„Trwam” się przeżyło

Gdyby podjąć próbę namalowania obrazu współczesnego pokolenia, można by zacząć od kilku luźnych szkiców. Wykorzenione z ziemi i tradycji, a nie zakorzenione w wiarę i wartości. Nawet te wartości, których broni na ulicach nie są jego. Autonomiczne pędy – początkowo zmęczone przynależnością, teraz zaczynają być zmęczone autonomią. Samorealizacja zamienia się w samotność, a wolność, której się pragnęło zaczyna być środkiem płatniczym za towar, który próbuje się nazwać życiem.

Obraz wiary wygląda podobnie. Pierwotny pozytywny odruch w stronę wiary od nieco skostniałej tradycji i pobożnych praktyk, został gdzieś zapomniany. Kościół winnego krzewu zamieniono na kościół odciętej latorośli.

Nie umiemy też rozmawiać. Każdy ma coś do powiedzenia w pojedynkę, tylko, że nie ma kto słuchać. Biskup mówi w swoim imieniu, ksiądz przeciw biskupowi, jakby to był dowód na kościół odciętej latorośli. Tak dzieje się w Kościele, w ojczyźnie, w domach. Mieszkamy razem przed i po ślubie, by każdy rok podsumować stwierdzeniem: Znam cię i rozumiem coraz mniej.

Nie wystarczy też trwać. To hasło jest dobre dla pokoleń, które odchodzą. Nowe pokolenie musi znaleźć swoje własne hasło, które zjednoczy, by nie umrzeć samotnie.

„Trwam” się przeżyło, ale „róbta co chceta” nie sprosta oczekiwaniom kolejnego pokolenia. Potrzeba więc hasła, które pozwoli wyrazić, a nie tylko opisać człowieka.

Dopóki świat Go nie pozna…

Kiedy chce się budować jedność jakiejś społeczności, przychodzi na myśl jedno słowo – upodobnić się. Rodzi się jednak pytanie: do kogo? Upodobnić się do siebie nawzajem czy do Niego? Ile cennych impulsów Ducha zabiło upodabnianie się do siebie nawzajem. Bo ono próbuje człowieka redukować, niszczyć oryginalność i różnorodność. Kiedy nie upodabniamy się do Niego, każda próba odmienności jawi się jako zagrożenie.

Pasterz zna owce. Znać w sensie biblijnym oznacza kochać, a kochać to tyle, co dać życie. Dać je w tym, do czego człowiek został powołany, dać je w miejscu, które można nazwać „u siebie”. Nie trzeba wyprowadzać miłości małżeńskiej na manowce, by poznać jej sens. Nie potrzeba wyprowadzać ludzi z Kościoła, by zrozumieli Jego istotę. Ewangelia na dzisiejszą niedzielę mówi, że Pasterz chce przyprowadzić owce, których jeszcze nie ma w owczarni. Natomiast dzisiaj panuje moda na wyprowadzanie poza. Wyprowadzanie na manowce wiary, na jałowe dyskusje o wierze, na dywagacje nie mające nic wspólnego z wiarą. Moda na wyprowadzanie jest cechą pasterzy, którzy sami nie zrozumieli sensu Kościoła od wewnątrz. Ludzie nie przychodzą do Kościoła szukać psychologii, seksuologii, bioetyki. Przychodzą spotkać tych, którzy znają Pasterza.

Jest jeszcze jedna pokusa, która polega na przekonaniu, że jeśli świat nas nie zrozumie, nie zrozumie również Boga. Tymczasem, kolejność jest odwrotna. Najpierw musi poznać Jego, by zrozumieć o co nam chodzi w naszym przepowiadaniu. Najpierw trzeba doświadczyć miłości, by chcieć się zaangażować w to, co z niej wynika.

Pasterz i pasterze. Historia nigdy nie była wolna od najemników. Ale jednocześnie Kościołowi towarzyszył zmysł wiary. Oczywiście nie chodzi o demokrację czy większość. Ale we wszystkich momentach Kościoła, kiedy pasterze pobłądzili, Bóg dawał nowe charyzmaty, by przeprowadzić Kościół i zachować prawdziwą wiarę. Kiedyś papież Benedykt XVI powiedział, że Kościół nigdy nie był tak doskonały w swej strukturze organizacyjnej, by mógł zrezygnować ze zmysłu wiary ludzi wierzących. To napięcie pomiędzy strukturą i charyzmatem było i jest potrzebne. Jest tylko jeden warunek, by nie pobłądzić. Wszyscy muszą pamiętać, że Pasterz jest jeden, a poszczególne elementy kształtowania się wiary Kościoła nie są wynikiem demokratycznych debat, lecz otwartości na inspiracje pochodzące od Ducha Świętego.

Koniec handlu w niedziele

Staramy się śledzić wiadomości, by nie przegapić czegoś istotnego. Kto był dzisiaj w kościele, został zaskoczony informacją gorszą niż ta o niedzielach handlowych w galeriach. Otóż Pan Bóg poszedł dalej – ogłosił koniec handlu w niedzielę w kościołach. Co gorsza, zakaz obowiązuje we wszystkie niedziele roku. Można więc sobie wyobrazić, jakie będą od jutra protesty na ulicach. Koniec handlu w niedziele!

Chyba nie będzie jednak protestów, bo my tego handlu już nie potrzebujemy. Niektórzy dzięki pandemii już się nauczyli żyć bez świątyni. Ale czasem potrzebujemy jeszcze kancelarii parafialnej, ostatniego miejsca handlu lewymi papierami. Bo jak to nazwać inaczej? Pamiętam taki czas, kiedy w Warszawie można było kupić dyplom nie chodząc na studia. A czy taka próba załatwienia lewego zaświadczenia wiary bez wiary nie jest czymś podobnym? Czy w naszej transparentności i głodzie praworządności nie chcemy ciągle robić przekrętów wiary?

Dekalog stawia wiele pytań, a wśród nich jedno fundamentalne: czy wyryć w kamieniu to, co jest w sercu, czy lepiej wyryć w sercu to, co jest w kamieniu? W Piśmie Świętym są dwa terminy na określenie świątyni: naos – to namacalne, materialne i hieron – to co duchowe, w sercu. Po Powstaniu Warszawskim przetrwał tylko jeden kościół. Ale Bóg odbudował go w sercach ludzi, a potem oni konsekwentnie budowali świątynie w kamieniu. Dzisiaj mamy nieco inny obraz. Raczej nikt nie burzy świątyń w kamieniu, co najwyżej próbuje umieścić na nich inne słowa, natomiast burzy się świątynię w sercu. A my pocieszamy się, że zostały kamienne tablice!

Jest jeszcze jeden istotny element w świątyni, nawet tej z kamienia. Komunia. Ciekawe, dlaczego pokolenia prostych ludzi wiary opłatek nazywały komunią? To raczej współczesne słowa: komunia, komunikacja. A może rozumieli, że nie o opłatek tu chodzi, ale właśnie o komunię. Problem nie polega na tym, czy byłem w kościele, ale czy jestem w komunii z Bogiem?

A może ciągle chodzę tylko do świątyni, nie zaś do komunii, bo ciągle idę handlować w niedzielę. Udało się zamknąć galerie, przynajmniej w większość niedziel. Może kiedyś uda się konsekwentnie zamknąć handel w świątyni? I wtedy pozostanie przyjść do niej jak do domu, w którym się przebywa i spotyka bliskich, a nie handluje, zwłaszcza lewymi świadectwami wiary.