Racjonalność warunkiem komunikacji

Czy wojna religii z ideologią musi kończyć się zawsze tragicznie? Odpowiedź jest równie prosta co nieoczywista. Nie musi, ale zwykle tak się kończy, gdy po każdej ze stron zabraknie racjonalnych argumentów, czyli troski nie o to, by drugiego przekonać, ale niezależnie od stanowiska, by drugi mógł zrozumieć.

Ten błąd popełniamy wszyscy. Feministka, gdy zbyt szybko sprowadzi tradycję religijną – choćby w kontekście ekologii – do paternalizmu. Duchowny, który pomyli ekologię ze skrajnym ekologizmem. Nikt nie byłby zadowolony, gdyby używano w dowolnym kontekście słów: dogmatyka – dogmatyzm czy doktryna – doktrynerstwo. Trzeba szanować znaczenie słów i słuchacza.

Szczególnie newralgiczna jest tematyka małżeństwa. Nie ma ono jednego modelu kulturowego. Ani dzietność, ani bezdzietność nie są kryteriami. Nie jest też kryterium mieszkanie trzech pokoleń na trzydziestu metrach kwadratowych ani mieszkanie jednego pokolenia w pałacach przy zamknięciu się na rodziców czy dziadków. Kultur jest wiele, ale ostatecznie odwołują się do jakiejś natury.

Ale czym jest natura? Naturą w filozofii – jako istotą bytu czy zespołem konstytutywnych cech? A może naturą w biologii? Ale ostatecznie czym: przyrodą, środowiskiem, światem materialnym? Co w istocie jest naturą?

Jakiś zamysł. Na początku był LOGOS. Wierzącemu łatwiej, bo Logos ma imię. Natomiast co jest logosem w pluralistycznym świecie?

Nie można narzucić interpretacji otaczającego świata wyłącznie wiarą – chyba, że chce się wojny religijnej. Trzeba usprawiedliwić wiarę przed światem, to znaczy pokazać, że ona nie kłóci się z rozumem, ale do rozumu i czystego pragmatyzmu się nie sprowadza.

Jest też problem w samej wierze. Jak bowiem rozumieć zdanie w Biblii, które kulturowo może szokować: „Żony bądźcie poddane mężom”. Jest to zdanie wypowiedziane w kontekście wiary. Z dopowiedzeniem: „Mężowie miłujcie żony, jak Chrystus umiłował swój Kościół”. Jak? Oddał siebie. Dopiero wtedy można próbować zrozumieć zdanie o poddaniu żony mężowi, a także zrozumieć zdanie mu przeciwne, nie od razu czyniąc z rozmówcy wroga.

Dlaczego to zdanie miałoby być prawdziwe nawet bez wiary? To może również bez wiary jest aktualne zdanie św. Pawła o niewolnictwie? Może też bez wiary aktualne jest zdanie, że wszelka władza pochodzi od Boga? Wszelka i zawsze? To po co była Solidarność, po co od czasu do czasu jest się w opozycji politycznej? Bo ma się rozum.

Zanim wymiana poglądów na temat małżeństwa przerodzi się w kolejną wojnę religijną, najpierw trzeba przypomnieć, że stanowisko chrześcijańskie jest prawdziwe w kontekście wiary i miłości. Gdyby wziąć je w nawias, to zachęta, by żony były poddane mężom w kontekście alkoholizmu męża czy patologii rodziny, byłaby czymś po prostu nieludzkim.

Może właśnie dlatego, zanim ustali się kto w co wierzy, potrzeba najpierw czegoś bardziej fundamentalnego – racjonalności jako warunku komunikacji. I nie chodzi o to, że rozumem wyjaśni się wszystko, tylko że rozum pozwoli zrozumieć jednej stronie czy druga miała szansę zrozumieć o co tej pierwszej chodzi.

Dogonić impuls elektryczny

Nauczono nas szybkiej komunikacji. Telefon, Internet, media. Ta szybkość prowokuje w nas nadciśnienie emocji, doznań i wzruszeń. Czasem wręcz doprowadza nas do zawału współczucia. No właśnie, zawału a nie współczucia. Bo co można powiedzieć o reakcji świata na ludzką tragedię, choćby tę ostatnią, jaka wydarzyła się na Haiti.

Już kilka chwil po tragedii mogliśmy współczuć. Najpierw tym, którzy już nie będą mogli cieszyć się życiem, potem tym, którzy zostali, by żyć… w piekle na ziemi. Toczyliśmy dyskusje, obejrzeliśmy po kilka razy zdjęcia tej samej tragedii. Tylko, że tragedia nie była w nas. Tragedia rosła w nich, biednych ludziach czekających na konkretne wsparcie.

Po kilku dobach doznań i wzruszeń zrodzonych przez szybką komunikację, wreszcie ludzka reakcja w aż nazbyt tradycyjnym tempie. Wysyłamy ekipę ratowników. Oczywiście dobre i to. Zresztą to nie wina ludzi, lecz procedur, czasu na zdobycie pieniędzy, potrzebne decyzje. Wielu już nie doczeka tej pomocy. Doczekało jej dziecko ponad sześćdziesiąt godzin czekające na ratunek. Doczekało, bo jeszcze nie zna tempa współczesnej komunikacji. I czekało powoli, nieświadome bezradności współczesnego świata.

Szybką mamy komunikację. Potrzeba tylko, by nasz rozum, serce i decyzje dogoniły impuls elektryczny.

Chamstwo w internecie

W jednym z dzienników można było dzisiaj przeczytać – zapewne nie z troski o kulturę, tylko ze względu na sezon ogórkowy – o tym, czy jesteśmy skazani na chamstwo (przywołuję słowo w pełnym brzmieniu) w Internecie. Dwugłos, a właściwie trójgłos wyznaczył dwa bieguny dyskusji: pierwszy optujący za karaniem tych, którzy nadużywają tego forum, drugi mówiący o tym, iż cenzura nie pomoże. Oczywiście po takim dwugłosie najrozsądniej byłoby zająć pozycję pośrodku, ale nie ulegnę tej zasadzie i opowiem się za pierwszą: nadużycia trzeba karać. Dlaczego?

W pierwszym głosie porównano – moim zdaniem słusznie – Internet z chamstwem na stadionach. Przez lata uczulaliśmy kibiców (może trzeba dodać „pseudo”, bo większość to jednak prawdziwi, porządni kibice), że nie można wyrywać krzeseł na stadionach, a jak się już wyrwie, to nie można bić nimi po głowie innych kibiców. Najlepiej zaś wyrwane krzesło zostawić w miejscu wyrwania, bo gdzie biedni organizatorzy znajdą podobne? Niektórzy – zwolennicy stadionowej edukacji i ewangelizacji – wierzyli nawet w nieszczere gesty kibiców po śmierci Jana Pawła II. Postaw tych, którzy wierzyli nie chcę osądzać, gdyż śliska jest granica pomiędzy wiarą dziecięcą i ufną a wiarą infantylną. W każdym razie eksperyment edukacyjny się nie powiódł.

A Internet? Kiedy czyta się fora, nawet te moderowane, rzeczywiście pełno tam chamstwa. Kilka lat temu próbowałem jeszcze w ten bełkot wprowadzić jakieś zdanie po polsku, ale widocznie piszący z polskim mają problemy (gdyby ktoś nie wierzył, proszę sprawdzić wybrane forum od strony językowej). Dlaczego tak się dzieje? Bo wbrew pozorom – i zdaniu autorów drugiej strony dwugłosu – edukacja Internetem nie poprzedzona edukacją w domu i w szkole nie przyniesie spodziewanego rezultatu. Ja też jestem nauczycielem i zdecydowanie bliższy jest mi rozum niż pałka, ale będąc realistą wiem, że rozum spełnia swoją rolę tylko wtedy, gdy czas używania rozumu i długość życia z grubsza się pokrywają. W przeciwnym razie dorosły człowiek może mieć wyrywny umysł sześciolatka, a nawet okresu wcześniejszego. I wtedy bełkocze.

Prawo przewiduje kary od osiemnastego roku życia, a w niektórych wypadkach nawet ten wiek obniża. Tylko, że dotykamy tu realnego problemu: czy karać według długości używania układu trawiennego czy rozumu? Kiedy bowiem poddaje się karze człowieka niezdolnego do odpowiedzialności za siebie, bez wątpienia czyni się zło. Stare rzymskie prawo znało przecież przypadek impossibilium nulla obligatio (nikt nie jest zobowiązany do rzeczy niemożliwych).

Zauważmy jednak, że czym innym karać, a czym innym ograniczać wpływ niedojrzałości na życie publiczne. Nie jestem do końca przekonany, czy autorzy drugiego stanowiska reprezentujący dość ważny portal internetowy wpuściliby na łamy swojego dziennika podobny bełkot. Nie wpuszczą, bo nie zarobią, gdyż bełkoczący nie czytają gazet.

Nie na chamstwie w Internecie chcę się jednak skupić (aż tak drastycznego braku przedmiotów myślenia nie doświadczam nawet w sezonie ogórkowym). Chodzi o brak tożsamości. Otóż ci rzucający k…. i inne są po prostu tchórzami. Tu nie chodzi nawet o wykształcenie. Gdyby ktoś napisał, że „kiedy k… patrzy na to co się k… dzieje, to ma to k… gdzieś”, poza słabym językiem polskim można by to przełknąć, pod jednym wszakże warunkiem, iż podpisałby swoją opinię np. Jan Kowalski. Wtedy wiem, że człowiek nie lubiący określonej rzeczywistości a przy tym cham i gbur, to właśnie Jan Kowalski. Ale tego nie wiem, gdyż ów Jan Kowalski jest na dodatek tchórzem. I jak można z Janem Kowalskim dyskutować. Jeśli powie zbyt wiele i chciałoby się go pozwać do sądu, zmieni swoją… tożsamość internetową. Problem zaś w tym, że Kowalski ma kilka tożsamości internetowych, tylko żadnej osobowej i ludzkiej.

Nieco bardziej kulturalni, ale też bez tożsamości piszą blogi „życia wewnętrznego”. Nie chodzi oczywiście ani o duchowość, ani tym bardziej o wewnętrzne przemyślenia. Chodzi najczęściej o historię układu trawiennego z ostatnich 24. godzin. Przez dwadzieścia parę wieków Europa miała też problemy ze staropanieństwem czy starokawalerstwem (w Polsce płaciło się nawet „bykowe”), ale nikomu do głowy nie przyszło spowiadać się publicznie z tego, że nikt mnie nie chce. Czlowiek na forum dzielił się owocami intelektu i pracy rąk własnych, resztę „owoców” pozostawiał gdzie indziej. Dzisiaj przeciwnie – najbardziej intymnym organem człowiek XXI wieku jest rozum. I chyba pora tę parodię zatrzymać.  

Trzeba więc karać nadużycia. Ale nie tych biednych, którzy nie są zdolni do niemożliwego, tylko tych, którzy tych biednych i niedorozwiniętych wykorzystują marketingowo.

I nie wmawiajmy sobie, że debata publiczna w której biorą udział anonimowi rozmówcy do czegokolwiek prowadzi. A gdyby ktoś wątpił w prawdziwość moich słów, proponuję eksperyment: w najbliższych wyborach zagłosujmy tylko na tych forach z ch… i k… i nie podpisujmy się prawdziwym nazwiskiem. Liczy się przecież efekt możliwości debaty… A zanim zagłosujemy, przestańmy sponsorować dzienniki internetowe, które dopuszczają ch… i k… na forach. Ciekawe czy gratisowo utrzymają te fora? Chyba, że to ja się mylę i przegapiłem coś w naszej rzeczywistości. Na wszelki wypadek sprawdzę za chwilę czy nazwisko jest jeszcze obowiązkowe a język polski językiem urzędowym.