Wiara to nie sposób na życie, ale sposób życia

Gdyby spróbować nakreślić strukturę chrześcijaństwa, wyglądałaby ona mniej więcej tak: wybrani – powołani – przeznaczeni. Wybrani to wszyscy ochrzczeni. Powołani to ci, którzy dostrzegli łaskę, przeznaczeni to ci, którzy ją ukonkretnili w życiu. Nie osiągnie się wielkich celów ewangelizacyjnych, jeśli pozostanie się w rozumieniu chrześcijaństwa i wiary na etapie wybranych, czy nawet powołanych. Można mieć łaskę, tylko pytanie, co z nią zrobić? Czy wystarczy ją tylko mieć?

Prorok Amos – jak ukazuje go Stary Testament – nie był prorokiem ani synem proroka. Oznacza to, że nie było tradycji rodzinnej wykonywania tego zawodu. Nie był to więc dla Amosa sposób na życie. Prorokiem nie został ani z tradycji, ani z biedy. Mógł nim zostać, bo nie uczynił z proroctwa sposobu na życie, ale sposób życia.

Chrześcijaństwo nie jest więc sposobem na życie. Często upatruję szansę dla prawdziwej wiary w podważaniu kapłaństwa jako zawodu czy sposobu na życie. Niby dlaczego ktoś miałby potrzebować kapłana dla rytów, których nie rozumie, dla uczenia moralności, której sposobu uzasadniania nie pojmuje. Świat próbuje powiedzieć, że kapłaństwo to kiepski pomysł na uczynienie z niego sposobu na życie. Jest wystarczająco dramatów tych, którzy tak myśleli.

Nie powinno więc pociągać ani kapłaństwo, ani wiara jako sposób na życie. Zupełnie inaczej, kiedy zaczyna się ją rozumieć jako sposób życia. Nie ma jasnej odpowiedzi na pytanie z czego kapłan powinien żyć. Lepiej postawić pytanie po co ma tak żyć. Z czego – jest wtórne i niejeden spec od zarządzania mógłby podsunąć szereg pomysłów, łącznie z regułami motywacji i sprawiedliwego wynagrodzenia.

Sens kapłaństwa i wiary zrozumie się dopiero wtedy, kiedy odczyta się z tym samym zrozumieniem List do Efezjan. Do chrześcijaństwa nie pociągnie fakt, że ktoś dzięki wierze znalazł pracę, męża, zdrowie. Zresztą są i tacy, którzy wierząc pracę stracili, męża czy żony nie znaleźli, a i zdrowie mają nie najlepsze. W takiej roli Boga może zastąpić Linkedln, portal randkowy, lepiej rozwinięta medycyna. Ale czy ja potrafię się zachwycić tym, że wybrał mnie przed założeniem świata, przeznaczył nie do jakiegokolwiek życia, ale do konkretnego z konkretną rolą i zadaniem, że mnie odkupił i zabrał zapatrzenie w siebie samego, że dał łaskę mądrości i rozumienia spraw wielkich, że objawił tajemnicę przeznaczenia świata i człowieka? Czy zachwycam się tym, że w losach świata mogę brać udział w świadomy sposób, że jestem w stanie pojąć piękno i sens życia, że mogę zrozumieć sens nieskończoności i przeznaczenie, które nie musi być fatum?

Czy ja to wiem i tym się zachwycam?

Humanizm w kontekście Pięćdziesiątnicy

Bliskość. To słowo jest szczególnie ważne dla każdego człowieka. Rozwój ludzkości pokazuje, jak człowiek starał się pokonywać wszystko, co próbowało tę bliskość niweczyć. Można by zrobić prosty eksperyment, wyjeżdżając na wakacje bez komórki i bez dostępu do sieci. W bliskości pomocne są również wspólne języki, które pozwalają na porozumienie z innymi ludźmi. Niby wszystko służy bliskości, jedności, a jednak to w czasie konsumowania owoców postępu technologicznego potrafimy być dla siebie wyjątkowo obcy, wrodzy, pozbawieni empatii.

W czym tkwi sekret tej upragnionej, a jednak ciągle nieosiągalnej bliskości i jedności ludzi?

Wieża Babel. Symbol jedności dążeń i celów. A jednak symbol jedności pozornej. Bo kiedy człowiek zaczyna być bożkiem, automatycznie przestaje być człowiekiem. Człowiekiem w sensie braterstwa. Bożek dąży do przewagi nad innymi, do zdominowania pozostałych. Takie są losy braterstwa bez ojca, równości bez odwołania do natury, wolności uciekającej przed prawdą. Trzy wielkie sprofanowane hasła, które same w sobie mają sens, pod warunkiem, że człowiek jest ich beneficjentem, ale nie miarą. Wyobraźmy sobie bazar, na którym handluje się według własnej miary, wagi, a wartość pieniądza określa każdy człowiek indywidualnie. Wolny rynek jest wolny pod warunkiem, że dopuszcza się pewien procent niewolników, czyli tych, którzy nie sprostali regułom. Skoro nie wierzymy w takie utopie w rzeczach prostych, dlaczego dajemy się zwodzić, że człowiek może być miarą w rzeczach o wiele istotniejszych, np. sumienia?

Po co więc Pięćdziesiątnica? Po pierwsze, żeby zrozumieć, że miara już istnieje. Miara dobra, prawdy. Dzięki niej można budować humanizm, w którym człowiek nie musi bać się człowieka, bo jest miara relacji. Nie wyniszczają człowieka rozbudzane pragnienia, bo jest miara nasycenia. Nie musi człowiek wymuszać na sobie nieosiągalnych celów, bo jest miara dążeń. Ale co jest w zamian za takie życie? Kiedy z sobą konkurujemy, nagrodą jest sukces materialny, kariera, pozycja społeczna. Co zaś jest nagrodą za życie według miary?

Może to zabrzmi banalnie: szczęście bez miary.

Wniebowstąpienie, czyli pytanie o nasze miejsce na ziemi

Nawet ludzi wierzących wiara nie zawsze potrafi rozszczelnić. Mamy dwa szczelne systemy – system myślenia o życiu na ziemi i system myślenia o niebie. I nawet jeśli sporo wiemy o codzienności i równie dużo o niebie, jednocześnie umiemy dobrze te rzeczywistości rozdzielić. Między nimi jest jeszcze śmierć – idealna granica dla zachowania szczelności systemów. Konsekwentnie ziemia pozostaje dla grzesznych, niebo dla świętych.

Tymczasem Wniebowstąpienie nie oznacza zniknięcia Boga. Credo wyznacza dwa bieguny egzystencji Boga: zstąpienie do piekieł i wstąpienie do nieba. Pokazuje to, że zna On najmroczniejsze momenty życia człowieka i jednocześnie wskazuje bardzo wysoko postawiony cel.

Czasem dla trudnych słów szukamy nowych definicji. Jednym z takich słów, które domagają się zdefiniowania na nowo jest apostazja. Co ona oznacza w istocie? Akt apostazji, to akt zapomnienia o fragmencie życia. Można wyobrazić sobie dwie jej odsłony: apostazję w kontekście religijnym – zapomnieć o fragmencie życia z Bogiem i apostazję w wymiarze świeckim – zapomnieć o fragmencie życia z drugim człowiekiem. Jest tylko jeden problem: z życia z fragmentami amnezji nie zbuduje się jedności. Po nowej definicji apostazji, trzeba na nowo zdefiniować wiarę: Wiara to defragmentacja życia.

Pozostaje pytanie o nasze miejsce na ziemi. On przyjdzie stamtąd, my pójdziemy stąd. Ile zostawimy odchodząc stąd, ile otrzymamy przechodząc tam? Kryterium wiary jest bilans korzyści i strat. Czasem straty odejścia stąd wydają się być tak duże, że nie warto iść tam.

Czy można zrobić sobie test na zdolność do wstąpienia do nieba? Takim testem jest życie sakramentalne. Aby otrzymać to, co sakramenty dają, trzeba porzucić to, co przeszkadza je otrzymać. To jest bardzo praktyczny test. Pozostawia nas bowiem z pytaniem: Jeśli nie możemy porzucić, by otrzymać dzisiaj, co pozwala nam wierzyć, że kiedyś dokonamy innego wyboru?