Betlejem – symbol naszego życia

Czwarta Niedziela Adwentu skłania do refleksji nad relacją tradycji do codzienności. Nadchodzące święta bogate są w różnego rodzaju tradycje. Część z nich ma swoje podłoże w tradycji biblijnej i kościelnej, część w kulturowej. Wystarczy odwołać się chociażby do mszy o północy czy pustego talerza w czasie wieczerzy wigilijnej. Może warto zatrzymać się nad symboliką pustego talerza. Oznacza on otwartość na tych, którzy nie mają domu nad głową, ojczyzny, środków do życia. Jednocześnie wiemy jak bardzo ten symbol staje się czystym reliktem przeszłości. Nawet gdyby w kontekście ostatnich lat rozumieć to miejsce jako symbol przyjęcia uchodźcy, to można jednocześnie postawić pytanie, kiedy jakiś uchodźca siedział przy naszym stole? Można też pytać, czy to miejsce nie jest raczej wyrzutem, kiedy czasem z powodu różnych niezabliźnionych ran nie siedzą przy wigilijnym stole nawet najbliżsi.

Podobnie Betlejem. Miasto wielkiej tradycji i historii, sięgające początków narodu wybranego, z grobem Racheli, miejscem działalności Salomona, koronacji Dawida na króla. W czasach Jezusa zaś nie liczące się miasteczko, które było raczej miejscem zatrzymania się przechodniów w drodze do Jerozolimy, jeśli nie było ich stać na nocleg w stolicy. I nagle to Betlejem, najlichsze z miast ma być wyniesione do nieba. To właśnie w nim rodzi się Zbawiciel świata. Jak bardzo przypomina to nasze życie, z jego piękną historią przynależności do narodu od tysiąca lat chrześcijańskiego, godności dziecka Bożego od momentu chrztu świętego i lichej duchowości obecnie. Ale to właśnie takie życie może być – jak Betlejem – przez Boga wyniesione do nieba.

Kiedyś kardynał J. Ratzinger został zapytany przez znajomego, dlaczego w Niemczech śpiewają tylko dzieci, pijacy i zawodowi artyści? Odpowiedział, że człowiekowi brakuje odwagi dziecka. Dziecka, które jest wolne od hipokryzji życia jak wszyscy i protestowania od wewnątrz wobec rzeczywistości.

Tradycja, nawet najsilniejsza, nie potrafi rozbudzić silnych emocji i odważnych postaw. Nie porywa do czynu tak jak sytuacje, którymi człowiek żyje aktualnie. To tylko wiara potrafi na nowo rozbudzić tradycję i twórczo ją zinterpretować. „Iść z pośpiechem” ku drugiemu człowiekowi.

Jesteśmy jak Betlejem – piękna historia i marna rzeczywistość. Możemy skazać się na zapomnienie albo wyrosnąć do nieba, jeśli damy się porwać nie czarowi i magii świąt, ale łasce Bożego Narodzenia.

Matematyczny Adwent

O Adwencie można myśleć jak o matematyce: tej zwyczajnej, stosowanej w różnych dziedzinach nauki i życia oraz tej wyższej, dotykającej pojęcia granicy. Można policzyć dni: ile za nami, ile jeszcze do świąt. Można policzyć dobre uczynki. Można także uświadomić sobie, który to już mój adwent w życiu, gdzie przebiega granica ludzkich oczekiwań?

Ale można też zadać sobie pytanie, po co w ogóle Adwent, po co oczekiwanie, na co, na kogo?

Wielki sens traci swój sens, kiedy nie można go przełożyć na pragmatyzm życia. Ale samo liczenie dobrych uczynków bez większego sensu, ostatecznie też traci sens.

Mamy zatem mały i wielki Adwent, i warto o tym pamiętać.

Wierzę, więc milczę (1)

Wiara człowieka przebiega w schemacie: pragnienie – obietnica – spełnienie. Radość jest na końcu. Językiem wiary jest modlitwa. Każdy język ma kilka sposobów wtajemniczenia: dla początkujących, dla średnio zaawansowanych i dla zaawansowanych. Dzisiejsza niedziela Adwentu jest niedzielą radości. Pozostając w tym schemacie można powiedzieć, że są trzy powody do radości. Dla początkujących – idą święta, będą kolędy i prezenty. Dla średnio zaawansowanych – były w tym roku chwile, które cieszą. Dla zaawansowanych – ciągle czekam na spełnienie obietnicy.

Intryguje mnie radość w trzeciej grupie. Radość bez powodu? Kiedy spełniają się obietnice (przychodzi Mesjasz zapowiadany przez proroka Izajasza), „chodząca obietnica” – Jan Chrzciciel – siedzi w więzieniu. Przypomina to trochę modlitwę niewysłuchaną. A jednak Jan się cieszy, bo zrozumiał, że Bóg usłyszał i reszta należy do niego.

Tak właśnie wygląda modlitwa zaawansowanych. Proszą o spełnienie, kołaczą, ale do momentu, gdy przekonają się, że Bóg usłyszał. Nie wysłuchał, ale usłyszał. A skoro usłyszał, po co dalej mówić, można już milczeć.

Niekiedy traktujemy modlitwę dokładnie jak język. Uczę się, by mówić a nie milczeć. I skoro umiemy, to mówimy. Coraz piękniej, więcej, łatwiej. W tym tkwi podstawowa różnica pomiędzy językiem a wiarą, że wierzę, więc milczę, chociaż umiem mówić.