Przewaga astronoma i politologa nad politykiem i teologiem

Bywają sytuacje, w których profesje pozornie najbardziej zbliżone do spraw wiary okazują się nie do końca im bliskie. Jednym z przykładów jest królestwo niebieskie. Astronom powiedziałby, że skoro niebieskie, to nie na ziemi. Politolog, że skoro wieczne i nie ulegnie zagładzie, to nie chodzi o żaden z systemów politycznych. Czasem tylko politykowi i teologowi przychodzi do głowy pomysł zbudowania królestwa niebieskiego na ziemi.

Argumenty przeciw:

– po pierwsze, sens jest najlepszym przykładem, że takiego królestwa nie zbuduje się na ziemi. Czy może coś jednocześnie mieć i nie mieć sensu? Może. Takich sytuacji możemy odnaleźć sporo w naszym życiu. Co sprawiło, że te bez sensu, sensu nabrały? Czas i szersza perspektywa. A gdyby tak jeszcze poszerzyć perspektywę? Wtedy sens czy bezsens byłyby odkrywane prawie bez błędu. Wniosek: to nie z perspektywy ziemskiej nadaje się sens niebieskiej, lecz odwrotnie.

– po drugie, królestwo niebieskie jest królestwem prawdy. Nie tylko pomyślanej, ale przeżywanej. Kłamca może mieć idealną teorię prawdy. Człowiek potrzebujący terapii może mieć idealną teorię braku jej potrzeby. Mechanizmy obronne dzielą się na te co do ziemi i co do nieba. Ale i w jednej i w drugiej perspektywie zwodzą.

– po trzecie, królestwo niebieskie jest królestwem odpowiedzialności. Oznacza to, że procedury nie wystarczą. Sąd Piłata był proceduralnie bez zarzutu. Szczytem było ubiczowanie tego, w którym nie znalazł żadnej winy. Dzisiaj zapewne Piłat założyłby jakieś liczące się medium.

– wreszcie, królestwo niebieskie nie jest stąd. Jeśli człowiek nie może tego zrozumieć, oznacza to, że jeszcze za bardzo jest stąd. Zgodnie z zasadą, że droga jest odcinkiem pomiędzy punktem A a punktem B, jeśli jest się ciągle bliżej punktu A, to jest się tym samym ciągle jeszcze daleko od punktu B.

Jak skutecznie uciekać przed teraźniejszością?

Każdy z nas słyszał wielokrotnie stwierdzenie: „W owym czasie…”. Ów czas mógł dotyczyć przeszłości, ale równie dobrze może odnosić się do przyszłości. Co je łączy? Zdolność fabularyzowania, podkolorowania szczegółów. Opowiadana przeszłość zaczyna nabierać sensu, a my sami zaczynamy wierzyć, że tak właśnie myśleliśmy „w owym dniu”.

Wystarczy jednak zrobić prosty eksperyment i postawić pytanie: Co czułem owego dnia, kiedy dowiedziałem się o chorobie czy uczestniczyłem w kolizji drogowej? Wielu odpowie: Miałem przeczucie. To przeprowadźmy eksperyment dalej. Co stanie się dzisiaj? Jakie masz przeczucie? Zapisz, zaklej kopertę, by nie fabularyzować wieczorem. Trudne?

W ten właśnie sposób uciekamy przed teraźniejszością udając, że przeszłość rozumiemy lepiej, a do przyszłości umiemy się przygotować. Czy przekonujący byłby lek przeciwbólowy, który działa od jutra? To dlaczego moment decyzji istotnych dla mnie ma czekać do jutra?

Z ekologią jest trochę jak z religią – jest nieskuteczna. Walczymy ze smogiem, ale w ten sposób, że raz na jakiś czas wyjeżdżamy z miasta, by pooddychać. A potem trujemy dalej – siebie i innych. Walczymy o przyszłość pokoleń, potępiamy postęp przeszłości. A co zrobiliśmy w teraźniejszości?

Może więc od jutra zapiszę się do jeszcze jednej wspólnoty religijne albo do jakiegoś ruchu ekologicznego… Wtedy już na nic nie będę miał czasu. I jakiej prawdziwości i siły przekonania nabiorą słowa: „Teraz” nie mam czasu!

Oto kilka sposobów na ucieczkę od teraźniejszości.

Smoleńsk 2012

W życiu codziennym można zauważyć dwa typy panującej filozofii: filozofię wolności i filozofię przypadku.

Pierwszy pokazuje, że wszystko zależy ode mnie, nawet Bóg. Jak określiła to jedna z rodzimych feministek: wątpię, więc działam. Co by oznaczało, że w drugą stronę wyraża się to stwierdzeniem: wierzę, więc czekam z założonymi rękami. Czasem trzeba doświadczyć życiowego „kopniaka”, by zrozumieć coś, co powinno rozumieć już dziecko – nie wszystko ode mnie zależy!

Drugi, to deterministyczne poddanie się człowiekowi, życiu, a nawet bezrefleksyjne przypisywanie wszystkiego Bogu (osławiona czy zniesławiona „wola Boża”).

Jest jeszcze trzeci typ, moim zdaniem najbardziej sensowny: zamysł Boga (oczywiście przepraszam, że nie jest to propozycja w ramach szeroko pojętej demokracji, ale niszowa, dla wierzących). Zamysł pokazuje, że nie ma przypadków, ale też nie ma fatum. Jest Ktoś, kto kieruje moim życiem, ale nie wbrew mnie. Cały paradoks polega na tym, że nie chce się logicznie kojarzyć tropów sensu w swoim życiu.

Piszę o tym w kontekście Smoleńska, gdyż zauważam, że ukształtowały się dwie postawy nie do przebrnięcia: za i przeciw. „Za” – czyli teoria zamachu (pośredniego lub bezpośredniego); „przeciw” – czyli „nic się nie stało”, albo „to mnie nie obchodzi”. Tylko, że one – coraz bardziej okopane we wzajemnych uprzedzeniach – nie mogą niczym sensownym owocować. Zauważyłem w ostatnich dniach pewien paradoks, szczególnie u osób, które mają obojętny stosunek do katastrofy smoleńskiej, a jednocześnie są wierzące. Tak bardzo „uczuliły się” na tę tragedię, że nawet modlitwę za zmarłych kojarzą politycznie.

To co stało się przed dwoma laty ma niewątpliwie jakiś głębszy sens. Nie wiem do końca jaki i czy zdoła to w naszych wzajemnych uprzedzeniach zrodzić owoce? Co więc pozostaje nam wszystkim, jako płaszczyzna wspólna? Modlitwa. Niech odpoczywają w pokoju! A ich pokój wieczny niech nas nie uśpi, lecz zmobilizuje do mądrych działań Pro publico bono!