Jesteśmy sobą?

Pytanie na pozór banalne. Gdyby się jednak zastanowić nad doborem repertuaru w kinach, programów studiów, a nawet homilii, można odnieść wrażenie, że wszyscy wychowują, kształtują i wpływają, natomiast nikt nie chce być przedmiotem wychowania, kształtowania i wpływu. Przypomina to trochę inną prawidłowość: wszyscy piszą, nikt nie czyta.

Życie w oparciu o taki model jest jednak drogą donikąd. Oznaczałoby to, że jesteśmy już ukształtowani, nie podatni na żadne wpływy, skończeni (w każdym sensie). Chyba jednak nie do końca. Przecież skoro oglądamy sondaże wyborcze, to po to, by dać się prowadzić. Skoro informuje się nas o poziomie oglądalności, to po to, by „ułatwić” nam wybór.

Skąd bierze się takie uparte przekonanie, że nikt nas nie wychowuje? Może stąd, że jesteśmy tak mało ugruntowani w sobie, iż każdy przejaw wpływu obnażyłby nas jeszcze bardziej. Spójrzmy na ludzi, których określamy „bez wychowania”. To są ludzie, którzy postawili wyłącznie na siebie. Podobnie „bez kultury”, „bez pasji”. Tym wszystkim ktoś nas musi zarazić, do tego przekonać. Inaczej jesteśmy sobą.

Gdybym chciał nam zepsuć humor, mógłbym tylko dopytać: sobą, czyli kim?

Niedziela Pa(ndemii) A.D. 2020

(refleksje wokół Niedzieli Palmowej)

Tegoroczna uroczystość trochę odwróciła kolejność przeżyć, poszukiwań, argumentacji. Przyczyną jest nie tyle pandemia, co pośredni jej skutek, jakim jest odwrócenie perspektywy. Do tej pory przeżywaliśmy naszą wiarę w kluczu „gościny u Boga”. Ktoś aranżuje, ktoś zaprasza w imieniu… Zawsze jednak można było usprawiedliwić swoją nieobecność w gościnie u Boga poziomem moralnym, intelektualnym czy innymi wadami zapraszających.

W tym roku mamy odwróconą perspektywę. To Bóg wprosił się w gościnę do człowieka. Już nie przeszkadzają zapraszający. Nawet w tak intymnej relacji jak wyznanie grzechów jesteśmy sam na sam z Nim. Warto postawić sobie pytanie, czy w tym roku duchowo jest łatwiej i bliżej, bo nikt nie przeszkadza? Czy bez pośrednictwa Bóg lepiej nas rozumie? Czy w tym roku rozgrzeszył nas z tego, z czego przez lata nie chcieli rozgrzeszyć „oni”?

Sąd nad Jezusem polegał na tym, że w przestrzeni publicznej wypromowano Barabasza. Sprawy wypromowane zajęły miejsce cnót. W ten sposób socjologicznie cenione – jakkolwiek by to rozumieć – stało się cenne. Socjologia religii, wartości, postaw. Jezus socjologicznie przegrał z Barabaszem. Ale czy ostatecznie wygrał tłum?

…Tłum się zmienia wraz z epoką, ale jego rola jest niezmiennie ta sama. Kiedy się pomyśli, że jest się tylko tłumem, który ma rację, gdy ma większość – wtedy robi się smutno.

W tym roku nie było tłumu. Czy będę wiedział, kto miał rację?

Stary człowiek jest w każdym z nas

(refleksja w V Niedzielę Wielkiego Postu)

W tradycji interpretacji Pisma Świętego dom w Betanii (dom Marii, Marty i Łazarza) był często porównywany do duszy człowieka, a właściwie do różnych jej pokładów. Jest bowiem w każdym z nas trochę Marii (dać Bogu wszystko, nie licząc czasu i wysiłku), trochę Marty (być otwartym na człowieka, na ludzką biedę) i trochę Łazarza (zatroszczyć się o siebie, zaufać swoim planom, okopać się w tym, co stare i znane). Jest więc Maria – relacja do Boga, Marta – relacja do drugiego człowieka i Łazarz – relacja do samego siebie.

Specyfika tych postaci ujawnia się dopiero w sytuacji granicznej, jaką jest choroba a potem śmierć Łazarza. Najpierw Marta, potwierdza, że wierzy w Zmartwychwstanie, ale kiedyś. „Wiem, że kiedyś…”. Wywołana jakby do tablicy Maria też wyznaje wiarę: „Panie, gdybyś tu był…”. Gdyby Bóg był na czas, to by się to wszystko nie wydarzyło. Na końcu pojawia się Łazarz, który nie może już nic – jego życie się skończyło.

Dlaczego dom w Betanii przypomina duszę ludzką? Bo jest w niej Maria, gotowa wierzyć, gdy Bóg jest blisko, bo jest w niej Marta, która wierzy, że kiedyś…, jest też Łazarz, który do końca myślał o sobie.

Łazarz nie umarł, tylko śpi. Jednak umarł, ale z tego snu może obudzić go Bóg. Śmierć Łazarza jest śmiercią starego człowieka. A dla nas? To uśmiercenie naszych planów rozpisanych trochę obok Boga, bez liczenia się z drugim człowiekiem. Papież Franciszek wyraził to na placu św. Piotra, pustym placu: […] byliśmy niewzruszeni, myśląc, że zawsze będziemy zdrowi w chorym świecie”.

To zły czas dla starego człowieka (oczywiście w duchowym sensie), bo jeśli w sobie nie umrze, reszta nie zmartwychwstanie.

Przez lata, słuchaliśmy jednego z fragmentów Ewangelii, w którym stawiano pytanie: „Czy Syn Człowieczy znajdzie na ziemi wiarę, gdy przyjdzie?”

Dzisiaj możemy je powtórzyć: Znajdzie?