Czas – pomiędzy tradycją a wiarą

Uroczystość Objawienia Pańskiego, zwana świętem Trzech Króli, ukazywana jest jako objawienie się Boga poganom. W tym kontekście warto postawić pytanie, kim są poganie dzisiaj: w Europie, w Polsce.

Prorok Izajasz, opisując swoje czasy, oddaje to w zdaniu: „Twoi synowie przychodzą z daleka”. Kto tak naprawdę przychodzi? Madianici – lud pierwotnie spokrewniony z Abrahamem, przedstawiciele królestwa Saby, a więc miejsca skąd przybyła królowa Saba słuchać mądrości Salomona, mądrości, która kiełkowała przez wieki, by na nowo postawić pytanie o Boga. Przychodzą przedstawiciele Tarszisz i wysp, gdzie rozbija się Jonasz uciekający przed Bogiem.

Co to oznacza dla nas? Oznacza, że przychodzący są w rzeczywistości powracającymi. Ale powracający stawiają jeszcze jedno ważne pytanie – pytanie o różnicę pomiędzy żywą wiarą a martwą tradycją. Obchodzimy to święto w okresie Narodzenia Pańskiego. Jerozolima – miasto święte – odchodzi szukać gdzie indziej, w tradycji; mędrcy przychodzą drogą wiary przeczuwanej. Podobnie jak dzisiaj: z wierzącymi rozmawia się o tradycji, z poszukującymi o wierze.

Wiara jest w jakimś sensie czasem, z którym trzeba coś zrobić, najlepiej poświęcić. Poświęcenie zaś jest odkryciem nowego sensu dla czasu, by go nie tracić na wspominanie tradycji. Gwiazda jest symbolem poświęcenia, bo ona wyrywa z bierności. Poświęcenie nie jest kultem czy rytuałem. Poświęcenie jest otwarciem na nowe, pójściem w nieznane.

Wielu z nas poświęci dzisiaj mieszkanie, zostawiając ślad na drzwiach domu. Poświęci, czyli nada nowy sens przebywaniu w nim, powrotom, wyjściom ku… A jeśli nic nie chcemy zmienić, to po co poświęcać? Poświęcenie bez otwarcia na nowy sens jest stratą czasu na martwą tradycję. A czas jest zawsze pomiędzy; jest następstwem zdarzeń, ruchem, pozycją względem punktu odniesienia.

Kiedy człowiek staje w bezruchu tradycji – umiera i czas traci dla niego sens – już niczego nie poświęca.

Czuwać synchronizując czas

Czas Adwentu jest czasem nowego roku dla Kościoła. Niekiedy ten nowy rok Kościoła jest dniem nowych nadziei, jak nowy rok kalendarzowy jest pozostawieniem za sobą starego roku. Nabieramy dystansu do tego, co było – otwieramy się na to, co ma nadejść. Tak też było w tym roku liturgicznym. Zostaliśmy w naszym przeżywaniu liturgii znacznie pozbawieni odniesienia do tego innego czasu. Dla wielu z nas życie stało się okrutnie samotne, jak Ziemia, którą chciałoby się oderwać od Kosmosu.

Na nowy liturgiczny rok otrzymujemy słowo-klucz: Czuwajcie! Ale nad czym i jak czuwać? Czuwać to nauczyć się czekać w czasie. Co to oznacza w praktyce?

Mamy czas natury: słoneczny, krótszy – księżycowy. W to wszystko wpisuje się czas naszego życia mierzonego tygodniami, ale jednocześnie uwarunkowanego naszą biologią – miarą tego, ile nam zostało w przeliczeniu na bicie własnego serca. To zaś przeżywamy w czasie liturgicznym, mierzącym nasz tydzień Dniem Pańskim. Tygodnie zaś mają szerszą perspektywę, do której – w aspekcie jednego ze świąt – właśnie się przygotowujemy. Którym więc czasem żyć albo czy można żyć jednym wyabstrahowanym czasem?

Czuwać to umieć zsynchronizować te czasy. Czas dojazdu do pracy, z rytmem pór roku, rytmem własnego serca i wieczności. Łączyć czasy to jak łączyć niebo z ziemią. Ale żeby rozumieć, trzeba łączyć. Łączyć niebo astronomiczne z niebem teologicznym. Czym jest to pierwsze? Nazywane jest sferą niebieską jako umownym sklepieniem, na którym przemieszczają się ciała niebieskie. Inaczej nie opiszemy kosmosu. Niebo w wymiarze teologicznym trzeba opisać podobnie jako umowną przestrzeń duchową, na której przemieszczają się sprawy ludzkie ze sprawami boskimi, małe troski dnia codziennego i wielkie pytania o wieczność.

Niebo z ziemią w sensie kosmicznym łączy się poprzez bezkres wszechświata. A niebo z ziemią w sensie teologicznym? Człowiekowi nie wystarczy przestrzeń najbliższa, okołoziemska. Szuka dalej. Czasem nie docenia kosmosu jako ładu i chce również tam przenieść ziemskie konflikty. Podobnie z przestrzenią wiary. Uszanowana daje człowiekowi rytm i sens. Zawłaszczana i zaśmiecana ludzkimi interesami staje się bezużyteczna.

Trzeba walczyć o te przestrzenie jako miejsca, których człowiek jeszcze nie zepsuł. Nie można ich zawłaszczyć, ale nie można się od nich odseparować. Ziemia oderwana od rytmu kosmosu zapowiadałaby swój koniec. Człowiek oderwany od wieczności, uwięziony w autonomicznej ludzkiej codzienności, mógłby już tylko opisać „koniec człowieka”.

Czuwajmy więc, abyśmy naszej autonomii nie doprowadzili do absurdu.

Słabe strony języka religijnego

W Piśmie Świętym pojawia się bardzo ciekawy zwrot – „rozumna służba Boża”. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby pojęcie służby Bożej nie rodziło trudności interpretacyjnych. Zestawiając czytania dwóch następujących po sobie niedziel, a dotyczące postaci Piotra Apostoła, możemy dostrzec jakby dwie odsłony tej postaci, dwie strony medalu. Jedna to Piotr-Opoka, druga Piotr porównany do szatana. Jak to wytłumaczyć? Przecież to ten sam Piotr, który mówił, że pójdzie za Jezusem, dokądkolwiek On pójdzie. Idzie do Jerozolimy, by ponieść śmierć. Co więc dla Piotra oznaczało wcześniejsze „dokądkolwiek”? Oznaczało brak „rozumnej służby Bożej”. Ile razy obiecujemy Bogu i ludziom pójść „dokądkolwiek” z nimi, a jak często jest to nieprzemyślane.

W tym punkcie dotykamy słabości języka religijnego. Jest on często barwny, bogaty i hermetyczny. Gdyby posłuchać żargonu chemika, biologa, inżyniera, to niewiele byśmy z tego zrozumieli. Nie bardzo nas martwi taki charakter języka, pod warunkiem, że nam na czymś nie zależy. Kiedy inżynier tłumaczy nam funkcjonowanie nowego silnika samochodu, który mamy kupić, wtedy prosimy, aby powiedział to po ludzku.

Podobnie z językiem religijnym. Jak długo nam na tym nie zależy, ukwiecamy ten język, wprowadzamy banalne pojęcia: wola Boża, Bóg tak chce, dokądkolwiek pójdziesz… A potem nagle zaczynamy się buntować, jeśli w wierze trzeba pójść dokądkolwiek.

Piotr zostaje nazwany szatanem nie dlatego, że boi się pójść dokądkolwiek, ale dlatego, że bojąc się udaje silnego. To nie słabość i grzech przekreślały go w oczach Jezusa, ale hipokryzja.

Może więc warto sprawdzić siłę swojej wiary i swoich postanowień, sprowadzając język religijny do języka ludzkiego, który się rozumie i z którego znaczenia nie można się zwolnić. To będzie miało większy sens niż bezmyślne mówienie „dokądkolwiek”.