Narracja czy rzeczywistość?

Wtopiony w codzienność nie zauważam istoty rzeczywistości. Ktoś opowiada mi o czymś, ja odwzajemniam się tym samym. W pewnym momencie rodzi się jednak pytanie, czy moja opowieść o rzeczywistości nie jest powtórzeniem narracji już zasłyszanej? Nie mam czasu na weryfikację wszystkiego. Jestem „skazany na narrację”.

Funduję więc sobie czas oderwania się od bieżącej narracji. W czasie „wyłączonym” znowu jednak nie dotykam rzeczywistości, lecz słyszę narrację przeciwną do tej światowej. Przez światową rozumiem narrację mediów nastawionych na sensację, szybkie podsumowania, zmianę perspektywy, proste prawdy, szybkie wyroki. Ale również narracja „oderwana od świata” opowiada, tylko jakby w odmienny sposób. Mów dobrze o świecie, a stanie się lepszy. Patrz na ludzi z empatią, a dojrzysz ich drugie oblicze.

Mam ochotę na chwilę zrobić sobie prawdziwą przerwę od pozytywnych i negatywnych narracji i po prostu zacząć słuchać rzeczywistości. Problem polega na tym, że trudno znaleźć świat bez narracji. I nawet kiedy wsłuchuję się w siebie, nawet wtedy słyszę, że coś opowiada we mnie.

Może więc zamiast być „skazanym na narrację”, skazać siebie na samotność? Ona nie potrzebuje planów, ideologii, zwolenników mojego widzenia świata. Jej wystarczy wydarzenie, człowiek, czasami pustka. Może kiedy przestanie się słuchać innych, wtedy zapomni się słów. A kiedy samemu zatraci się zdolność opowiadania, wtedy pozostanie wejście w wydarzenie bez konieczności rozumienia domagającego się komunikowania.

Samotność pozwala na dotknięcie rzeczywistości bez słów, jednak cena za to doświadczenie jest duża. Może dlatego wracam do opowiadania innych i sam zaczynam opowiadać, niekiedy tylko żałując, że nie mam dość sił, by „skazać siebie na samotność”.

Czy Ziemia jest wieczna?

W jednym z opisów biblijnych Starego Testamentu ukazana jest sytuacja targowania się Abrahama z Bogiem o… ocalenie miasta. Zaczyna się od pięćdziesięciu sprawiedliwych, a kończy doprowadzeniem słuchacza do zniecierpliwienia, zejściem w oczekiwaniach do dziesięciu sprawiedliwych. A gdyby pójść jeszcze dalej? Gdyby został jeden sprawiedliwy, czy dla jednego warto coś ocalić?

Demokracja przyzwyczaja do większości. Świat przetrwa, jeśli większość będzie postępowała właściwie. Ale można postawić pytanie: Czy kiedykolwiek w historii większość ocaliła cokolwiek czy raczej idea rzucona przez jednego pociągnęła większość?

Chcemy ocalić miasto, Ziemię, środowisko. Ale warto postawić sobie pytanie, odnosząc je do osiągnięć współczesnej nauki: Czy Ziemia jest wieczna? Odpowiedź jest przecież prosta.

Co więc chcemy ocalić? Ocalić życie? Udaje się je przedłużyć, ale na razie „uwiecznić” można je tylko na fotografii czy na twardym dysku, który też nie jest wieczny. Świat można ocalić przed przedwczesną katastrofą, ale czy można go ocalić przed końcem?

Co więc człowiek chce naprawdę ocalić? A może o tym mówi tylko kilku „sprawiedliwych”, żyjących wbrew prądom, tendencjom, uproszczeniom. Czy dla tych kilku ocali się człowieka i uwieczni?

Pytanie pozornie religijne, a w rzeczywistości bardzo naukowe. Bo skoro Ziemia nie jest wieczna i człowiek też, to co chcemy ocalić i po co?

Wniebowstąpienie Pańskie czy odlot niewierzących?

W wierze katolickiej Bóg przychodzi i odchodzi. Można by z tego wyprowadzić wniosek, że wiarę można przeżywać na dwa sposoby. Wiarę w odejście Boga i wiarę w Jego przyjście. Jakie są jednak konsekwencje takiego wyboru?

Wiara w odejście pozwala wspominać. Wspominać, co mówił, co czynił. Jej celem jest stracić Boga z oczu. Podobnie rozrzewniamy się, kiedy próbujemy usprawiedliwić czyjeś odejście czy porzucenie kogoś. Podkreślamy, że najważniejsze to zachować dobre wspomnienia, nie pamiętać tego, co złe. Pozostają jednak tylko wspomnienia.

Wiara w przyjście zmienia radykalnie perspektywę. Przyszedł raz porządkować ludzkie sprawy i przyjdzie raz jeszcze uporządkować je w sposób ostateczny. Niebo zmienia ziemię, nie zaś ziemia niebo. Dzięki badaniu kosmosu znamy lepiej życie na ziemi, nie odwrotnie. Ziemia jest za mała, żeby wytłumaczyć sens wszechświata. Podobnie dzięki zgłębianiu tajemnicy nieba, zaczynamy pojmować sens życia na ziemi.

Wiara to nie ekologia. Nie wystarczy oczyścić ziemię na ziemi. Bo czym ją można oczyścić w perspektywie wiary? Publicystyką, ludzkim sądem, doskonałością na miarę człowieka? Przed narodzeniem Chrystusa było wielu dobrych ludzi, często lepszych niż my dzisiaj. Po narodzeniu Chrystusa pojawiają się też ludzie, którzy potrafią być gorsi niż ci przed Jego przyjściem. Po co więc przyszedł? By Słowo stało się Ciałem – nie odwrotnie.

Niegodni Ciała uciekają do słowa, a nawet bardziej do słów. A w słowach można się zagubić. Na tym właśnie bazuje wiara oszukujących samych siebie.

Wiara w odejście – Ciało staje się słowem. Wiara w przyjście – Słowo staje się Ciałem.

Kiedy jestem niegodny Ciała wybieram wiarę w odejście i w pozostanie jedynie słowa jako wspomnienia. Tak oszukujemy siebie i innych słowem, bywa i pobożnym. Mamy coraz więcej tak zwanych „dobrych ludzi”. Tylko jaki z tego wniosek dla wiary?