Co mam czynić?

Gdyby człowiek otrzymał szansę, by prosić jeden raz o najważniejszą rzecz w życiu, miałby nie lada kłopot. To najważniejsze zmienia formę każdego dnia. Co było najważniejsze dwadzieścia, dziesięć, pięć lat temu, co jest ważne teraz, co będzie ważne za pięć, dziesięć lat? Trudne pytanie. Może dobrze, że nikt nie daje nam takiej szansy, a my nie musimy ryzykować nietrafionych odpowiedzi.

Przed taką opcją stanął również naród wybrany. Spogląda na swoją historię z perspektywy dawnej świetności. Może powspominać, ale też nie wie, ku czemu iść dalej. Stawia więc pytanie o to, co było źródłem dawnej świetności. Skojarzenia prowadzą niezawodnie do Salomona. Bogaty król, bogaty pałac, podziw u innych. Salomon dostał taką szansę w życiu, że mógł prosić o co chciał. I poprosił o mądrość. Mądrość jako klucz czytania rzeczywistości.

Wolimy wiedzę. Pozwala żyć, tworzyć, ale przede wszystkim pozwala panować nad światem, coraz bardziej nad drugim człowiekiem, wkrótce może nawet nad światem ducha. Zaniepokojony duch próbuje się bronić, kreując drugą ślepą uliczkę ucieczki przed wiedzą i władzą nauki w irracjonalność. Próbuje się w tę ścieżkę wplątać nawet wiarę. Irracjonalna wiara cudownym remedium na wiedzę, która chce władzy. Tymczasem wiara nie jest hołdowaniem irracjonalności, ale pogłębieniem rozumu, pytaniem o racje tego, co wiedza próbuje funkcjonalnie opisać.

W Ewangelii na dzisiejszą niedzielę ciekawie postawiono pytanie. Nauczycielu doby, co mam czynić? Pyta się nauczyciela dobrego o rzeczy dobre. Pyta się o dobra, ale nie o dobro. To trochę tak, jak gdyby sprowadzić Boga do pytania, który zawód jest najlepszy, która forma pobożności jest najlepsza, do jakiej wspólnoty pójść? Chodzi zaś o zupełnie coś innego – nie o dobra, tylko o dobro, by dobrze wybrać. Tym dobrem jest mądrość, ale nie rozumiana jako wycinek wiedzy, dający władzę. Mądrość jest drogą, a droga nieustannie prowadzi ku nowemu, czego na nowo muszę się uczyć i czego nie umiem jeszcze zawłaszczyć. Umiem tylko wybierać.

Stawiam więc pytanie w kontekście dobra: kogo pytam, o co i po co? Każdy z członów tego pytania jest ważny, gdyż tak jak można zdobyć wiedzę, by mieć władzę, podobnie można zdobyć sprawność w religii i pobożności, by mieć władzę. Może dlatego tyle świętych praktyk i obowiązków oraz nieustannego interesowania się życiem innych, by nie mieć czasu – oczywiście ze świętych pobudek – na mądrość zajęcia się sobą. Człowiek chce mieć wiedzę na temat dobra, ale nie chce dobra. Bo wiedzę można zdobyć i wiedzą można posiąść rzeczywistość i człowieka. Mądrość daje tylko drogę, na której każdy jest wędrowcem i dla każdego otwiera coś zaskakującego, nad czym nie można zapanować. Drogi nie można posiąść, chyba, że wystarcza komuś prywatna droga od furtki własnej posesji do drzwi garażowych.

Mamy jednak nieco większe ambicje.

Mądrość poprzedza rozum

Lubię czytać biografie. One pokazują lepiej niż teorie pozbawione odniesienia do konkretnych osób, co w życiu jest naprawdę ważne. Na pewnym etapie życia ważniejsze od tego, co się mówi jest to, kto mówi. Księga Hioba jest przez wielu uważana za podręcznik zawierzenia, znoszenia cierpienia, wierności. Wszystko to prawda. Dla mnie jest ona jednak – przynajmniej w części – podręcznikiem ukazującym jak sobie radzić z wypaleniem w szerokim znaczeniu.

Do bojowania podobne jest życie człowieka […] i jak najemnik czeka na zapłatę. Skutkiem zaś jest noc, która nie daje odpoczynku… Tak mniej więcej wygląda pobieżny opis wypalenia według Hioba. Brak motywu i sensu. Podobnie może się człowiek wypalić w modlitwie. Nawet jeśli życie chrześcijańskie jest bojowaniem, to bez modlitwy przypomina raczej bojówki. Bo walka staje się sensem, sama zaś jest sensu pozbawiona.

Do Jezusa w Ewangelii nie przychodzą ludzie mający nadmiar czasu, rozbudowane koncepcje na życie czy gotowe pytania do wywiadu z wielkim człowiekiem. Przychodzą, bo dręczą ich choroby, bo życie straciło motyw i sens, bo rozum poprzedził mądrość, a kalkulacja zastąpiła rzeczywistość.

Każda epoka ma swoje konkretne skutki grzechu pierworodnego. Jedno jest wspólne – odwrócenie sensu, czyli jakby odwrócenie kierunku, w którym powinno zmierzać życie. Dopiero kiedy mądrość zaczyna poprzedzać rozum, człowiek zaczyna pojmować rzeczywistość. Kiedy odkryje potrzebę rozwoju zaczyna szukać pracy. Doświadczając potrzeby bycia kimś jednym z drugim człowiekiem, zaczyna szukać miłości. Gdy chce się zachwycać, odkrywa życie. Gdy szuka trwałego oparcia, otwiera się na wiarę. Dopiero wtedy, kiedy mądrość poprzedza rozum człowiek zaczyna rozumieć pracę, miłość, życie i wiarę. Dopiero wtedy wszystko zaczyna mieć motyw i sens.

Mądrość poprzedza rozum, ale gdzie się jej nauczyć? W demokracji chrystocentrycznej. Chrystokracja pozbawia lud władzy, a właściwie pozbawia władzy każdego. Demokracja grecka pytała komu z ludzi dać władzę. Chrystokracja zabiera władzę wszystkim bez wyjątku, by wszystkim dać zdolność odkrywania sensu. Kościół nie jest więc społecznością, która posiada władzę nad światem, ale jest wspólnotą odkrywania i ukazywania sensu. Nie musi wskazywać, kto ma władzę. Władzę ma niepodzielnie On, a największy wybierany w demokratycznej wspólnocie Kościoła, powinien być pierwszym, który oddał władzę na rzecz słuchania Boga i odkrywania w Nim mądrości poprzedzającej rozum.

Cytując jednego ze współczesnych autorów, pytam sam siebie: Czy wierzę, że taki świat jest możliwy? Nie, nie wierzę. Ale jakże byłby to piękny świat.

O mądrości słów kilka

Czym jest mądrość? Najprościej można powiedzieć, że rozumnym czuwaniem. Oznacza to, że zarówno mądrość bez czuwania, jak i czuwanie bez mądrości nie mają sensu. Czuwanie łączy się z nadzieją, a nadzieja musi mieć przedmiot – konkretny!

Czuwać, by nie przegapić. Św. Tomasz – komentując postawę nieroztropnych panien z Ewangelii – nazywa je „córkami ociężałości”.

Jesteśmy w środku pandemii. Może więc warto zastosować metodę, którą stosuje się przy obserwacji objawów SARS-Cov-2. Nikt przecież nie ma pretensji do kogoś, że określił symptomy choroby. To niczego nie narzuca, a tylko pozwala na stwierdzenie, czy któryś z nich występuje u mnie.

Za św. Tomaszem opiszę zatem kilka symptomów choroby „córek ociężałości”. Najpierw sama ociężałość. Rodzi ona ucieczkę człowieka przed sobą samym, głęboki niepokój. Człowiek boi się być sam ze sobą, staje się duchowym włóczęgą, który stara się być jak najdalej od siebie. Przed myśleniem ucieka w mówienie, zaczyna przejawiać nienasyconą żądzę namiastek. To jeszcze bardziej potęguje niepokój, czyli chorą żądzę tego, co nowe. Ostatecznie rodzi to niestałość chcenia, a nawet istnienia.

To jednak choroba podstawowa. Ale ma ona również choroby współistniejące. Św. Tomasz wskazuje na cztery: tępota, małoduszność, wzburzenie i zamierzona złośliwość. Opiszę dwie ostatnie.

Wzburzenie. Tylko na pozór jest sprawiedliwym gniewem, a w istocie jest niezadowoleniem z samego siebie. Człowiek oczekuje wtedy nie tego, co ktoś może mu dać, lecz przeciwnie, czego dać nie może. Pozostaje jeszcze sumienie, które trzeba zagłuszyć, bo przypomina. Rezygnując z tego co wielkie, w konsekwencji widzi się i szuka tylko tego, co małe.

Druga choroba współistniejąca to złośliwość. Przejawia się w życiowym i egzystencjalnym „nie”. Ma dwie odsłony: fałszywą pokorę (pokorą usprawiedliwia złośliwą postawę) oraz pyszne odrzucenie (odrzuca zastane, tylko nie ma czego zaproponować). Konsekwentnie choroby współistniejące ociężałości prowadzą do rozpaczy maskowanej ideologicznym optymizmem. W istocie nie chce się jednak tego optymizmu przekazywać dalej. Człowiek boi się życia, ponieważ boi się powielania siebie w innych.

Rodzi się jednak pytanie: Jak bardzo trzeba nienawidzić własne życie, żeby chronić przed życiem innych? I to jest chyba nowe hasło tej choroby: Kochać, czyli chronić innych przed życiem!

Jeśli zauważa się u siebie ociężałość lub choroby współistniejące, warto się zastanowić.