Ułatwienia dostępu

Wniebowstępowanie

Wniebowstępowanie – określenie to nie jest błędem ani językowym, ani logicznym. Oznacza raczej proces przybliżania się do umownych, duchowych granic nieba, by stawało się ono coraz bardziej – jak mówił papież Benedykt XVI – otwartością Boga. Ważne więc, by wniebowstępować, czyli żyć tak, by nie stracić Boga z oczu. Wielu z nas ma doświadczenie pożegnania kogoś na dworcu, na lotnisku. Chodzi szczególnie o takie pożegnania, w których nie było wiadomo, czy się jeszcze kiedyś tę osobę zobaczy. Takiemu pożegnaniu towarzyszą dwie postawy: brak umiejętności odnalezienia się w codziennym życiu lub szybkie uczenie się życia bez tej osoby.

Wniebowstąpienie Pańskie, gdyż dzisiaj tę właśnie uroczystość obchodzimy, jest jak dawny wyjazd na emigrację zarobkową. Rodzina zostawała w Polsce, robiono ojcu prawie ołtarzyk, jako temu, który pojechał zabezpieczać chleb dla rodziny, jednocześnie odkrywało się pustkę relacji mieszaną z przywoływanym poświęceniem dla rodziny i znowu pustka relacji, coraz większe wyobcowanie. I kiedy następowała wreszcie perspektywa powrotu, już nikt nie tęsknił i nie czekał. Trochę jak z czekaniem na powrót Pana, który poszedł przygotować nam miejsce.

Stamtąd. Ktoś kiedyś żartobliwie napisał, że w historii patrzenia i rozumienia świata można uchwycić trzy momenty: geocentryzm, heliocentryzm i egocentryzm. Może właśnie ze względu na ten trzeci sposób potrzeba perspektywy stamtąd. Ona uczy spojrzenia na rzeczywistość stamtąd, na władzę, która w Kościele jest przede wszystkim sakramentalna, a więc stamtąd, aż po człowieka, który tylko w połowie jest z prochu ziemi, a drugą część ma stamtąd.

Jak utrzymać w sobie postawę wniebowstępowania? Przede wszystkim stawiać sobie z uporem, każdego dnia na nowo trzy pytania: Czy wierzę w to, co głoszę? Czy inspiruję się tym w co wierzę? Czy rozważam, co czynię? To prowokuje człowieka do dwóch ważnych podbojów: Kosmosu – by zrozumieć siebie na Ziemi i Nieba – by zrozumieć siebie w perspektywie duchowej i nieskończonej. Po to jest nasze wniebowstępowanie.

Lex sequitur vitam

Prawo nie jest najważniejsze. Stara rzymska zasada lex sequitur vitam ukazywała konieczność nieustannej modyfikacji prawa, by odpowiadało na prawdziwe pragnienia i potrzeby człowieka. Można powiedzieć, że związek prawa z życiem polegał na tym, że to życie wytyczało kierunek tworzenia prawa, natomiast prawo dobrze odczytujące życie było pomocne, by w praktyczny sposób to życie porządkować. W Piśmie Świętym jest wezwanie do tego, aby chrześcijanin potrafił usprawiedliwić nadzieję, która jest w nim. Usprawiedliwić, to znaczy wyjaśnić, a nie obwarować prawem. Czasem trzeba mieć większą odwagę, by prawo zmienić niż niewolniczo nim żyć.

Odrzucić lęk. Istotną płaszczyzną wyjaśnienia nadziei jest brak lęku. Człowiek nie może nieustannie odczuwać lęku z faktu, że wierzy. Nie może ukrywać potrzeby pójścia do kościoła, chrztu swojego dziecka czy innych potrzeb wynikających z wiary. Wstyd i lęk pokazują, że wiara nie jest czymś ważnym. To tak, jakby rodzice nie akceptujący wybranki syna zakazali mu opowiadać o niej w ich obecności. Każdy dojrzały mężczyzna potrafiłby właściwie postąpić w takiej sytuacji chyba, że tej osoby nie kocha. Podobnie jest z wiarą. Nie ma w niej miejsca na lęk, jeśli wierzy się prawdziwie.

Potrzeba języka nadziei. Usprawiedliwić nadzieję, to również zrozumieć, że trzeba ją wyrażać właściwym językiem. Jest to język sumienia ukształtowanego przez wiarę chrześcijańską. Co prawda istnieją równolegle inne systemy wartości, inne zasady, inne religie, ale konkretny człowiek ochrzczony w wierze chrześcijańskiej wyrósł właśnie w tych. Z chrześcijańskim systemem wartości jest jak z językiem. To prawda, że są inne języki, że czasem sami posługujemy się nimi, ale jeśli nie mamy jednego, którym możemy wyrazić to co najważniejsze, to praktycznie jesteśmy niemi.

Usprawiedliwić nadzieję. Ostatnim kryterium, na które pragnę zwrócić uwagę to przynależność. Dzisiaj panuje moda na tzw. sympatyków i przyjaciół parafii. Tymczasem definicja parafii wskazuje, że jest to określona wspólnota wiernych utworzona na sposób trwały. Określona przez sakramenty i prawdy wiary, nie przez upodobanie do zieleni, osiołków czy innych elementów otoczenia. W pierwszych parafiach opisanych w Piśmie Świętym spotykano się na Łamanie Chleba – pierwsza nazwa Eucharystii. I drugi człon definicji – wspólnota utworzona na sposób trwały. Oczywiście w wielkich miastach nie musi to być terytorium. Jednak chodzi o „wiernych” parafii. Wiernych w takim sensie, że skoro raz dokonali nieterytorialnego wyboru, to w tym wyborze trzeba trwać. Trwanie zaś oznacza deklarację swojego miejsca, swojej przynależności i zobowiązań. Inaczej nie usprawiedliwi się wiary, idąc za tym, co wygodne czy proste i łatwe. Mitem nie usprawiedliwi się nadziei.

Uroczystość Matki Bożej Królowej Polski

Królowej Polski. Sam tytuł u niektórych osób budzi dystans czy wręcz niepokój. To trochę jak pytanie z „Rancza” o to, jakiej narodowości był Pan Jezus. Oczywiście, historycznie wiemy, że skoro z rodu Dawida i Maryja była Matką, nie pozostawia to żadnych wątpliwości co do pochodzenia. Ale czy to jest najważniejsze z perspektywy wiary? Czy naprawdę wypełnienie obietnic historii konkretnego narodu jest dla nas najważniejsze? Czy rzeczywiście schemat narodzenia się chrześcijaństwa to prosta kontynuacja synagogi, czy raczej radykalne zerwanie, gdzie nowe jest wszystko? Warto przy okazji takiego mocno powiązanego z narodem święta, pewne sprawy sobie na nowo uzmysłowić. Najlepiej świadczy o tym tegoroczne zamieszanie związane ze świętem, które polega na tym, że Niedziela Wielkanocna przesuwa na drugi plan uroczystość religijno-narodową, jaką jest 3 maja.

Niewiasta. Bardziej chodzi więc o Niewiastę z Księgi Rodzaju i z Apokalipsy, kogoś, kto jest zapowiedzią a jednocześnie spełnieniem obietnic. W Księdze Rodzaju potomstwo niewiasty jest zapowiedzią Chrystusa i tych, którzy w Niego uwierzą. Niewiasta z Apokalipsy zbiega na pustynię, gdzie ma przygotowane miejsce, miejsce ostatecznej realizacji obietnicy. A pomiędzy jest cały Stary i Nowy Testament, ze wszystkimi blaskami i upadkami, z tym, co tragiczne i co radosne. I może właśnie w tym kontekście Maryja jest Królową Polski, ponieważ jest w punkcie wyjścia naszej wiary (pierwsze polskie kościoły były maryjne) i ostatecznie jest momentem naszego zawierzenia. A pomiędzy jest cała historia Polski.

Pamiętać, zapomnieć. Nie sposób nie wspomnieć dzisiaj słów Apelu Jasnogórskiego, szczególnie jednego ze słów: Pamiętam! Nasza pamięć jest jednak obarczona różnymi nieprzebaczonymi winami, wydumaną narodową pychą, a jednocześnie jakimś zadziwiającym kompleksem bycia Polakiem – już nawet dla nowoczesności bylibyśmy w stanie zmienić swoje nazwisko na lepiej brzmiące w obcym języku. Najważniejszy naród w Europie (w zamkniętej tożsamości narodowej) i jednocześnie kompleksy przekreślające całą narodową dumę. Może więc trzeba mądrze o czymś pamiętać, ale też mądrze o czymś zapomnieć. Pamiętać rzeczy dobre, zapomnieć złe. Inaczej to wielkie święto religijno-narodowe będzie tylko zebraniem grup rekonstrukcyjnych, jak to można było oglądać na przeniesionych na sobotę uroczystościach religijnych.