Czas zawsze był zbyt krótki

Wielu z nas kojarzy zapewne biblijne opowiadanie o proroku Jonaszu. Trochę baśniowe, prorok ucieka przed Bogiem, zostaje połknięty przez wielką rybę, potem jednak wypluty na brzeg. Czy w dobie oświeconych umysłów wypada jeszcze przywoływać takie historie?

Opowiadanie o Jonaszu jest znacznie późniejsze niż wydarzenia historyczne, których dotyczy. Nie musiało więc zdarzyć się naprawdę – albo inaczej – zdarza się nieustannie.

Trochę historii. Każdy naród ma swoje znienawidzone miejsce na ziemi. Żydzi też mieli takie miejsce. Mieszkańców Niniwy, stolicy Asyrii, kojarzyli z przesiedleniem kilkudziesięciu tysięcy Żydów z Jerozolimy i przyprowadzeniem w to miejsce plemion pogan. Skutek miał był definitywny i długotrwały, zniszczyć tożsamość narodu. Trudno więc się dziwić, że Jonasz ucieka przed propozycją pójścia do takiego miasta, tym bardziej z misją, by je wzywać do nawrócenia. Takiemu miastu należy się kara.

Wielka ryba i przebywanie w niej oznacza potrzebę śmierci człowieka, który tak myśli. Tamto musi się zakończyć, by mogło się zacząć coś nowego. I zostaje wezwany Jonasz po raz drugi, ale to nie jest już ten sam Jonasz. Ocierając się o śmierć zrozumiał wiele.

Jak często dopiero trudne doświadczenia życiowe dają nam nową szansę i nowe spojrzenie. Gdyby nie one, człowiek nigdy nie zrozumiałby pewnych spraw, nie przebaczył innym, nie przebaczył sobie.

Czas jest krótki, a właściwie zbyt krótki na pielęgnowanie nieprzebaczonych spraw. Jest pokusą niby uzasadnionego rozliczania się z przeszłością, a w istocie jest lękiem przed nowym. Przerażający jest ten czas, bo dotyka czegoś z przeszłości i im więcej tego czasu upłynęło, tym dalsza droga do owego punktu wyjścia przeszłości. Czasem ta droga jest tak daleka, że już nie ma czasu i szans, by zdążyć wrócić do teraźniejszości.

Szkoda więc czasu na ucieczkę w przeszłość. Trzeba dać się jak Jonasz wyrzucić na nowy brzeg, by zacząć od nowa. Nie jest to łatwe, bo w przeszłości zostały zasługi, pozycja, wszystko co się budowało. Ale tam został również balast, który nie pozwoliłby iść dalej.

Gdyby to opowiadanie przekształcić w modelowy obraz psychologiczny, wtedy przestaje ono już śmieszyć i zaczyna być poważnym punktem terapii dotyczącym swojej przeszłości.

Czas – pomiędzy tradycją a wiarą

Uroczystość Objawienia Pańskiego, zwana świętem Trzech Króli, ukazywana jest jako objawienie się Boga poganom. W tym kontekście warto postawić pytanie, kim są poganie dzisiaj: w Europie, w Polsce.

Prorok Izajasz, opisując swoje czasy, oddaje to w zdaniu: „Twoi synowie przychodzą z daleka”. Kto tak naprawdę przychodzi? Madianici – lud pierwotnie spokrewniony z Abrahamem, przedstawiciele królestwa Saby, a więc miejsca skąd przybyła królowa Saba słuchać mądrości Salomona, mądrości, która kiełkowała przez wieki, by na nowo postawić pytanie o Boga. Przychodzą przedstawiciele Tarszisz i wysp, gdzie rozbija się Jonasz uciekający przed Bogiem.

Co to oznacza dla nas? Oznacza, że przychodzący są w rzeczywistości powracającymi. Ale powracający stawiają jeszcze jedno ważne pytanie – pytanie o różnicę pomiędzy żywą wiarą a martwą tradycją. Obchodzimy to święto w okresie Narodzenia Pańskiego. Jerozolima – miasto święte – odchodzi szukać gdzie indziej, w tradycji; mędrcy przychodzą drogą wiary przeczuwanej. Podobnie jak dzisiaj: z wierzącymi rozmawia się o tradycji, z poszukującymi o wierze.

Wiara jest w jakimś sensie czasem, z którym trzeba coś zrobić, najlepiej poświęcić. Poświęcenie zaś jest odkryciem nowego sensu dla czasu, by go nie tracić na wspominanie tradycji. Gwiazda jest symbolem poświęcenia, bo ona wyrywa z bierności. Poświęcenie nie jest kultem czy rytuałem. Poświęcenie jest otwarciem na nowe, pójściem w nieznane.

Wielu z nas poświęci dzisiaj mieszkanie, zostawiając ślad na drzwiach domu. Poświęci, czyli nada nowy sens przebywaniu w nim, powrotom, wyjściom ku… A jeśli nic nie chcemy zmienić, to po co poświęcać? Poświęcenie bez otwarcia na nowy sens jest stratą czasu na martwą tradycję. A czas jest zawsze pomiędzy; jest następstwem zdarzeń, ruchem, pozycją względem punktu odniesienia.

Kiedy człowiek staje w bezruchu tradycji – umiera i czas traci dla niego sens – już niczego nie poświęca.

Droga życia vs. pustynia

15 lipca 2017 r. w północnej części Chin zbudowano najdłuższą na świecie autostradę – G7, przebiegającą przez trzy mniejsze pustynie wchodzące w skład pustyni Gobi. Fantastyczna autostrada licząca prawie dwa i pół tysiąca kilometrów, skracająca czas w stosunku do dotychczasowej drogi o prawie 12 godzin. Cel był jeden: skrócić czas przebywania na pustyni do niezbędnego minimum. To nakazuje rozum. Pustynia nie jest bowiem idealnym miejscem życia człowieka.

W drugą Niedzielę Adwentu słyszymy podobną propozycję: Przygotujcie drogę dla Pana. Powód podobny jak przy budowie autostrady – skrócić czas oczekiwania. Ale przecież droga była gotowa. Moment Wcielenia sprawił, że Jezus stał się drogą skracającą czas spotkania z Bogiem. Co więc się stało, że wcale nie jesteśmy bliżej celu, niż ludzie dwa tysiące lat temu? Bóg skrócił czas, a my próbujemy go wydłużać. Rezygnujemy z prostych dróg, zaczynamy budować własne, na których można się błąkać aż do śmierci. Mówimy, że nie mamy czasu, a świadomie go wydłużamy.

Czas się wypełnił. Czy idąc swoją drogą zdążę dotrzeć na czas do celu?

Może więc trzeba się zastanowić, jak budować drogę życia. Określenie życia jako drogi nie jest zwykłym przypadkiem. Kiedy buduje się drogę, musi mieć ona trzy warstwy. Podbudowę składającą się z bardzo trwałego materiału, prawie jak skała, na której umieszcza się warstwę spajającą i dopiero na końcu można umieścić najcieńszą i jednocześnie najsłabszą warstwę, którą nazywa się ścieralną lub użytkową.

Czy podobnie nie buduje się życia? Chrześcijaństwo ma swój przepis na mocną drogę. Podbudową jest wiara, często określana jako skała. Na niej osadza się nadzieję jako warstwę spajającą. Dopiero na tak przygotowanej drodze rozwija się to, co człowiekowi najbardziej potrzebne, ale też co najłatwiej zniszczyć – miłość. A jeśli buduje się drogę według własnego sposobu? Podbudową czyni się niewiarę i samowystarczalność, tym co spaja nie jest już nadzieja, ale beznadzieja i bezsens. I nawet jeśli jako ostatnią warstwę kładzie się miłość, to jest ona zbudowana na słabym gruncie, spojona czymś, co nie daje jej perspektywy i przyszłości. Tak zbudowana droga ściera się szybko, wystarczy kryzys, płytkość i zmienność uczuć, życiowa niepogoda. Wtedy droga życia przypomina bardziej drogę w nieustannym remoncie.

W Adwencie Bóg przychodzi na nowo, stając się najprostszą i najkrótszą drogą do domu, do szczęścia. Ale wraz z nią przychodzi kolejna pokusa, by na nowo prostą drogę uczynić krętą, by wydłużyć czas.

Dziwiliby się Chińczycy, że racjonalny człowiek świadomie psuje prostą drogę. Bo przecież na drodze chodzi o czas, którego kiedyś może człowiekowi zabraknąć, by zdążyć wrócić do domu.