Czy wierzący nie powinien spać?

Pytanie na pozór naiwne i odpowiedź dość oczywista. A jednak Bóg przychodzi w nocy. Może nie chodzi o porę, ale o doświadczenie bezradności. Człowiek potrafi przechodzić w wierze od euforii do momentów mistycznej „nocy ciemnej”, czyli takiego poziomu znużenia, po którym może być już tylko sen.

Bóg zna naszą naturę i dlatego reinterpretuje biblijne znaki czuwania. Jednym z takich znaków było przepasanie bioder. Oznaczało gotowość. Sługa musiał mieć pas na biodrach tak długo, jak długo nie wrócił jego pan. Podobnie można odnieść to do wiary.

W Wieczerniku Jezus sam przepasał biodra i umył uczniom nogi. Ale ten znak to nie tylko znak służby, to również pokazanie, że teraz tym, który będzie czuwał i czekał na powrót jest Jezus. To nie Bóg ma wrócić do człowieka, to Jezus czeka na nasz powrót do Ojca. Czeka, przepasany, służąc człowiekowi na każdym etapie jego drogi.

Czeka, tylko czy ja zmierzam do domu Ojca?

Piotr i Paweł

Kiedy patrzymy na Kościół, można odnieść wrażenie, że myślenie ludzi wierzących powinno być jednomyślne, zaś każde inne spojrzenie jest jak uderzenie w samo serce wiary. Tak myślimy dzisiaj. A czy u samego początku jednomyślność nie była potrzebna jeszcze bardziej niż dzisiaj? Dlaczego więc Piotr i Paweł poszli różnymi drogami? Dlaczego my zestawiamy ich w jednej liturgii. Gdyby chociaż oddzielał ich czas, można by wspominając jednego, zapomnieć o tym, co myślał drugi. Można by nieco osłabić ten pierwotny spór.

A jednak uroczystość łączy w jedno te dwie postaci. Piotra otwartego na Żydów i Pawła otwartego na pogan. Dwa spojrzenia, dwie różne drogi. To, co połączyło ich wtedy i to co łączy ich dzisiaj to wspólne budowanie Kościoła. Nie jest więc ważny spór o drogę, ale spór o cel. A celem były i pozostają dwa pytania: co warto budować i co warto ocalić?

Budować na wierze Piotra, to budować na Kościele, który jest jeden, święty, powszechny i apostolski. Jeden, bo Chrystus jest jeden. Święty, bo niezależnie od naszego rozumienia świętości, święty jest tylko Bóg. Powszechny, bo obejmujący każdego i całego człowieka. Wreszcie apostolski, gdyż budowany nie na ludzkiej tradycji, ale na tej żywej, czyli na historii zmagań tych, którzy współtworzą Kościół.

Trzeba więc budować także na wierze Pawła, na świadomości, że jest się poronionym płodem wobec wielkości życia, jakie daje Bóg. Budować ze świadomością, że nasza wiara ciągle jest dotknięta jakimś ościeniem, który zabiera ludzką pewność i każe zaufać Bogu. Budować na słabości, bo moc w słabości się doskonali.

Dwie drogi, dwie historie, ale jeden cel. Czy umiemy być Kościołem Piotra i Pawła? Czy umiemy budować w różnorodności charyzmatów? Czy umiemy cieszyć się z tego, że jeden scala Kościół Tradycji, a drugi wychodzi poza tradycyjne kręgi wiary?

Bez tego zbudujemy wyłącznie monolit wiary, w którym nie będzie miejsca na spór, na różnorodność, na osobiste przeżywanie wiary. Gdy jednak nie ma się o co spierać, nie zawsze musi to oznaczać siłę wiary. Częściej oznacza to po prostu obojętność i godzenie się na ujednoliconą przeciętność. Obyśmy w tej uroczystości zobaczyli, że Kościół był i pozostanie Kościołem Piotra i Pawła, a więc Kościołem zmagań, różnorodności, czasem aż po chwilowe rozejście się na dwie drogi. Ważne tylko, by pamiętać, że wiara nie stawia nas przed wyborem: Kościół Piotra czy Pawła. Wiara stawia nas raczej przed wyzwaniem, że prawdziwy Kościół, to Kościół Piotra i Pawła, bo tak naprawdę Chrystusa.

Nowość wiary

Każdy z nas zdaje sobie sprawę z tego, jak istotną kwestią jest „trzymanie ręki na pulsie”. Z tym wiąże się rozumienie pojęcia nowość. Gdyby odnieść ją do kategorii wiekowych, z pewnością można zauważyć, że nowość jest o wiele bardziej istotna dla ludzi młodych. Czy jednak o taką nowość chodzi w wierze?

Dzisiejsze czytania (5. Niedziela Wielkanocna) pokazują, że w punkcie wyjścia nowe, to po prostu coś, czego wcześniej nie było. Nowe jest to, że Bóg działa wielkie rzeczy wśród pogan, nowa jest zapowiedź z apokalipsy nowego nieba i nowej ziemi bez morza jako symbolu śmierci. Wieczernik, który opuszcza Judasz jest zapowiedzią tego, że gdzie mówi się i żyje miłością, tam nie ma miejsca na zdradę.

Wystarczy jednak przypomnieć sobie problemy z poganami we wspólnocie kościelnej, niespełnioną apokalipsę czy zdrady uczniów po wyjściu z Wieczernika, by szybko się przekonać, że jedno nowe zostało przykryte innym nowym.

Na czym więc polega nowość wiary? Na nowym jej komunikowaniu. Na właściwym języku. Mamy wiele powodów uczenia się języka: praktyczny, by czytać instrukcje obsługi; bardziej godny odnotowania – by wyjechać na studia za granicę; i wreszcie najbardziej szlachetny – bez większych powodów praktycznych – dla lepszego poznania literatury, sztuki, kultury danego obszaru językowego. Podobnie z językiem wiary. Można się go nauczyć pragmatycznie – bo rządzi prawica i warto być w pierwszej ławce w kościele i powiesić krzyż w gabinecie; można bardziej ambitnie, bo chce się przynależeć do jakiejś wspólnoty i ją rozumieć; wreszcie można nauczyć się języka wiary dla samej wiary, by dzięki składać i uwielbiać Boga za wielką Jego chwałę.

Co więc jest największą nowością w wierze? Że Bóg nie daje czegoś ze swojego, ale daje siebie. Nie oczekuje też od człowieka wyłącznie charytatywnych akcji, ale dania siebie, a właściwie z siebie tego, co otrzymałem. Czy więc można nakazać miłowanie się wzajemne? Po ludzku absolutnie nie. Zasada wzajemności szybko się zużywa, bo ktoś dał więcej, spodziewał się więcej. Natomiast, kiedy dzielę się darem, nowości Boga wystarczy dla wszystkich. To chyba miał na myśli św. Augustyn, kiedy pisał: „Daj, co nakazujesz i nakazuj co chcesz”.

Tylko dzięki takiej nowości wiary nie starzeją się świat, człowiek i chrześcijaństwo. Tylko dzięki językowi podziwu i zachwytu nad wiarą. Wiara nie jest instrukcją obsługi człowieka i rozumienie języka wiary na poziomie instrukcji obsługi, w wierze nie wystarcza.