Na początku tak nie było

Trudno się dziwić, że do wiary w Boga podchodzi się podobnie jak do teorii wielkiego wybuchu. Nie mamy czasu spierać się o początek, bo mamy wystarczająco bieżących problemów. Czy jednak większość z tych problemów nie bierze się z faktu, że nie wiemy, co było na początku?

Patrzymy w kosmos, podziwiamy ewolucję. Coś nieustannie odrywa się od czegoś, by z czymś na nowo się połączyć. Podziwiamy dynamikę przyrody, nieustanne przechodzenie z jednej postaci w inną. Ale mamy też doświadczenie obserwowania co jakiś czas ostatniej postaci takiej zmiany, którą nazywamy więdnącym liściem, wyschniętą rzeką, śmiercią człowieka. Co się stało? – pytamy. Zabrakło energii podtrzymującej życie. Tak właśnie powstała zasada zachowania energii w zamkniętym schemacie.

Jedno jest pewne – niezależnie od schematów i przekonań – bez energii nie ma życia. Dlatego troszczymy się o planetę, w każdą ludzką działalność wpisujemy elementy ekologii. Jak nie marnować energii, jak ocalić świat, jak przetrwać?

Na początku tak nie było. Bóg, źródło życia we wszelkich postaciach, był jednocześnie energią życia człowieka. To miłość sprawia, że chce się budować, ocalać, rozwijać. Ale czy kwant autonomicznej ludzkiej miłości oderwanej od Boga pozwoli ocalić świat, a w nim własne życie?

Szczególnie jest to widoczne w odniesieniu do małżeństwa. Ktoś kiedyś zepsuł jego rozumienie sprowadzeniem wyłącznie do prokreacji. A tak naprawdę chodziło o zachowanie energii. Człowiek stworzony z miłości, która nie powstała z rozpadu, lecz z jedności, szuka drugiej osoby, która chce się wpisać w tę samą energię miłości. I czasem, gdy ktoś niszczy, człowiek opuszcza dla zachowania energii. Można opuścić człowieka dla Boga. W imię zasady zachowania energii można to zrozumieć. Ale czy można zrozumieć opuszczenie Boga dla człowieka? Przypomina to trochę współczesny kryzys ekologiczny. Człowiek wierzył, że można prowadzić własną firmę w odcięciu od reszty świata. Niestety, kiedy nie żyje się ekologicznie, czyli z miłością i troską patrząc na innych, nie tylko niszczy się świat, ale i własne życie.

Rozwody, kolejne związki. Bynajmniej nie chcę nikogo osądzać, oceniać. Chcę tylko powiedzieć, że na wymieszanych rodzajach fundamentu nie zbuduje się solidnego domu. A tak mało doceniamy religię, kulturę, prawdziwą miłość, która spaja.

Nie da się pozszywać świata subiektywnymi urojeniami. On żyje dzięki konkretnej energii, która nie ma nic wspólnego z tym, co się komuś wydaje. Podobnie życie człowieka jest oparte tylko na Jednej Miłości. I wydawać może nam się wiele, ale nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością.

Skoro więc potrafimy docenić sens ekologii, może też zrozumiemy sens ekologii ludzkiej. Skoro rozumiemy, że świat istnieje dzięki energii, to może też zrozumiemy, że człowiek istnieje dzięki miłości.

Tylko pozornie nie trzeba pytać o początek. Bo kiedy zaczyna się o nim myśleć z poziomu bałaganu własnych spraw, wtedy przynajmniej dochodzi się do jednego sensownego wniosku: Na początku tak nie było.

Może więc w ramach wieczornej lektury warto sięgnąć po książkę, która rozpoczyna się od słów: „Na początku…”.

Po co nam błogosławieni?

Odpowiedź na to pytanie jest dość oczywista, ponieważ podzieliliśmy świat na grzeszników (nie chodzi o brak wiary, ale jej brak jako inspiracji uczynków) i na świat kaznodziejów (deklarowanej wiary, czasem bez pokrycia w życiu). Potrzebujemy zaś bardzo połączenia uczynków i wiary. Znane ewangeliczne pytanie „Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego”, można opatrzyć odpowiedzią: „Zawsze za tego, o którym świadectwo dają wierzący swoimi czynami”. Ten właśnie brak związku czynów i wiary leży u podstaw kryzysu świata i Kościoła. I właśnie dlatego potrzebujemy błogosławionych.

MATKA ELŻBIETA RÓŻA CZACKA. Jej motto życia „miłość zawsze i wszędzie”. Nie był to pusty frazes, ale fundament pod dzieło nazwane „TRIUNO”. Przywołuje to prawdę o Bogu Jedynym w Trójcy. Ukazuje z jednej strony odrębność Osób, z drugiej ich silne powiązanie w miłości. Matka Czacka uczy prawdziwej religijności, której jest obcy wszelki formalizm, magia, kupiecki stosunek do Boga. W Laskach tworzy wspólnotę, o której mówi, że jest nie tylko stowarzyszeniem osób złączonych wspólnym celem, lecz jest samym życiem. Jakże to jest istotne dzisiaj, gdy często tworzy się stowarzyszenia, w których cel uświęca środki. Mówi także o przyszłości Dzieła, ale można to odnieść także do przyszłości Kościoła w jego konkretnym instytucjonalnym wymiarze. Pisze tak: „Dzieło to z Boga jest i dla Boga. Innej racji bytu nie ma. Gdyby zboczyło z tej drogi, niech przestanie istnieć”.

STEFAN KARDYNAŁ WYSZYŃSKI. Z jednej strony wskazuje na rodzinę, która nie może być uszczuplona czy marginalizowana, bo ona buduje naród, który jest „rodziną rodzin”. Ukazuje też ścisły związek rodziny z narodem, gdzie dobrobyt rodziny jest dobrobytem narodu, a bieda rodziny, biedą narodu. Ostro wypowiada się na temat istoty zmian w polityce: „Nie idzie o to, aby wymienić ludzi, tylko o to, aby ludzie się odmienili, aby byli inni, powiem drastycznie – aby jedna klika złodziei nie wydarła klucza do kasy państwowej innej klice złodziei. Idzie o odnowę człowieka i ktoś to musi powiedzieć. To jest bardzo niepopularne i strasznie trudno to mówić”. Uznaje słuszne aspiracje kobiet do awansu społecznego, równości, nie sprowadzania ich wyłącznie do płci i macierzyństwa. Domaga się nowego spojrzenia na kobietę. Do księży mówi: „Aspiracje społeczne współczesnych kobiet muszą być przez Kościół i przez duchowieństwo należycie rozumiane i doceniane. Ten problem nie może być przedmiotem żartów, dowcipów, jakiejś przewagi władczej instynktu męskiego”. W kwestii migracji miałby nam dużo do powiedzenia. Mottem byłoby stwierdzenie „kołyska znakiem nowej tożsamości”. Bo tam, gdzie rodzi się życie, rodzi się nowe rozumienie człowieka, narodu, przeznaczenia. Ta kołyska jest silniejszym znakiem nowych granic niż te ukształtowane przez rzeki czy pasma górskie.

Można by przytaczać jeszcze wiele innych wypowiedzi naszych nowych Błogosławionych. Ale nawet te krótkie, przywołane powyżej, dostatecznie odpowiadają na pytanie: Po co nam błogosławieni?

Ważne kwestie domagają się rozstrzygnięcia

Rozstrzygnijcie, komu chcecie służyć. Takim zdaniem Pismo Święte wita nas w dzisiejszą niedzielę. Samo słowo „służba” budzi w nas pewne negatywne emocje. Służyć, to dać się wykorzystać, czasem poniżyć, poddać się czyjejś woli, nie być sobą. A przecież w taki właśnie sposób pierwotnie była określana wiara. Służyć, czyli wierzyć, że gdzie indziej nie będzie mi lepiej. A wierzyć służąc, to doświadczyć, że jest mi w tym dobrze. Rodzi się jednak pytanie: w tym, czyli w czym? W moich odczuciach, doświadczeniu, pragnieniach czy w relacji, w której nie zawsze jest dobrze, czyli miło? Można pytać dalej: wierzę w Boga, ale stworzyciela czy zbawiciela? Boga obiektywnego porządku czy osobistych relacji? A jeśli zbawiciela to od czego? Od grzechów w ogóle czy od grzechów młodości? I konsekwentnie, kiedy już nie popełniam grzechów sprzed lat, to czy oznacza to, że się nawróciłem, czy też, że się zestarzałem i grzeszę stosownie do wieku i zdrowia?

Wiele jest takich i im podobnych pytań, chociaż można je sprowadzić do jednego: czy w moim służeniu i wierze jestem kimś otwartym czy narcyzem? Kiedy zmieniam przedmiot mojej służby (przepraszam, jeśli odnoszę to również do osoby), czy zmieniam dlatego, że ktoś nie chce relacji, czy dlatego, że to ja w niej już nie czuję się dobrze.

W tradycji wiary Bóg jest często porównywany do wiatru. Nie można łatwo wskazać skąd wieje i dokąd ostatecznie zmierza. Można jednak cieszyć się jego powiewem, mocą, ochłodą. Podobnie z drugim człowiekiem i z Bogiem – nie można tak po prostu zamknąć ani Boga, ani człowieka w schemat. Można jednak cieszyć się ich obecnością, wsparciem, bliskością.

Ważne kwestie trzeba rozstrzygnąć, a jedną z nich jest pytanie komu chce się służyć: narcystycznie sobie, drugiej osobie skadrowanej oczekiwaniami czy komuś kto jest sam w sobie ważny, chociaż do końca nieodgadniony i nieuchwytny? Każdy z tych wyborów ma swoje życiowe konsekwencje. I dlatego tę kwestię trzeba w życiu rozstrzygnąć możliwie szybko.