Ułatwienia dostępu

Niedziela pragnień

Niedziela pragnień. Taki właśnie tytuł dzisiejszego felietonu jest chyba najbardziej trafny. Nie chodzi bowiem o jedno pragnienie, chodzi o to, że by zrozumieć to jedyne pragnienie, trzeba przejść przez wiele innych, często bardzo odległych od pragnienia tego, co najważniejsze. To również niedziela pragnień dlatego, że ukazuje je jako element życia zarówno w Starym, jak i Nowym Przymierzu. Pragnienie na pustyni i pragnienie przy studni Jakuba ukazują w istocie niezaspokojenie człowieka, a z drugiej strony pokazują, jak w imię szybkiego zaspokojenia człowiek godzi się na przeciętność. Ale po kolei.

Hierarchia pragnień. Przeczytałem kiedyś bardzo mądre życiowo zdanie: Gdyby Chrystus przyszedł na ziemię zamieniać kamienie w chleb, to nawet psy chodziłyby za Nim, ale serce człowieka pozostałoby puste. Lud na pustyni pragnie wody, zwyczajnej wody, jakiej pragnie człowiek w spiekocie dnia. A przecież jeszcze niedawno pragnął wolności, teraz pragnie już tylko wody. I dostał wodę, chociaż sposób i miejsce jej otrzymania przejdą do historii jako czas spierania się z Bogiem. Dostali wodę, chociaż była ona zapłatą za wystawienie Boga na próbę. Otrzymali ją jako owoc buntu i niewiary, wodę, której i tak kiedyś im zabraknie, i z powodu której niektórzy i tak pomrą. Jak łatwo pomylić wymuszoną wodę z Bożym błogosławieństwem. Jak łatwo pomylić brak krzyża w życiu z tym, że Bóg jest po mojej stronie. Wiele można wymusić, tylko że wymuszona woda nie ugasi pragnienia.

Łaska uprzedza nawrócenie. Można postawić sobie nieco banalne pytanie, co jest potrzebne do sprzątnięcia mieszkania? I wiele osób odpowie: odkurzacz, środki czystości, jakieś ścierki. Czego jeszcze potrzebujemy do sprzątnięcia mieszkania? Wydaje się, że to już wszystko, może jeszcze chęci. Ale można by uparcie pytać, czego jeszcze potrzebujemy? I w końcu człowiek uświadomi sobie, że potrzebuje światła. Światła by zobaczyć, co trzeba posprzątać. Na tym polega różnica pomiędzy małym i wielkim postem. Mały post to narzędzia do sprzątania i nawet chęci. Wielki Post to światło, by wiedzieć co trzeba posprzątać. Można postawić sobie pytanie, po co przychodzę w czasie Wielkiego Postu do kościoła, po wyrzeczenia czy po światło?

Samarytanka. Przyszła po wodę w południe, jak kiedyś Nikodem po odpowiedź w nocy. Przyszła wtedy, kiedy przy studni jest pusto – nikt nie szuka wody w największym upale. Ta pora ma jednak jeden zasadniczy plus – w samo południe nie spotka się nikogo przy studni, zwłaszcza wtedy, gdy ma się coś do ukrycia. A jednak nie jest przy studni sama. Nie chce rozmowy, chce wody, która ugasi zwyczajne pragnienie. Co więcej, nie chce pytań, nie chce być oceniana, nie chce rozmawiać. Ale ktoś ją spragnioną zaczepia i prosi, by dała Mu pić. I tak zaczyna się rozmowa, która zainspiruje historię spotkań na długie wieki. Przemiana pragnienia, do tego stopnia, że ta, która przyszła z dzbanem po wodę, ostatecznie zostawi dzban. Komentatorzy widzą w tym porzucenie starych pragnień, których już się nie szuka i nie żałuje. Po co ja przychodzę, z czym mogę wyjść ze spotkania z Bogiem w Kościele? Mogę wyjść z zupełnie nowym pragnieniem, pod jednym warunkiem – że będę tym spotkaniem naprawdę zainteresowany.

Ikona spotkania pragnienia z obojętnością. Ikona ta była pierwotnie w cerkwi w Kostomłotach. Przedstawia Jezusa, który umywa uczniom nogi. Nad Jego głową jest napis – Ten, który Jest. Jezus umywa Piotrowi nogi, inni uczniowie wpatruję się z uwagą, jedno patrzą na Jezusa, inni na Piotra. Napis u dołu ikony zachęca, by naśladować przykład i czynić tak, jak czyni Jezus. Tylko jedna postać, obecna ciałem, patrzy gdzieś w dal, nie zainteresowana tym, co dzieje się w gronie uczniów. To Judasz. Jeszcze razem, ale sercem już gdzie indziej. Tak może wyglądać mój Wielki Post. Mogę być tu, w środku liturgii, słuchając o wodzie żywej, tylko myślami i sercem być już gdzie indziej. Dramat Judasza nie musi być moim dramatem. To zależy naprawdę ode mnie.

Ziemia obiecana niejedno ma wyobrażenie

Ziemia obiecana. Dla chrześcijanina taką ziemią jest oczywiście niebo. Trzeba przyznać, że nawet w opisie dziwnie to brzmi. Ziemia czyli niebo. W praktyce życia również nie zawsze jest to oczywiste. Niebo można rozumieć w podwójnym znaczeniu: to, do którego idzie się z ziemi (wieczność) oraz niebo jako symbol poświęconej ziemi. W tym znaczeniu ciekawie ujawnia się związek pomiędzy tradycją i poświęceniem. Im więcej tradycji, tym więcej rytów. Tradycyjnie święcimy wszystko: domy, pola, pojazdy. Skoro poświęcamy, to możemy się o nie troszczyć, nazywając to naszym poświęconym niebem na ziemi.

Wyjdź i porzuć! Pierwsze czytanie z Księgi Rodzaju przewidziane na II Niedzielę Wielkiego Postu rozpoczyna się od Abrama w Charanie. Ale gdyby z uwagą czytać cały kontekst, wtedy łatwo zauważyć, że historia rozpoczyna się o wiele wcześniej. Ojciec Abrama Terach wychodzi z Ur Chaldejskiego i to najprawdopodobniej nie z powodu Bożego wezwania. Jednym z motywów mogła być trudna sytuacja ekonomiczna. Również nie można przeceniać religijności Teracha. To o tych, za rzeką, mówi Księga Jozuego jako „służących obcym bogom” (Joz 24,2). Terach dochodzi do Charanu, swojej ziemi obiecanej, w której osiadł, w której Abram złoży jego szczątki i w której sam Abram czyje się dobrze, ma już siedemdziesiąt pięć lat. To właśnie w tym momencie przychodzi Bóg i daje mu wezwanie: wyjdź z ziemi ojca i idź do kraju, który ci wskażę. Wyjdź, czyli porzuć dotychczasowe i idź do końca nie wiedząc gdzie. Jest tylko jedno pewne w tej obietnicy – Bóg będzie z Abrahamem.

Przemienienie. W tradycji Wschodu na inny element kładzie się akcent. W Kościele zachodnim przemienienie symbolizuje potwierdzenie bóstwa Chrystusa. Wschód patrzył na to inaczej. Bóg się nie przemienia, ani nie przebóstwia, skoro jest Bogiem. Przemienia się człowiek patrzący na Jezusa, zaczyna rozumieć to, czego do tej pory nie dostrzegał. Na tym w istocie polega sens wiary. Wierzący nie są grupą rekonstrukcyjną, która ma za zadanie odegrać cyklicznie powracające epizody z Jezusem zwane świętami kościelnymi. Wierzący są wspólnotą, która ma łaskę nowego widzenia Boga. Ono każe jednak wrócić z góry do codzienności, gdyż jego weryfikacja zaczyna się od spojrzenia nowego na człowieka. Jeśli po przemienieniu w człowieku nie ujrzy się brata, którego się widzi, tym bardziej nie dostrzeże się Boga w majestacie, którego się nie widzi.

Powróćmy do Abrahama. Bóg nie mówi mu, gdzie ma iść, daje mu obietnicę bycia „Bogiem z nim”, Emmanuelem. W poprzednią niedzielę Słowo Boże zachęciło nas do refleksji nad pokusą jako odwróceniem logiki pracy, wielkości i wolności. Dzisiaj „ziemia obiecana” Abrahama, która czasem w życiu znajduje odwrócenie logiki obietnicy. W tradycji i kulturze polskiej możemy bardzo obrazowo zestawić ziemię obiecaną Abrahama z „Ziemią obiecaną” w reżyserii Andrzeja Wajdy. To w niej zostaje odwrócona logika obietnicy i przemieniona w upodlenie, bezduszny interes i walkę. Można więc postawić pytanie: Czym i gdzie jest „moja ziemia obiecana” do czego mnie zachęca, od czego mnie odciąga? To jest druga odsłona Wielkiego Postu.

Kuszenie dobrem czyli filozofia pokusy

Kuszenie dobrem. W Piśmie Świętym często pada stwierdzenie, że tylko Bóg jest dobry. Ale przecież skoro stworzył człowieka, to i człowiek jest dobry, a skoro jest dobry, to może obejść się bez Boga i nadal być dobrym. Ta nowa filozofia pokus staje się dzisiaj bardzo modną teorią religijną. Wiele osób powtarza jak mantrę: „Najważniejsze, to być dobrym człowiekiem”. Nie bardzo jednak wiadomo, co by to miało oznaczać. Prawda zaś jest taka – wyprowadzona z Pisma Świętego – że tylko Bóg jest dobry, człowiek zmierza od dobra (Bóg Początku) do dobra (Bóg Apokalipsy) ze świadomością wybrania i posłania, w ten sposób jest „uzdolniony do dobra”, ale realizuje je na drodze, która należy również do szatana i pokus.

Akcenty Wielkiego Postu. Są to swoiste synonimy postu, jałmużny i modlitwy. Mam na myśli „post oczyszczenia”, który stawia pytanie czy i nad czym jeszcze panuję? Następnie „jałmużnę oświecenia”, która uświadamia mi, że drogą nie idę sam, że jestem człowiekiem w świecie ludzi. I trzeci element „modlitwa zjednoczenia”, która sprawia, że człowiek na drodze nie musi być sam i że przypominając sobie drogę wyjścia z domu Ojca, może też przypomnieć sobie drogę powrotu.

Jednak pokusy istnieją. Droga nie pozostaje jednak bez dylematów. Te dylematy rodzą się z pokus: nasycenia, pragnienia „ciała chwalebnego” oraz wielkości. Pokusa nasycenia ukazuje chleb łatwy do zdobycia, co więcej, ukazuje logikę świata, w której człowiek najbardziej spracowany wcale nie oznacza człowieka najbardziej najedzonego. Po co więc wiązać chleb z pracą? Druga to pokusa „ciała chwalebnego”. Tylko, że sprowadzone do teraźniejszości może tylko oznaczać piękno jako symbol boskości. Próbuje się zapomnieć, że doczesne ciało się starzeje i zamiast bóstwa w ciele, zostaje często „dzidzia piernik”. Trzecia pokusa to wielkość, którą można zostać obdarowanym. Wielkość bez wcześniejszych zasług, tyle tylko, że jest ona jak smycz nałożona na człowieka – jest wielki bez wysiłku i nie od niego zależy wielkość, zaś wystarczy niewiele, by na powrót stał się kimś małym i bez znaczenia. Chyba, że odda pokłon.

Filozofia pokus. Na czym więc polega istota pokusy? Na cenie, i to nie cenie wyjściowej, ale ostatecznej. Ile rzeczy sprzeniewierzono, ile osób zniszczono ułudą ceny wyjściowej, minimalnej, prawie bez znaczenia dla życiowego budżetu. Jak się bronić przed iluzją niskiej ceny? Przede wszystkim wspólnota. Zauważmy, że propozycja pokus zawsze pada na pustyni – ktoś odsunięty, opuszczony, przed rozwodem, po chorobie, w kryzysie. Po grzechu każdy broni się na własną rękę, a tu trzeba docenić wspólnotę i sprawić, by człowiek nie pozostał sam. Drugim miejscem obrony jest Pismo Święte. Chrystus wielokrotnie odpowiada na kuszenie szatana słowem Bożym – jak refren wraca: Napisane jest! Tylko, by można bronić się Słowem Boga, trzeba je znać i nim żyć. I na koniec cena. Cena zbawienia niesamowicie wysoka. Tak bardzo nie przypominająca życiowych upustów i promocji. Rzeczywista cena miłości.