Dwa brzegi jeziora są do siebie podobne

W ubiegłym tygodniu pisałem o tym, że życie przypomina jezioro z jednym brzegiem, ulubionym i dobrze znanym – brzegiem codzienności i doczesności. Drugi brzeg to wieczność. Ale jest to – przepraszam za określenie – studyjna wersja wiary. W życiu, zwłaszcza ochrzczonego, te dwa brzegi się przeplatają, bo nasza wieczność w codzienności to po prostu łaska, do której się powraca i od której czasem się ucieka.

A jednak do nieśmiertelności jesteśmy powołani – również naszym intelektem, który nie akceptuje ograniczeń ideologicznych od żadnej ze stron wpływu. Nieskończoność pragnienia i ograniczoność jego realizacji. Wiara jest przeciw wąsko rozumianej ascezie, ponieważ tak rozumiana asceza przypomina trochę rodzica, który upomina ładnie ubrane dziecko: nie chodź tam, bo je pobrudzisz, nie biegaj tyle, bo zniszczysz nowe buty. A przecież o wiele racjonalniej zarobić na proszek do prania i na nowe buty. Niestety u nas ascezą zajmują się osoby, których największym celem ascetycznym byłoby zawiesić oddychanie, by nie zużywać tlenu. Nieudacznika pomylono z ascetą i dlatego do seminariów coraz rzadziej przychodzą ludzie z charakterem i ambicjami. A całą tę bylejakość przykrywa się mglistą definicją świętości.

Wiara jest jednak perspektywą otwierającą na nieskończoność i na nieśmiertelność. I każdy próbujący ją sprowadzić do swoich lęków, pokazuje tylko swoją duchową miałkość i brak wiary. Dzięki Bogu, do takiej wiary raczej nikogo nie pociągnie.

Oby tylko wiara nie musiała opuścić kościołów, jak myślenie musiało opuścić uniwersytety.

O jeziorze z jednym brzegiem

(lektura niezbędna do zrozumienia tekstu – Ewangelia według św. Marka, rozdział 4, wiersze 35-41).

Dwa brzegi jeziora przypominają dwie strony życia. Pierwszy brzeg to nasza doczesność, drugi wieczność. Pomiędzy nimi duchowe zmaganie, jak fale na jeziorze. Pomiędzy tymi brzegami różnica jest we wszystkim i to rodzi napięcie, podobne do burzy, która powstaje z różnicy temperatur. Przez tę duchową burzę trzeba przejść, by dostać się na drugi brzeg.

Św. Jan Paweł II potrzebę drugiego brzegu określił jako wypłynięcie na głębię. Oznacza to porzucenie pierwszego brzegu, a przynajmniej pozornych gwarancji bezpieczeństwa, które mu towarzyszą. Kiedy więc człowiek decyduje się na życie duchowe, przychodzi taki moment, w którym różnica pomiędzy tym, co było a tym, czego się pragnie jest tak duża, że wywołuje swoistą duchową burzę. Problem polega tylko na tym, że na pierwszym brzegu zdążyliśmy już uśpić Boga, niektórzy nawet obwieścili, że umarł.

Jak mówi Ewangelia – On spał z tyłu łodzi. Rufa jest miejscem sternika, ale sternik śpi. To bardzo mocny obraz letniej wiary. Niby człowiek pozostawił Boga na miejscu sternika, tylko nie wierzy już w to, że On kieruje losami świata. I kiedy człowiek czuje, że ginie, zamiast obudzić Boga (w sumie siebie, swoją wiarę), stać go jedynie na obudzenie pretensji do Boga… za zło w świecie.

Kimże On jest? Dobre pytanie uczniów. Bo skoro nie może wyznaczać granic dobra, dlaczego ma wyznaczać granice złu?

Dzisiejsza wiara przypomina nas jako rybaków opowiadających o jeziorze łączącym dwa brzegi. Problem tylko w tym, że nigdy na tym jeziorze nie byli. Z lęku, z wygody, z poczucia bezpieczeństwa na pierwszym brzegu, z samowystarczalności jednej perspektywy.

Można zapomnieć o drugim brzegu, można uśpić Boga i wierzyć, że burza jest tylko na jeziorze pomiędzy doczesnością a wiecznością. Problem w tym, że burza czasem wdziera się w ląd, w pierwszy brzeg, w tę pozornie spokojną i kontrolowaną przez człowieka część życia.

Warto o tym pamiętać, nawet jeśli wierzy się tylko w istnienie jednego brzegu.

Sekularyzacja wiary wierzących

Wielu wierzących rozumie wiarę jako przynależność do określonej frakcji. Skoro przynależę do Kościoła, konsekwentnie przynależę do prawicy, mężnie bronię jej słabości, bo wiara musi objawić się (czyt. wygrać) w tym czasie.

Czas. Niesamowita przyjemność dla umysłu. Ile czasu można poświęcić na opisanie braku czasu. Przydałby się chłodny racjonalizm Kanta: czas nie istnieje w oderwaniu od naszego doświadczenia.

Mamy doświadczenie, bo mamy zmysły. One zmuszają nas do pośpiechu – młodość nie trwa wiecznie, tyka zegar biologiczny, wszystko w co wierzę musi stać się teraz, a co się nie staje, przestaje być przedmiotem wiary. A nie staje się między innymi to o co prosimy w Modlitwie Pańskiej: Przyjdź królestwo Twoje!  Kiedy coś nie leży w naszych planach, przestaje być zauważalne, bo nie jest oczekiwane. Nasze plany zmieniają sens tego na co czekamy w wierze. Często z przerażeniem słuchamy o powtórnym przyjściu Chrystusa, o końcu świata, bo przecież to zburzy nasze plany. A więc mamy inne plany?

Sekularyzacja wiary. Sprowadzenie wszystkiego do krótkiej perspektywy życia człowieka. Sekularyzacja wiary wierzących. Oczy wiary. Jak łatwo nie widzieć tego, czego się nie rozumie. Za dużo wrażeń, zbyt dużo widzimy i słyszymy, by się tym przejąć. Człowiek stracił kontakt z rzeczywistością. Potrafi obrazić się na Boga za to, że w czasie urlopu pada deszcz, bo co tam susza, plony. Pomiędzy ziarnem a żniwem dzieje się zbyt wiele, żeby móc czekać. Pomiędzy początkiem wiary a ostatecznym przyjściem Chrystusa dzieje się zbyt wiele, by czekać.

Co więc oznacza wiara? Może nie wyłącznie kwestie obyczajowe, ale postawienie bardziej fundamentalnych pytań: Czy rozumiem więcej niż widzę? Czy potrafię uchwycić sens przewidywania w wierze? Czy mam w sobie dość wewnętrznej siły, by czekać?