Ułatwienia dostępu

Samozwańczy donosiciele w Kościele

Donosiciele w Kościele. I nie o rym tu chodzi, ale o rymowaną tragedię, tragedię ludzi, którzy tak bardzo wmówili sobie misję upominania, że sami przestali dostrzegać… siebie. Ich główna misja ewangelizacyjna wyraża się w zdaniu: „Jeśli brat zgrzeszy”. Pochwycenie kogoś na słabości traktują jak dar łaski Bożej – przyłapałem, dowiedziałem się, odkryłem, powtórzyłem. I tylko czasem przychodzi opamiętanie, by usłyszeć drugą część zdania: „Jeśli brat zgrzeszy przeciw tobie”. A co to oznacza? Że upominającego nie tyle interesują grzechy w ogóle, co grzechy przez niego uprzywilejowane. Tylko te są grzechami, tylko te widzi, o inne sam się przewraca.

Dar upomnienia. Upomnij brata. Są tacy, którzy jeszcze nie upomną, a już obrażą, oczernią. Upomnieć można brata i upomnieć może brat. Dla brata brat nie może być anonimowy. To nie kościelny nabór na tajnych współpracowników (TW), ale troska o brata, który mógł zbłądzić. Tego nie można zrobić anonimowo. Jeśli rzeczywiście chodzi o prawdę, to prawda wymaga odwagi, czyli również demaskacji upominającego, inaczej jest tylko plotkarzem i donosicielem. Bezimiennym „zatroskanym o Kościół”.

Poziomy upominania, czyli etapy troski o prawdę. Najpierw upomnij brata, to znaczy spróbuj usłyszeć co ma w swojej sprawie do powiedzenia. W imię prawdy. Jeśli to cię nie przekonuje, weź drugiego, ale nie po to, by była przewaga siły 2 : 1, ale by ten drugi mógł usłyszeć ciebie i upominanego brata. By mógł usłyszeć dwie strony prawdy. Dopiero potem powiedz Kościołowi, ale znowu, z pełną świadomością, że Kościół ma rozsądzić, kto ma rację. A jeśli rozsądzi, rację trzeba uznać.

Kilka pytań o uczciwość w upominaniu. Najpierw postawię sobie pytanie, co częściej robię – upominam czy modlę się za tego, kogo mam ochotę upomnieć? Czy w ogóle modlitwa towarzyszy moim upomnieniom? Dalej, pytam siebie, czy częstotliwość upominania innych, pokrywa się z częstotliwością własnych spowiedzi? Jakie są skutki moich upomnień? Upomnienie w imię Boga rodzi jedność i pokój. Upomnienie w imię diabła rodzi podziały i niezgodę. Jak wygląda moja rodzina i moje relacje. Ilu dzięki mojemu upomnieniu wróciło do Kościoła, a ile z Kościoła odeszło? I wreszcie kto ci dał władzę.

Władzę upominania ma Kościół, tak jak w wymiarze świeckim mają instytucje. To nie jest tak, że możesz chodzić po ulicy i wykrzykiwać oskarżenia. To nie jest tak, że możesz pluć na brata w Kościele, bo tak leczysz kompleksy własnego życia i życia bliskich. Jesteśmy wezwani do braterstwa, czyli do współczucia. A współ-czucie to czucie z drugim. To zainteresowanie się jego życiem, by go podźwignąć. Jak daleko nam w trosce o tzw. czystość wiary do prawdziwego braterstwa. Jak daleko do ewangelicznego upomnienia, a jednocześnie blisko do brudnego donosicielstwa.

Droga Krzyżowa Prawdy

Konfrontacja z prawdą jest chyba najtrudniejszym momentem, jaki może przeżywać człowiek. Nigdy nie ma dobrego czasu na prawdę, zawsze – niezależnie od epoki – droga prawdy przypomina bardziej drogę krzyżową niż drogę chwały. Czasem prawda musi umrzeć, żeby rozbłysnąć. Człowiek rozumie to dobrze. Stanąć przed prawdą, to najpierw stanąć przed sobą samym w obliczu Prawdy. Stanąć przed drugim człowiekiem, stanąć przed Bogiem. O wiele prościej zatrzeć Prawdę i wszelkie jej ślady. Gdy zaciera się prawdę o sobie, jej część jest jeszcze w drugim człowieku. Trzeba więc konsekwentnie zacierać prawdę o drugim. Na końcu tej drogi jest jeszcze Bóg, więc konsekwentnie i prawda o Nim musi być wymazana ze świadomości. Fałszywe pytania i fałszywe myślenie stają się w ten sposób nowym stylem życia człowieka.

Nie da się uniknąć pytania o prawdę, ponieważ wiąże się ona nierozłącznie z wyborami, jakich w życiu dokonuje człowiek. Ten pierwszy, trudny wybór, przywołany w Niedzielę Palmową to wybór pomiędzy Jezusem a Barabaszem. Wybór pomiędzy Prawdą a strachem, wygodą i presją. I z każdym kolejnym wybraniem Barabasza wybiera się odraczanie odpowiedzi na pytanie: Kim jestem?

Dla podążających drogą Prawdy pozostaje samotność. Opisana w Męce Pańskiej samotność Jezusa nie jest wyrzutem pod adresem przyjaciół. Jest raczej przypomnieniem, że w najważniejszych życiowych wyborach człowiek zostaje sam. W samotności cierpienia odkrywa się drugiego, który może mi pomóc, któremu mogę pomóc ja. Tylko niosący krzyż rozumie krzyż, tylko przeżywający samotność rozumie samotność.

Prawda może jednak przemienić człowieka. Przemienić przez akceptację. Kiedy człowiek zaczyna godzić się z przegraną dwulicowości, z przegraną hipokryzji, wtedy zaczyna odczuwać chłód, który jest wynikiem ogołocenia z szaty przykrywającej fałszywy obraz siebie. Dopiero kiedy człowiek staje nagi, przestaje się bać, bo dalej nie ma już nic do uratowania i nic do stracenia. Pozostaje już tylko Prawda. Dopiero odarty z szat i nagi może pozwolić przyodziać się na nowo. Trzeba tylko ufać, że raz rozebrany z obłudy i kłamstwa, drugi raz się nimi nie okryje.

Ewangeliczne żniwa czy pseudokatolicka młocka?

Asymetria – nieczęsto używane słowo w języku wiary. A oznacza tyle, co różnicę pomiędzy dobrem a złem, prawdą a kłamstwem, tym, jak jest w niebie a tym, jak jest na ziemi. Żeby uchwycić różnicę potrzeba spojrzenia z innej, wyższej perspektywy. Wiara znajduje rozwiązanie w Duchu Świętym. On pozwala zauważyć tę asymetrię i modlić się jak trzeba. Tę asymetrię możemy odnaleźć chociażby w odniesieniu do ludzi, których – delikatnie ujmując – nie lubimy. Po ludzku potrafimy życzyć, by trafił ich…, natomiast w wierze, z asymetrycznym dystansem potrafimy po czasie nawet szczerze się za nich modlić. Perspektywę daje również czas. Św. Augustyn postawił kiedyś pytanie, po co nam istnienie ludzi złych przeciągane w czasie? I odpowiedział: po pierwsze, czas jest potrzebny, by się nawrócili; po drugie – czas jest okresem wypróbowania sprawiedliwych, czy potrafią czekać na Boga ze swoim osądem.

Dzisiaj coraz częściej zauważa się, jak bardzo pomylono świętość z radykalizmem ludzkim. Siewca z Ewangelii wyszedł siać ziarno prawdy, a nie ideału oderwanego od życia. Ideał oderwany od życia jest po prostu ideologią. Współcześnie na różnych poziomach zauważamy różnice między ludźmi. Proponujemy rok propedeutyczny na wyrównanie szans, testy poziomujące. A czy czegoś podobnego nie powinno się robić w odniesieniu do ludzi wiary? Często człowiek przychodzący do wspólnoty – dzięki Bogu nie każdej – od razu wchodzi na poziom zaawansowany, a czasem nie zna nawet pacierza. Ale nie tylko o propedeutykę wiary chodzi. Czasem robi się etapowość na poziomie wiary, ale nie na poziomie ludzkim. Często pomija się niebezpieczny etap niewyleczonych kompleksów. Czy więc nie potrzeba takiego czasu w wierze? I to nie tylko na wyrównanie poziomu wiary. Potrzeba wspólnoty, która najpierw zajęłaby się leczeniem kompleksów.

Dlaczego to jest takie ważne? Ponieważ Ewangelia zachęca nas do czekania do żniwa, nawet jeśli na polu wiary mamy pszenicę i kąkol. Zakompleksiony kandydat na świętego niestety nie zauważa tej subtelności i czasem zamiast ewangelicznego żniwa oferuje pseudokatolicką młockę. To trochę tak, jakby nie zauważyć różnicy pomiędzy szukaniem sprawiedliwości w dwóch diametralnie różnych miejscach: w sali sądowej i na wiejskiej zabawie. Chodzi zatem o sąd ostateczny, czyli o ostateczne decyzje. Czy ja sam jestem gotowy dzisiaj podjąć ostateczną decyzję co do nieba, widząc jakie decyzje podejmuję co do ludzi, przyjaźni, innych życiowych wyborów?

Jest zatem różnica pomiędzy ewangelicznym żniwem a pseudokatolicką młocką. I to jest właśnie tak bardzo potrzebna asymetria.