Wiara jako droga i pragnienie

Pojęcie drogi było czymś bardzo aktualnym i wymownym w początkach chrześcijaństwa. Wróciło ono w encyklice papieża Franciszka o wierze. Obraz, do którego odwołuje się papież ukazuje wiarę jako drogę, a Franciszek podkreśla, że najważniejsza dla człowieka jest świadomość, że on na tej drodze jest, niezależnie od etapu. Posługując się tym obrazem można powiedzieć, że również nasza natura bierze udział w tej drodze.

Czy zatem łaska wymusza na naturze wiarę i narzuca jej rytm? Łaska bazuje na naturze, ale w sposób, o jakim pisał już św. Ambroży: „Nie wymaga się doskonałości od początku, ale od początku jest się na drodze do doskonałości”.

Jeśli więc we mnie łaska bierze poprawkę na naturę, to również ja na określonym etapie wiary muszę brać poprawkę na rytm wiary i natury drugiego człowieka, nawet u początku niewierzącego. Skoro bowiem wiara jest darem i łaską, to oznacza, że w punkcie wyjścia łaska bazuje na niewierze. Tak zaczynał każdy swoją drogę wiary – łaska dotknęła niewiary.

Pozostaje jeszcze pytanie /wyrzut: dlaczego niewierzący tak mało korzystają z łaski wiary? Moja wstępna odpowiedź jest dość oczywista. Bo wierzący też tak mało korzystają z łaski wiary. Łaska to nie constans, tylko droga. Jeśli zaś na tej drodze stoję w miejscu, to martwy punkt na drodze wiary można nazwać niewiarą.

Wiarę przedstawia się często jako cel. Skoro jednak cel jest odległy, często nie jest widoczny wprost. Wtedy ważne jest pragnienie wewnętrzne. Z takiego braku pragnienia rozliczali się uczniowie w drodze do Emaus, kiedy nie widzieli celu. „Czy serce nie pałało”? Gdzie było pragnienie, kiedy nie było oczywistości celu? Rodzi się z tego konieczność szacunku dla ludzkich pragnień, nawet jeszcze tych małych, niedoskonałych, odległych od celu. Bo pierwszy krok na drodze wiary robi się nie ze względu na cel, ale na pragnienie.

Dzisiaj obchodzimy niedzielę Słowa Bożego. To taki odpowiednik Bożego Ciała. Bo skoro w liturgii są dwa stoły, a mamy Boże Ciało, to ze względu na stół Eucharystii musi być również święto dla stołu Słowa. Wpisujemy zatem w kalendarz dwie uroczystości: Uroczystość Bożego Ciała i Uroczystość Bożego Słowa (III niedziela zwykła).

Przy tej okazji przyszła mi do głowy jeszcze jedna myśl. Tak dużo wiemy o komentarzach do Biblii Ojców Kościoła, bo ich przepowiadanie było przepełnione Słowem Bożym. Tacy byli też w historii Kościoła wielcy biskupi. Zacząłem więc wyszukiwać w Internecie listy pasterskie współczesnych biskupów. Będę z nich robił współczesne komentarze do Biblii.

Nie wiem tylko dlaczego, kiedy powiedziałem to głośno, wielu jakoś dziwnie na mnie patrzyło?

Język (nie)adekwatny

Rzeczy w sobie czy rzeczy dla nas? A nawet jeśli są rzeczami istniejącymi samoistnie, jakie to ma znaczenie dla nas? I konsekwentnie, media powinny przedstawiać rzeczy w sobie (problem obiektywizmu) czy istotne dla nas (a kogo poza nami musi interesować to, co nas interesuje)?

Adekwatność to nie tylko manipulacja, to także zdecydowanie się na określony sposób poznania. Pozornie wydaje się, że wystarczy (po)myśleć. No właśnie. Myślę, więc jestem. A rzeczy obok mnie?

Umysł i ciało. Jestem ja i jakaś przestrzeń wokół. W tej przestrzeni są rzeczy, a wśród nich rzeczy-dla-mnie. Ale kiedy komunikuję, to przecież nie komunikuję świata zewnętrznego, ale zewnętrznie-istotny-dla-mnie. Kartezjusz poddaje się po raz pierwszy.

Umysł i inne umysły. Rolą komunikacji jest osadzenie mnie i mojego stanowiska w relacjach społecznych. Gdyby tak nie było, jaki sens miałaby komunikacja społeczna? Musi istnieć jakieś osadzenie mnie w świecie, a ono nie zależy tylko ode mnie. Nawet to co jest pozornie najbliżej umysłu potrzebuje jakiejś metafory, by to poznać. Poza tym, mamy umysł coraz bardziej rozszerzony. Można się oczywiście spierać o granice. Jednak spór o związek pomiędzy mną a moim smartfonem to już coś więcej niż dawny spór o ideę w umyśle i na kartce papieru. A kiedy pomyślę, że smartfony sprzedaje się w milionach, a każdy jest rozszerzeniem umysłu… Kartezjusz przegrywa po raz drugi.

Percepcja a wola. Poznaję. Ale co? Zasadniczo wszystko. A jeśli nawet nie wszystko, to przynajmniej dowolnie wszystko. Wśród rzeczy, którymi mogę się dowolnie zająć, są najpierw te, które widzę. Widzę, więc są. Widzę, więc myślę o nich. Widzę, więc myślę i jestem? Kartezjusz upada po raz trzeci.

Język (nie)adekwatny, a jednak komunikacji potrzebujemy. Dlaczego zaś (nie)adekwatny)? Bo osadzony w (nie)poznaniu, które prowadzi w konsekwencji do (nie)rozumienia. To zaś w płaszczyźnie komunikacji rodzi (nie)porozumienie. W taki właśnie sposób rodzi się wniosek z (nie)dowodzenia, iż lepiej (nie)myśleć lub myśleć (nie)adekwatnie.

A mówić trzeba…

Adwent – czyli co?

Nie wiem, ilu z nas miało doświadczenie chodzenia w wysokie góry? Ci, którzy chodzą, zrozumieją od razu zaproponowane przeze mnie motto na tegoroczny Adwent. Brzmi ono: Jaka góra, takie przeżycia. Na wysoki szczyt nie można wjechać samochodem, pójść w szpilkach czy z kilkoma walizkami. Nie da się też mieć wszystkiego co zwykle w zasięgu ręki: laptop, drukarka, ekspres do kawy. Zabiera się zwykle plecak i to dobrze spakowany, czyli dobrze przemyślany: coś do jedzenia, ciepła odzież, latarka, telefon do kontaktu w razie niebezpieczeństwa.

Jaki z tego wniosek? Najpierw taki, że „jaka góra, takie przeżycia”. Jeśli przeznaczymy na pójście w góry godzinę, to gdzie w godzinę możemy zajść? Takie też przeżycia. Adwent proponuje nam duchową górę. Też trzeba spakować rzeczy niezbędne: coś do jedzenia, coś co daje ciepło i bezpieczeństwo, jakieś światło na wypadek nieprzewidzianych okoliczności i kontakt. Można by to duchowo rozpisać: Eucharystia, miłość, Słowo Boże jako pochodnia i łaska jako duchowy odpowiednik kontaktu.

Czy umiemy mądrze się spakować? Zacznijmy od rzeczy prostej. Zajrzyjmy do torby, którą zabieramy do pracy. Co w niej nosimy i czego potrzebujemy codziennie. Potem pomyślmy o naszej słabej woli. Zawsze butelka wody pod ręką, bo może chcieć się pić (nawet jeśli do pracy mamy 10 minut). Trzeba tylko uważać, aby to się nie rozwinęło w inne potrzeby – może zachcieć mi się spać i wtedy będę też targał łóżko! Mądrze się spakować, to znaczy ascetycznie, ograniczając się do minimum, do rzeczy niezbędnych.

W górach obowiązują szlaki. To nie to samo, co pójść na skróty na swoim osiedlu. Za brawurę płaci się wysoką cenę. Adwent też ma swoje szlaki. I jeśli przewiduje się, że do celu potrzeba czterech tygodni, nie da się tego zrobić w cztery dni, tym bardziej w godzinę przed wieczerzą wigilijną.

Ale czy Adwentu w ogóle potrzebujemy? Tak. Bo wszystko w nas co wielkie jest nastawione na nieskończoność. Nie zrozumiemy jej myśląc w kategoriach nieskończoności. Nie jesteśmy w stanie ogarnąć wszystkiego jednym spojrzeniem. Poznajemy i rozumiemy po części. Po to kolejny nowy rok w kościele, nowy rok w życiu. Zamknąć stare, bo inaczej nie ma sensu nowe. Za rok zrobimy dokładnie tak samo. W ten sosób poznamy i zrozumiemy swoje życie na samym końcu. Zrozumiemy je przez te krótkie okresy, które łatwiej uchwycić i zanalizować.

Czy czas jest krótki? A ile zapamiętujesz? Czy jesteś w stanie nauczyć się wszystkiego jednocześnie, nawet z wąskiej dziedziny? Po to mamy egzaminy, semestry, okresy rozrachunkowe. Widzimy tylko wtedy, kiedy coś jest na miarę naszego wzroku. Rozumiemy tylko wtedy, gdy coś da się uchwycić naszym rozumem.

Po to też jest Adwent, żeby zobaczyć, czy jesteśmy zdolni zapamiętać cztery tygodnie, ponazywać je, powiedzieć co w nich wielkie i dlaczego. A jeśli to za trudne, to nie porywajmy się na wyższe góry, bo bez tych adwentowych pagórków to zbyt ryzykowne.

Czas jest krótki, aby nie wprowadzać nas w zakłopotanie, że się nie uda. Krótki, bo tylko tak zobaczymy, czy potrafimy robić konsekwentnie rzeczy małe, zanim odważymy się na wielkie.