Filozofia “resztek”

(refleksja dla znających tradycję biblijną, która to znajomość nie musi być wyrazem wiary, tylko pewnego poziomu kultury człowieka zachodniej cywilizacji. Bez odniesień biblijnych, tej tradycji nie można czytać i rozumieć)

W tradycji biblijnej można znaleźć wiele momentów, które ukazują wybór pomiędzy życiem a śmiercią, drogą błogosławieństwa a drogą przekleństwa. Podobnie jest w czytaniach na dzisiejszą niedzielę. Wybór pomiędzy resztkami a darem.

Pozornie jest w czytaniach jakiś wspólny mianownik, który pokazuje, że zarówno prorok, jak i uczeni w Piśmie objadali wdowy. Spójrzmy jednak na to z innej perspektywy. Wdowie zostaje pokarmu na jeden dzień. Resztki nie są więc rozwiązaniem na przyszłość. Ma się jednak jeszcze jeden dzień na przeżycie. Natomiast po wizycie proroka dzban oliwy się nie wyczerpie i mąki nie zabraknie. Zostać na resztkach czy zawierzyć i otrzymać pomoc. To pierwszy punkt pomagający wybrać.

Drugi pokazuje, że nawet w sferze ducha próbujemy pokazywać, jakby wszystko zależało od nas. Bóg ma wiele powodów do wdzięczności: przyszedłem, zostawiłem ofiarę, świątynia nie upadnie. Tymczasem, drugie czytanie mówi, że Chrystus wchodzi do świątyni nie ręką ludzką uczynionej. Przywodzi to na pamięć kościół Santa Maria dello Spasimo na Sycylii w Palermo. Kościół bez dachu, dzisiaj centrum jazzu. Siedząc w pięknym dawnym kościele, pierwotnie z XVI wieku, widać niebo. Może to jest właściwa podpowiedź dla rozumienia swojego miejsca i wkładu w świątynię? Ten panoramiczny dach pokazuje nieskończoność perspektywy wiary.

Uboga wdowa, która nie dała ofiary z tego co zbywało, ale ze wszystkiego co miała. Mądrze zainwestowała w resztki. W tradycji prawosławnej jest taka piękna modlitwa, która uświadamia prawdziwą rolę jałmużny. Sparafrazowana brzmi mniej więcej tak: Pozwól bracie, że podzielę się z tobą tym, co jest owocem Bożego błogosławieństwa. Jakże inna perspektywa jałmużny bez zobowiązań. Obdarowujący i obdarowany  chwalą Boga, nie przerysowując swoich życiowych sytuacji.

Pozostaje pytanie, skąd bierze się nasz pęd do liczenia ofiar? Może z tego, że nie tyle chcemy dawać, co raczej chcemy liczyć, ile daliśmy.

Dać wszystko, by otrzymać wszystko. Tylko, że wtedy daje się jeden raz, a co liczyć później!

„Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli dało moc”

(wokół Prologu Ewangelii według św. Jana)

W okresie Narodzenia Pańskiego po raz kolejny powraca Prolog Ewangelii według św. Jana. Można postawić pytanie, czy nie ma innych tekstów o Bożym Narodzeniu? W ostatnich dwóch tygodniach było przecież tyle świąt, a skoro tak, to przynajmniej czytania mogłyby się nie powtarzać. Może jednak jest to opatrznościowe, że po raz kolejny można wrócić do tych samych słów, chociażby po to, by usłyszeć jedno zdanie streszczające religijny sens Słowa Wcielonego: „Wszystkim, którzy Je przyjęli dało moc…”.

Słowo konstytuuje całą naszą wiarę. Bóg stwarza Słowem. Naród wybrany jest ukonstytuowany przez Słowo: „Ja będę waszym Bogiem, wy moim ludem”. Życie człowieka wierzącego poczyna się ze Słowa życia podczas chrztu św. w imię Trójcy. W Sakramencie Pokuty na nowo rodzimy się przez Słowo przebaczenia. Słowo jest jedynym wyraźnym „argumentem” Boga, że wydarza się coś wielkiego. Można je usłyszeć, nawet powtarzać, ale tylko tym, którzy Je przyjmują daje moc.

Jedna osoba zapytała mnie, czy to nie protestantyzm, sprowadzać wiarę do subiektywnych odczuć? Trzeba jednak rozróżnić dwie rzeczywistości: realność istnienia Boga i realność istnienia Boga dla mnie. W tym samym Prologu znajduje się bowiem werset: Przyszło [Słowo] do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. A więc było realnie. Dopiero po tym wprowadzeniu pada zdanie: Wszystkim, którzy Je przyjęli, dało moc! Czy ci, którzy nie przyjęli podważyli realność Boga? Oczywiście, że nie. Ale podważyli skuteczność i moc Słowa dla siebie. Czy to jest protestantyzm? O ile wiem, Prolog powstał przed podziałem chrześcijaństwa!

Wolimy Boga realnego niezależnie od nas. To zwalnia nas z wielu wyzwań. Czy przyjmuję czy nie przyjmuję, On istnieje. Jakie to proste. Ale czy rzeczywiście tak bardzo wyzbyliśmy się egoizmu, że nawet nie musi istnieć On dla nas, wystarczy, że istnieje w ogóle? A może tak podkreślana „realność” ma nas zwolnić z osobistych, oczywiście że subiektywnych starań?

Czy pocieszający byłby dla mnie fakt, że istnieje restauracja, w której nigdy nie zjem posiłku? Czy wystarczy mi jej realność? Stoję głodny przed drzwiami i cieszę się, że ona po prostu jest… Jakież to nieegoistyczne, ale jednocześnie mało przekonujące pocieszenie.

Tak czy inaczej, Słowo Prologu mówi jasno: wszystkim, którzy Je przyjęli dało moc. A dla tych, którzy nie przyjęli wcale nie jest pocieszeniem, że niezależnie od ich postawy Ono istnieje naprawdę.