwość nie zawsze się opłaca, ale zawsze buduje człowieka.

Dziękuję Ci za Kościół, który bywa trudny, czasem zagubiony,

czasem bojący się świata bardziej niż ufający Tobie.

Dziękuję Ci za Kościół, który nie zawsze ma odwagę,
nie zawsze mówi jasno, nie zawsze daje dobre świadectwo.

A jednak dziękuję,
bo to jest Twój Kościół, nie mój projekt i nie czyjaś własność.

Dziękuję, bo uczysz mnie trwać w nim nie dlatego, że jest idealny,
lecz dlatego, że Ty w nim jesteś,
w słowie, w sakramencie, w cichej wierności ludzi, którzy nie krzyczą, ale trwają.

Dziękuję, bo uczysz mnie nie zamieniać wiary na ulgę,
a prawdy na święty spokój.

Dziś, na końcu Adwentu,
nie obiecuję Ci wielkich rzeczy i nie stawiam warunków.

Dziękuję Ci za jedno: że mogę wybrać wierność, zanim zaczną się święta,
zanim życie znów przyspieszy.

Dziś porzucam lęk nie dlatego, że zniknął,
lecz dlatego, że nie chcę, by mnie prowadził.

I wchodząc w Boże Narodzenie
nie proszę o życie łatwe ani o wszystko zrozumiałe,
lecz o siłę, by trwać, nawet wtedy, gdy nie widzę sensu od razu.

Bo Ty jesteś Bogiem,
który przychodzi i zostaje.

I dlatego ja —
w Kościele,
w moim życiu,
w moich relacjach —
zostaję z Tobą.

Pomny na Twoją wierność!

Pomny na Twe miłosierdzie!

Jedli i pili, żenili się i za mąż wychodzili…

Jedli i pili. Przecież nie robili nic złego, a jednak pogrążenie w codzienności sprawiło, że przeoczyli coś, czego przeoczyć nie można – zagrożenie i zagładę. Adwent jest czasem, w którym Bóg próbuje nam na nowo uświadomić, że prawdziwym zagrożeniem jesteśmy my sami, a właściwie nasze ociężałe serce, ociężałe codziennością. Dlatego też w I Niedzielę Adwentu jesteśmy wezwani do wejścia na Górę Pana. W Piśmie Świętym góra ma szczególne znaczenie. Pozwala zobaczyć więcej. Nagle wszystko co wielkie staje się małe, rzeczy nabierają właściwego znaczenia. Góra nie pozwala też mieszać doświadczenia wyjątkowości z codziennością. Nie codziennie wchodzi się na górę, nie często pozostawiamy to, co tak dobrze znamy i rozumiemy. Potrzeba również czasu, który staje się wyznacznikiem spodziewanych widoków. Krótki czas, słaby widok, by zobaczyć więcej, trzeba wejść wyżej, a do tego potrzebny jest czas. Zapytajmy w tym miejscu o naszą modlitwę, dlaczego ona sprawia, że widzimy ciągle codzienność. A może te krótkie chwile, wyrwane z codziennych zajęć, pozwalają wejść tylko na najbliższy pagórek, z którego panorama codzienności niewiele się różni od szarości życia. Jedyne doświadczenie to strata czasu, gdyż widok ciągle ten sam. Nie chodzi jednak o ustanawianie rekordów zdobytych szczytów. Najpierw chodzi o to, by po prostu udać się w drogę na szczyt.

Lista rzeczy niezbędnych. Gdybyśmy zrobili teraz bardzo proste ćwiczenie, zobaczylibyśmy wtedy, że codziennie dźwigamy sporo zbędnych ciężarów. Niewiele osób pakuje torbę do pracy codziennie na nowo. Raczej nosimy w niej to, co przydawało się w ubiegłym tygodniu lub co może się przydać. A ile z tego co nosimy codziennie potrzebujemy do wejścia na górę? Adwent jest zachętą do spakowania się na nowo, do wzięcia tylko niezbędnych rzeczy: jedzenia, ubioru, światła i narzędzia do kontaktu. Warto więc przyjąć adwentowe zaproszenie do redukcji bagażu do zauważenia pokarmu, który jest najważniejszy (Boży chleb codzienny), okrycia człowieka wierzącego (modlitwa, refleksja), Słowa Bożego do oświecenia tego, czego się nie rozumie i łaski odwagi do rozmowy z Bogiem.

Umiejętność przewidywania. W tym wyraża się owe „jedli i pili”. Pokusa, że obecnego życia nic nie jest w stanie zakłócić. Weźmy jako przykład słowo „wojna”. Do 2022 roku prawie nie istniało w dyskursie medialnym. Były konflikty bo małe, incydenty – bo daleko, dezinformacja – bo pozornie nas nie dotyczyła. Dopiero kiedy wojna stała się faktem (wielka, blisko, zwodząca nas wszystkich), dopiero wtedy zaczęliśmy zdawać sobie sprawę, że nie wystarczy jeść i pić i udawać, że nic nam nie grozi. Ile nowomowy w naszym codziennym życiu, w pojmowaniu religijności. Ile prób powtarzania, że nic nam nie grozi. Tak banalizuje się wiarę, tak banalizuje się Boga, tak banalizuje się swoje prawdziwe potrzeby. Przecież jemy i pijemy…

Czas jest bliski. Ale żeby się tym przejąć, trzeba mieć właściwy punkt odniesienia. Czas jest bliski, kiedy umiera ktoś bliski, kiedy dopadło nas życie, kiedy już nie jesteśmy w stanie uciekać przed zagrożeniem. Wtedy wszystko jest bliskie i ważne. A gdy nic złego się nie dzieje? Wtedy wraca największa pokusa: po co się śpieszyć? Mam czas. To właśnie Adwent przypomina nam, że czas upływa, że jest bliski i że pocieszanie się, że to jeszcze nie u mnie, że to jeszcze nie ja jest bardzo złudne.

Jedli i pili… Jak my.

Ostatnie adwentowe porządki

Bóg się [już prawie] rodzi, a my robiąc ostatnie adwentowe porządki, musimy znaleźć dla Niego miejsce. Szybko zbudować Mu jakiś dom, gdzie można by Go przyjąć. Można by Go co prawda przyjąć u siebie w domu, ale mamy już wigilie wielokulturowe i wieloreligijne. Nie psujmy więc świąt i zbudujmy Mu miejsce, gdzie będzie miał dobre warunki, On nie będzie stresował nas, a my Jego. Czy to jednak nie przypomina budowania świętości poza człowieczeństwem? Czy to rzeczywiście nasz wyraz troski o świętość czy o święty spokój? Tak bardzo wyidealizować Jego świętość, żeby nie było cienia wątpliwości, że dla nas jest ona nieosiągalna.

Chcemy świętych, ale czy chcemy żyć jak oni? Co łatwiej by nam przyszło: postarać się o własną świętość czy przeprowadzić kwestę na proces kanonizacyjny kogoś innego? Tak bardzo staramy się o świętość innych, że nie mamy już czasu na własną. Rodzice chcą tak bardzo zaprowadzić dziecko do I komunii, że już sami nie mają siły z niej skorzystać. Tak bardzo chcą zadbać o bierzmowanie nastolatka, by bronił wiary, przed samymi rodzicami…

Urodzić Boga dla kogoś. Jak pięknie wygląda młoda osoba wioząca do kościoła staruszkę. Jakie to piękne, taki chrześcijański Uber. Czy aby poważnie myśleć o swojej wierze, trzeba być po chemii, na wózku i po osiemdziesiątce?

Posprzątać myślenie – ostatnia czynność przed Bożym Narodzeniem. Ma się urodzić Emmanuel – Bóg z nami. Czyli z kim, w czym i po co? Gdzie ma się urodzić Bóg, by nie naruszył poglądów, światopoglądów, rozdziału Kościoła od państwa? Może zanim zaczniemy eksperymentować w skali kraju, zróbmy eksperyment w mikroskali. W małżeństwie: jeśli żona jest wierząca a mąż nie – rozdzielić. Przecież nie da się żyć wspólnie z takimi różnicami światopoglądów. To chyba oczywiste!

Chrońmy wiarę i chrońmy rozum. Bo jeśli te porządki radykalnie się rozdzieli, trudno orzec, co ucierpi bardziej.