Nasza droga do Emaus

W świecie, w którym wystarczy wpisać jakiekolwiek hasło w wyszukiwarkę, by otrzymać odpowiedź, trudno wyobrazić sobie, że ktoś nie słyszał o Bogu. Nawet w świecie niewiary Bóg i Kościół są odmieniane przez wszystkie przypadki. Nie jest to więc nieznajomość pojęciowa. Jest to raczej brak zdolności rozpoznania Boga, ale ta przypadłość dotyka nie tylko niewierzących. Nierozpoznanie odwołuje się do doświadczenia człowieka. I nawet, jeśli wierzący rozpoznaje Boga w kościele czy w tradycyjnych nabożeństwach, coraz trudniej mu rozpoznać Boga w codziennym życiu. Uczniowie jeszcze się spodziewali i dlatego się zawiedli. My już nawet się nie spodziewamy. Co prawda chodzący do kościoła nie utracili jeszcze wiary, ale tracą coraz bardziej wsparcie w rodzinie, w tradycji. Pocieszające jest to, że wiara i tak jest wyjściem, jest poznaniem Boga na naszej, a więc ciągle nowej drodze. Przecież w innych obszarach życia też już mamy coraz mniej do przekazania młodemu pokoleniu. Świat zmiennych zdaje się pokonywać świat stałych.

Czego więc uczy droga uczniów do Emaus i dlaczego nazywam ją naszą drogą? Chwila zastanowienia nad własnym życiem pozwala zrozumieć, że ten sam Jezus idzie z nami, chociaż Go nie rozpoznajemy. Nie porzucamy Boga do końca, ciągle jesteśmy gotowi o Nim rozmawiać. Mamy więc wiarę i doświadczenie, tylko nie umiemy tych rzeczywistości pogodzić. Często wręcz jest tak, że Bóg jest w wierze, a doświadczenie podpowiada, że Go w naszej codzienności nie ma. Czego więc potrzeba człowiekowi? Może nie tyle prostych recept na pogodzenie wiary z codziennością – bo takich prostych recept nie ma. Potrzeba doświadczenia wiary, a więc zupełnie nowej formy doświadczenia, która nie jest prostą sumą wiary i codzienności.

Emaus jest drogą wiary. Popełniamy błąd pokazując wiarę jako jedną pośród dróg. Traktujemy wiarę jak turystykę religijną. Pewny jest cel, pewna droga, tylko trzeba wybrać odpowiednie biuro podróży. Tymczasem nie ma prostego celu i prostej drogi. Każda droga może być drogą do celu, jeśli na tej drodze pojawi się Jezus. To nie Kościół jest drogą człowieka, ale człowiek jest drogą Kościoła, chociaż czasem o tym zapominamy.

Droga do Emaus ma jednak swój mały cel – odpoczynek, by pomyśleć i nabrać sił. I właśnie wtedy w Ewangelii padają słowa zaproszenia: Zostań z nami! Zostań, bo gdy jesteś blisko nie wątpimy, gdy jesteś blisko, odżywa nasza nadzieja. Kiedy jesteś mamy pokój.

Po tym doświadczeniu uczniowie wrócili do Jerozolimy, a my możemy wrócić do Pisma Świętego i szukać miejsc jego wyjaśniania przez tych, którzy chcą zrozumieć naszą drogę. Możemy wrócić do Eucharystii (oni wtedy Go rozpoznali), możemy dotknąć modlitwą tych, którym inaczej już nie umiemy pomóc.

Dlatego drogę do Emaus nazywam naszą drogą.

Nie-biblijna wizja uczestnictwa

Oglądając programy publicystyczne czy słuchając audycji poświęconych problematyce społecznej można odnieść wrażenie, że nasza codzienność została zainfekowana bardzo groźnym wirusem. I jak to z wirusami bywa, są one dobrą pożywką dla tworzących programy antywirusowe. Przykładów zaś na to jest całe mnóstwo. Słabnącego prezydenta odwirusowuje się niewiele mogącym już premierem, poważne problemy z udziałem jednego z wydawnictw katolickich odwirusowuje się nagłośnioną do przesady sprawą pewnego prałata. Uczestniczymy wszyscy w życiu społecznym bardziej niż kiedykolwiek, tylko jakoś nie-bblijnie.

                Jak zatem uczestniczymy? Kiedyś wystarczał chleb i igrzyska. Teraz nawet igrzyska nie wychodzą. Próbuje się więc wmówić człowiekowi, że ma być podmiotem tego, na co nie ma wpływu, że ma żyć zgodnie z naturą, którą już dawno podważył, że ma cieszyć się szczęściem, od którego chce się płakać. Może ktoś powiedzieć: toż to demagogia! Oczywiście, bo i ja uczę się czegoś z nie-biblijnej wizji uczestnictwa. Kiedyś mówiono, że w życiu społecznym można uczestniczyć na dwa sposoby: solidarności lub sprzeciwu. Nie bardzo jednak wiadomo, z kim się solidaryzować i przeciw czemu (komu) się sprzeciwiać. Gdyby jednak zacząć uczestniczyć biblijnie? Biblijnie, czyli jak?

                Przez człowieka wirus wchodzi na świat i przez człowieka może zostać zniszczony. Trzeba tylko wybrać korporację, która zaoferuje prawdziwie skuteczny program antywirusowy. Prawdziwie skuteczny, nie oznacza najczęściej i o stałej godzinie uaktualniany. Prawdziwie skuteczny to ten, który zwalcza najgorsze robaki, konie trojańskie, biblijne wilki w owczej skórze. A tych w każdym komputerze niezależnie od proweniencji nie brakuje. Czasem warto też wyłączyć nasz sieciowy komputer, niezależnie od tego, kto jest administratorem sieci, i spróbować odważnie i samodzielnie pomyśleć. Rynku samodzielnego myślenia nie opanowali jeszcze ani rozsyłacie wirusów, ani autorzy tzw. programów antywirusowych, zwanych naprawczymi. I to jest chyba najbardziej biblijna wizja uczestnictwa w życiu społecznym.