Ułatwienia dostępu

Logika pierwszego miejsca

„Pokorna” logika pierwszego miejsca. Zupełnie świadomie umieściłem to słowo w cudzysłowie, ponieważ często mam w pamięci powiedzenie „pokorne cielę dwie matki ssie”. Trudno o prawdziwą pokorę. Dzisiaj jawi się ona w kontekście pierwszego miejsca na uczcie. Jak więc zająć miejsce, które byłoby odzwierciedleniem pokory w kontekście religijnym? Przez wiele lat nie rozumiałem pewnej logiki ustawiania się w procesji na mszy z biskupem. W tym względzie mam małe doświadczenie. Dziwiło mnie, że skoro orszak ma się uformować przed przybyciem biskupa, to od razu ustawmy się w procesji, by było sprawniej, gdy przyjdzie biskup. Niektórzy jednak do samego końca szukają „ostatniego” miejsca. Dopiero potem zrozumiałem, że kiedy nie ma się do końca znalezionego dla siebie miejsca, wtedy staje się jako ostatni, czyli najbliżej biskupa. Przyznam, że mam jeszcze kilka lekcji do odrobienia w tym względzie. Może stąd wzięło się powiedzenie „dobrze się ustawić”?

Pokora zamkniętych oczu. Inną formą fałszywej pokory jest przeżywanie wiary w kluczu misterium tremendum. To kluczowe pojęcie w systemie teologicznym Rudolfa Otto, w którym to systemie Bóg jest rozumiany jako groźny, przerażający, wzbudzający trwogę. Ma to jednak dość dwuznaczny kontekst, który można wyrazić w pewnej formie sylogizmu. Jeśli lękam się Boga, to na Niego nie patrzę. Jeśli na Niego nie patrzę, to Go nie widzę. Jeśli Go nie widzę, to żyję tak, jakby Go nie było. Dlatego ta postawa jest w rzeczywistości bardzo obłudna.

Czy Bóg zasiądzie obok mnie? Jeśli ktoś chce zająć pierwsze miejsce na uczcie, to dobrze wie, że będzie ono obok najważniejszej osoby. W dobrze przygotowanych uroczystościach wiemy, gdzie zasiądzie najważniejszy i kto zasiądzie obok niego. Nie walczmy jednak o uprzywilejowane miejsca na ucztach. Pomyślmy o miejscu na Eucharystii. Czy chcę być zauważony przez Boga i czy chcę, by zasiadł obok mnie? Ale konsekwentnie, jeśli zasiądzie obok mnie, będę musiał z Nim rozmawiać. Jeśli zaś zacznę z Bogiem rozmawiać, z pewnością zaczniemy rozmawiać o mnie. Czy chcę rzeczywiście pierwszego miejsca i czy jestem na nie gotowy?

Najskuteczniejsza szkoła zajmowania pierwszego miejsca. Jest to stara szkoła umiłowana przez wielkich świętych. Oni nie bali się zajmowania pierwszego miejsca, z tą różnicą, że nie chodziło o pierwsze miejsce na ucztach. Sama metoda jest prosta. Nie jest łatwo dopchać się do pierwszego miejsca na wielkich jubileuszach, znaczących zgromadzeniach. Ale jest kilka prostych metod na zajęcie pierwszego miejsca tuż obok Boga: pusta kaplica domu zakonnego, pusty kościół na adorację w ciągu tygodnia. O te miejsca nikt nie walczy. I chociaż są one najbardziej pierwsze, są jednocześnie najbardziej puste. Bo czasem nie o takie pierwsze miejsca nam chodzi.

Wiara z resztek

Kiedy mówimy o wielkości czegoś, szukamy kryteriów oceny. Wielki człowiek – według czego? Wielka uczta – według kogo? Wielka wiara – czyja? Dzięki czemu wiara jest wielka i co świadczy o jej wielkości? Czy wielka wiara to odmawianie dłuższego credo, dłuższa modlitwa, bardziej uroczysta, licytowanie się stażem wiary? Obiektywnie wiara zawsze jest wielka, gdyż przedmiotem wiary jest Bóg. Ale Jezus w dzisiejszej Ewangelii odpowiada kobiecie kananejskiej, że wielka jest jej wiara.

Potrzeba zatem innych kryteriów oceny wiary. Prawdziwymi kryteriami wielkiej wiary są: serce, słuchanie i zdolność do odpowiedzi. Wielka wiara rodzi się w sercu, czyli w zdolności wyznania jej całym sobą. Rodzi się ze słuchania, bo słuchać, to potwierdzić obecność tego, kto do nas mówi. Wielka wiara to zdolność do udzielenia odpowiedzi, czyli podjęcie wezwania.

Wielkiej wiary nie można zaplanować, ona musi nas zaskoczyć, a my musimy w wierze przyjąć to, czym ona nas zaskakuje. Uczeni w Piśmie mieli wielką wiarę mierzoną wielkością wybrania i tradycji. Ale nie potrafili jej przyjąć i za nią pójść. Mieli swoją wielką wiarę. Z kolei kobieta kananejska nie miała się na co powołać. Jej wiara nie była wsparta wielkością tradycji, znajomości Pisma. Wielkość jej wiary to serce zdolne do otwarcia na wielkie dzieła Boga. Wielka pokorą zadowolenia się nawet resztkami ze stołu wielkiej tradycji.

W cudach rozmnożenia chleba zawsze zaskakuje mnie to, że Jezus każe zbierać ułomki i że przy niewielkiej ilości chleba, którą karmi rzesze, resztki stanowią zadziwiająco obfity pokarm – nawet dwanaście koszów ułomków. Resztki po rozmnożeniu chleba są więc symbolem tego, co znikome, bez znaczenia, niepozorne. Te resztki mają być zebrane dla tych, którzy przyjdą po nas. To ci, którzy nie odkryli wiary w tradycji, którzy nie odnaleźli się wśród pierwszych wybranych i nakarmionych. A jednak resztki są symbolem Bożego Miłosierdzia. Przyjdą po nas ci, których nie ma jeszcze na Eucharystii, którzy nie modlą się jeszcze z nami, którzy nie żyją pełnią wiary. A jednak Bóg myśli o nich i z naszej uczty Słowa i Eucharystii pozostawia dla nich resztki, które kiedyś odkryją, i które sprawią, że dzięki nim znajdą nasycenie, odkryją Boga, a może nawet zawstydzą nas, korzystających z obfitości stołu, ale bez wiary.

Wiara z resztek pozostanie wielką tajemnicą Boga i człowieka.

Uśpić zasługi, obudzić serce

Znamy dobrze przypowieść o faryzeuszu i celniku, którzy przychodzą modlić się do świątyni.

Faryzeusz – skupia się na własnych zasługach, uczynkach, przychodzi po nagrodę. Wszelka wdzięczność powinna leżeć po drugiej stronie, jemu się należy. Dzieli on jasno świat na ja – inni, gdzie inny oznacza gorszy, bez zasług, niezauważalny. Faryzeusz zajmuje właściwe miejsce według tych kryteriów. Właściwe, czyli pierwsze. Nie zastanawia się kim jest, ale kim jest w odniesieniu do innych. Prawdopodobnie w odniesieniu do swojego sumienia nie wypadłby już tak dobrze.

Celnik – może powołać się jedynie na własne grzechy, jego uczynków lepiej nie wspominać, daleko mu do nagrody. Jedyne co może się zrodzić w jego sercu to wdzięczność, jeśli mu ktoś przebaczy. Nie chce porównywać się z innymi, bo ma świadomość, że będzie ostatni. Zajmuje też – według ludzkiego porządku – właściwe sobie, czyli ostatnie miejsce.

Uczynki znamy. Pozostają jeszcze motywy. O tych nie trzeba pisać. Na poziomie motywów faryzeusz staje się ostatnim i bez zasług.

Na liturgii też mamy pewien porządek świątynny. Wskazuje on (w metrach) właściwe miejsce w odniesieniu do Boga (ołtarz). Najczęściej tych najbliższych przestrzennie prosimy o radę, wstawiennictwo w modlitwie. Tymczasem Ewangelia pokazuje, że celnik opisany jako drugi, ale też drugi w porządku świątynnym, został wysłuchany. jako jedyny.

Tak często nasze prośby pozostają niewysłuchane. Może skierowujemy je do Boga z perspektywy zasług, a nie motywów. Może prosimy innych o modlitwę, ale według hierarchii ich zasług, a nie motywów, jakie nimi kierują.

Wiemy już kim jesteśmy w tej przypowieści, wiemy też kto zostanie wysłuchany. Pozostaje postawić pytanie, co z tym zrobimy?