Nowy Rok, nowy czas

Św. Augustyn napisał kiedyś takie zdanie: „To my, ludzie, jesteśmy czasem”. Czas przypomina trochę ocean pogrążający człowieka. Pozornie wydaje się, że czas jest panem wszystkiego, co dzieje się w naszym życiu, Chronosem pożerającym własne dzieci. Niekiedy tylko uświadamiamy sobie, że specyfika człowieka w relacji do czasu polega na tym, że jego głowa wystaje z wód czasu. Oznacza to, że człowiek żyjący w czasie ma możliwość wzniesienia się ponad i uchwycenia sensu przemijania.

Papież Franciszek skierował do ludzi dobrej woli kolejne Orędzie na Światowy Dzień Pokoju. Dla mnie te orędzia są ważne, gdyż dają nowe kryteria na kolejny czas. Na rok 2022 papież daje trzy kryteria. Pierwszym jest dialog międzypokoleniowy. Z jednej strony wszyscy żyjemy w tym samym czasie, ale kiedy porówna się dwa pokolenia (młodych i starszych) odnosi się wrażenie, że żyją w dwóch różnych czasach. Jest więc czas, ale i każdy ma swój czas. Zapewne też nie wystarczy stwierdzenie, że czasy pokoleń są inne, to jeszcze nie zbliża, ale już otwiera. Tym, co zbliża jest dialog. Drugie kryterium to edukacja, której nie można rozważać wyłącznie w kategoriach kosztów, ale inwestycji. Niestety, ciągle jest to obszar, w którym najłatwiej ciąć koszty. Jakby chciało się powiedzieć, że jedyne dobra wytwarzane to tylko dobra materialne. Biedny to kraj i biedna perspektywa, w której chciałoby się edukację zepchnąć wyłącznie do poziomu kosztów. Trzecie kryterium to praca. Praca, której człowiek nadaje sens. Tymczasem zauważa się jakiś dziwny sposób zarządzania pracą przez wzbudzanie strachu. Tak oto rodzi się nowa kategoria zdemotywowanych pracowników. Ktoś za to ponosi odpowiedzialność i nie jest to zapewne sposób budowania pokoju.

Powróćmy jeszcze do czasu. Pozornie wydaje się, że popłynięcie z prądem czasu usprawiedliwi wszystko. Dobro się rozproszy, o złu się zapomni wraz z upływem czasu. Ale jest jeszcze bardzo czułe narzędzie mierzenia i oceny czasu – sumienie. Ono nie pozwoli przejść złu w niepamięć, nie pozwoli rozproszyć się dobru.

Życzę wszystkim moim Czytelnikom, aby korzystając z obrazu czasu jako oceanu wód, jak najczęściej wynurzali głowę ponad wody czasu, by zobaczyć sens czasu i swojej historii. „To my, ludzie, jesteśmy czasem”. Obyśmy nie przeszli do historii wyłącznie jako pokolenie pandemii, kryzysu ekologicznego i kilku innych. Oby z perspektywy czasu można było nazwać również „nasze czasy” czasem człowieka.

Sekularyzacja wiary wierzących

Wielu wierzących rozumie wiarę jako przynależność do określonej frakcji. Skoro przynależę do Kościoła, konsekwentnie przynależę do prawicy, mężnie bronię jej słabości, bo wiara musi objawić się (czyt. wygrać) w tym czasie.

Czas. Niesamowita przyjemność dla umysłu. Ile czasu można poświęcić na opisanie braku czasu. Przydałby się chłodny racjonalizm Kanta: czas nie istnieje w oderwaniu od naszego doświadczenia.

Mamy doświadczenie, bo mamy zmysły. One zmuszają nas do pośpiechu – młodość nie trwa wiecznie, tyka zegar biologiczny, wszystko w co wierzę musi stać się teraz, a co się nie staje, przestaje być przedmiotem wiary. A nie staje się między innymi to o co prosimy w Modlitwie Pańskiej: Przyjdź królestwo Twoje!  Kiedy coś nie leży w naszych planach, przestaje być zauważalne, bo nie jest oczekiwane. Nasze plany zmieniają sens tego na co czekamy w wierze. Często z przerażeniem słuchamy o powtórnym przyjściu Chrystusa, o końcu świata, bo przecież to zburzy nasze plany. A więc mamy inne plany?

Sekularyzacja wiary. Sprowadzenie wszystkiego do krótkiej perspektywy życia człowieka. Sekularyzacja wiary wierzących. Oczy wiary. Jak łatwo nie widzieć tego, czego się nie rozumie. Za dużo wrażeń, zbyt dużo widzimy i słyszymy, by się tym przejąć. Człowiek stracił kontakt z rzeczywistością. Potrafi obrazić się na Boga za to, że w czasie urlopu pada deszcz, bo co tam susza, plony. Pomiędzy ziarnem a żniwem dzieje się zbyt wiele, żeby móc czekać. Pomiędzy początkiem wiary a ostatecznym przyjściem Chrystusa dzieje się zbyt wiele, by czekać.

Co więc oznacza wiara? Może nie wyłącznie kwestie obyczajowe, ale postawienie bardziej fundamentalnych pytań: Czy rozumiem więcej niż widzę? Czy potrafię uchwycić sens przewidywania w wierze? Czy mam w sobie dość wewnętrznej siły, by czekać?

Czas zawsze był zbyt krótki

Wielu z nas kojarzy zapewne biblijne opowiadanie o proroku Jonaszu. Trochę baśniowe, prorok ucieka przed Bogiem, zostaje połknięty przez wielką rybę, potem jednak wypluty na brzeg. Czy w dobie oświeconych umysłów wypada jeszcze przywoływać takie historie?

Opowiadanie o Jonaszu jest znacznie późniejsze niż wydarzenia historyczne, których dotyczy. Nie musiało więc zdarzyć się naprawdę – albo inaczej – zdarza się nieustannie.

Trochę historii. Każdy naród ma swoje znienawidzone miejsce na ziemi. Żydzi też mieli takie miejsce. Mieszkańców Niniwy, stolicy Asyrii, kojarzyli z przesiedleniem kilkudziesięciu tysięcy Żydów z Jerozolimy i przyprowadzeniem w to miejsce plemion pogan. Skutek miał był definitywny i długotrwały, zniszczyć tożsamość narodu. Trudno więc się dziwić, że Jonasz ucieka przed propozycją pójścia do takiego miasta, tym bardziej z misją, by je wzywać do nawrócenia. Takiemu miastu należy się kara.

Wielka ryba i przebywanie w niej oznacza potrzebę śmierci człowieka, który tak myśli. Tamto musi się zakończyć, by mogło się zacząć coś nowego. I zostaje wezwany Jonasz po raz drugi, ale to nie jest już ten sam Jonasz. Ocierając się o śmierć zrozumiał wiele.

Jak często dopiero trudne doświadczenia życiowe dają nam nową szansę i nowe spojrzenie. Gdyby nie one, człowiek nigdy nie zrozumiałby pewnych spraw, nie przebaczył innym, nie przebaczył sobie.

Czas jest krótki, a właściwie zbyt krótki na pielęgnowanie nieprzebaczonych spraw. Jest pokusą niby uzasadnionego rozliczania się z przeszłością, a w istocie jest lękiem przed nowym. Przerażający jest ten czas, bo dotyka czegoś z przeszłości i im więcej tego czasu upłynęło, tym dalsza droga do owego punktu wyjścia przeszłości. Czasem ta droga jest tak daleka, że już nie ma czasu i szans, by zdążyć wrócić do teraźniejszości.

Szkoda więc czasu na ucieczkę w przeszłość. Trzeba dać się jak Jonasz wyrzucić na nowy brzeg, by zacząć od nowa. Nie jest to łatwe, bo w przeszłości zostały zasługi, pozycja, wszystko co się budowało. Ale tam został również balast, który nie pozwoliłby iść dalej.

Gdyby to opowiadanie przekształcić w modelowy obraz psychologiczny, wtedy przestaje ono już śmieszyć i zaczyna być poważnym punktem terapii dotyczącym swojej przeszłości.