Ułatwienia dostępu

Jedli i pili, żenili się i za mąż wychodzili…

Jedli i pili. Przecież nie robili nic złego, a jednak pogrążenie w codzienności sprawiło, że przeoczyli coś, czego przeoczyć nie można – zagrożenie i zagładę. Adwent jest czasem, w którym Bóg próbuje nam na nowo uświadomić, że prawdziwym zagrożeniem jesteśmy my sami, a właściwie nasze ociężałe serce, ociężałe codziennością. Dlatego też w I Niedzielę Adwentu jesteśmy wezwani do wejścia na Górę Pana. W Piśmie Świętym góra ma szczególne znaczenie. Pozwala zobaczyć więcej. Nagle wszystko co wielkie staje się małe, rzeczy nabierają właściwego znaczenia. Góra nie pozwala też mieszać doświadczenia wyjątkowości z codziennością. Nie codziennie wchodzi się na górę, nie często pozostawiamy to, co tak dobrze znamy i rozumiemy. Potrzeba również czasu, który staje się wyznacznikiem spodziewanych widoków. Krótki czas, słaby widok, by zobaczyć więcej, trzeba wejść wyżej, a do tego potrzebny jest czas. Zapytajmy w tym miejscu o naszą modlitwę, dlaczego ona sprawia, że widzimy ciągle codzienność. A może te krótkie chwile, wyrwane z codziennych zajęć, pozwalają wejść tylko na najbliższy pagórek, z którego panorama codzienności niewiele się różni od szarości życia. Jedyne doświadczenie to strata czasu, gdyż widok ciągle ten sam. Nie chodzi jednak o ustanawianie rekordów zdobytych szczytów. Najpierw chodzi o to, by po prostu udać się w drogę na szczyt.

Lista rzeczy niezbędnych. Gdybyśmy zrobili teraz bardzo proste ćwiczenie, zobaczylibyśmy wtedy, że codziennie dźwigamy sporo zbędnych ciężarów. Niewiele osób pakuje torbę do pracy codziennie na nowo. Raczej nosimy w niej to, co przydawało się w ubiegłym tygodniu lub co może się przydać. A ile z tego co nosimy codziennie potrzebujemy do wejścia na górę? Adwent jest zachętą do spakowania się na nowo, do wzięcia tylko niezbędnych rzeczy: jedzenia, ubioru, światła i narzędzia do kontaktu. Warto więc przyjąć adwentowe zaproszenie do redukcji bagażu do zauważenia pokarmu, który jest najważniejszy (Boży chleb codzienny), okrycia człowieka wierzącego (modlitwa, refleksja), Słowa Bożego do oświecenia tego, czego się nie rozumie i łaski odwagi do rozmowy z Bogiem.

Umiejętność przewidywania. W tym wyraża się owe „jedli i pili”. Pokusa, że obecnego życia nic nie jest w stanie zakłócić. Weźmy jako przykład słowo „wojna”. Do 2022 roku prawie nie istniało w dyskursie medialnym. Były konflikty bo małe, incydenty – bo daleko, dezinformacja – bo pozornie nas nie dotyczyła. Dopiero kiedy wojna stała się faktem (wielka, blisko, zwodząca nas wszystkich), dopiero wtedy zaczęliśmy zdawać sobie sprawę, że nie wystarczy jeść i pić i udawać, że nic nam nie grozi. Ile nowomowy w naszym codziennym życiu, w pojmowaniu religijności. Ile prób powtarzania, że nic nam nie grozi. Tak banalizuje się wiarę, tak banalizuje się Boga, tak banalizuje się swoje prawdziwe potrzeby. Przecież jemy i pijemy…

Czas jest bliski. Ale żeby się tym przejąć, trzeba mieć właściwy punkt odniesienia. Czas jest bliski, kiedy umiera ktoś bliski, kiedy dopadło nas życie, kiedy już nie jesteśmy w stanie uciekać przed zagrożeniem. Wtedy wszystko jest bliskie i ważne. A gdy nic złego się nie dzieje? Wtedy wraca największa pokusa: po co się śpieszyć? Mam czas. To właśnie Adwent przypomina nam, że czas upływa, że jest bliski i że pocieszanie się, że to jeszcze nie u mnie, że to jeszcze nie ja jest bardzo złudne.

Jedli i pili… Jak my.

Nasza droga do Emaus

W świecie, w którym wystarczy wpisać jakiekolwiek hasło w wyszukiwarkę, by otrzymać odpowiedź, trudno wyobrazić sobie, że ktoś nie słyszał o Bogu. Nawet w świecie niewiary Bóg i Kościół są odmieniane przez wszystkie przypadki. Nie jest to więc nieznajomość pojęciowa. Jest to raczej brak zdolności rozpoznania Boga, ale ta przypadłość dotyka nie tylko niewierzących. Nierozpoznanie odwołuje się do doświadczenia człowieka. I nawet, jeśli wierzący rozpoznaje Boga w kościele czy w tradycyjnych nabożeństwach, coraz trudniej mu rozpoznać Boga w codziennym życiu. Uczniowie jeszcze się spodziewali i dlatego się zawiedli. My już nawet się nie spodziewamy. Co prawda chodzący do kościoła nie utracili jeszcze wiary, ale tracą coraz bardziej wsparcie w rodzinie, w tradycji. Pocieszające jest to, że wiara i tak jest wyjściem, jest poznaniem Boga na naszej, a więc ciągle nowej drodze. Przecież w innych obszarach życia też już mamy coraz mniej do przekazania młodemu pokoleniu. Świat zmiennych zdaje się pokonywać świat stałych.

Czego więc uczy droga uczniów do Emaus i dlaczego nazywam ją naszą drogą? Chwila zastanowienia nad własnym życiem pozwala zrozumieć, że ten sam Jezus idzie z nami, chociaż Go nie rozpoznajemy. Nie porzucamy Boga do końca, ciągle jesteśmy gotowi o Nim rozmawiać. Mamy więc wiarę i doświadczenie, tylko nie umiemy tych rzeczywistości pogodzić. Często wręcz jest tak, że Bóg jest w wierze, a doświadczenie podpowiada, że Go w naszej codzienności nie ma. Czego więc potrzeba człowiekowi? Może nie tyle prostych recept na pogodzenie wiary z codziennością – bo takich prostych recept nie ma. Potrzeba doświadczenia wiary, a więc zupełnie nowej formy doświadczenia, która nie jest prostą sumą wiary i codzienności.

Emaus jest drogą wiary. Popełniamy błąd pokazując wiarę jako jedną pośród dróg. Traktujemy wiarę jak turystykę religijną. Pewny jest cel, pewna droga, tylko trzeba wybrać odpowiednie biuro podróży. Tymczasem nie ma prostego celu i prostej drogi. Każda droga może być drogą do celu, jeśli na tej drodze pojawi się Jezus. To nie Kościół jest drogą człowieka, ale człowiek jest drogą Kościoła, chociaż czasem o tym zapominamy.

Droga do Emaus ma jednak swój mały cel – odpoczynek, by pomyśleć i nabrać sił. I właśnie wtedy w Ewangelii padają słowa zaproszenia: Zostań z nami! Zostań, bo gdy jesteś blisko nie wątpimy, gdy jesteś blisko, odżywa nasza nadzieja. Kiedy jesteś mamy pokój.

Po tym doświadczeniu uczniowie wrócili do Jerozolimy, a my możemy wrócić do Pisma Świętego i szukać miejsc jego wyjaśniania przez tych, którzy chcą zrozumieć naszą drogę. Możemy wrócić do Eucharystii (oni wtedy Go rozpoznali), możemy dotknąć modlitwą tych, którym inaczej już nie umiemy pomóc.

Dlatego drogę do Emaus nazywam naszą drogą.