Pokora…

Pokora – prawda o człowieku rozpięta pomiędzy pierwszym i ostatnim miejscem. Problem w tym, że zarówno pierwsze, jak i ostatnie miejsce jest… jedno. Przypomina to arystotelesowskie „grzeszenie” przez nadmiar i niedomiar. Natomiast w prawdziwej pokorze chodzi o prawdę. Pozostając na poziomie empirycznej weryfikacji można powiedzieć, że prawdziwa pokora zaczyna się nie tyle na poziomie „złotego środka”, co raczej na przedostatnim stopniu kariery. Kiedyś żartobliwie określano, że pierwsze miejsce jest początkiem niekompetencji człowieka. Gdyby się „uniżył”, wtedy zajmie miejsce właściwe dla siebie.

Czym jest jednak pierwsze (najważniejsze, najwłaściwsze) miejsce dla człowieka? To miejsce realizacji najwłaściwszego powołania, talentu, zestawu osobistych kompetencji. Słowem, miejsce najpełniejszej realizacji siebie. Dlatego jest ono pierwsze, bo najważniejsze i najwłaściwsze. Nie rodzi się jednak z porównywania z innymi, z rankingu pozycji, lecz z rzetelnego bilansowania swoich mocnych i słabych stron.

Nie ma więc ani wzoru, ani prostej recepty na pokorę. Nie wystarcza odrzucanie pierwszego miejsca ani szukanie na siłę ostatniego. Jedynym sensownym sposobem jest mozolna praca nad odrzucaniem nadmiaru (pychy) i niedomiaru (fałszywej pokory), które zamazują prawdziwy obraz człowieka.

Czy więc warto być pokornym? A czy warto być prawdziwym?

Prawo do P(p)rawdy

W uroczystość Trójcy Świętej chrześcijanie przywołują ideę mówiącą o tym, że Trójca jest prawzorem życia i to w szerokim zakresie: życia w ogóle, małżeństwa, życia społecznego. I jak to z ideami bywa, im szczytniejsze, tym trudniejsze do przełożenia na konkrety życia. Postawmy sobie więc pytanie, w czym i jak ten ideał może przełożyć się na naszą codzienność?

Ojciec. Wyobraźmy sobie sytuację skrzywdzenia. Stoimy na ulicy, jesteśmy sami. A właściwie samotni. Skrzywdzeni przez jednych, pozbawieni innych. I druga sytuacja, skrzywdzeni tak samo, ale mający się do kogo przytulić, by znaleźć wsparcie. Ojciec uczy, że człowiek nie musi być samotny.

Syn. Nie jesteśmy aniołami. Niewiele mniejsi, ale zawsze. Dotknięci i dotykający słabościami, decyzjami. Możemy rozliczyć się po ludzku, możemy pokazać „autentyczność”, to znaczy, jacy jesteśmy. Ale kto weźmie cudzą winę na siebie, kto z nas ludzkimi środkami wykupi się z własnej. Nie musimy być obciążenie winą.

Duch Święty. Można uczyć się o tajemnicy. Można o niej mówić, ale kto nauczy w nią wejść? Można prosić o rzeczy banalne, bo już nie wierzy się w spełnienie wielkich. A można dać się wprowadzić w samo centrum tajemnicy.

Człowiek cielesno-duchowy. Ma prawo do prawdy o pochodzeniu, nawet jeśli rodzina, nawet ojciec nie są tego warci. Ma prawo do prawdy o Bogu i Kościele, nawet jeśli trzeba przejść przez „czarne karty” historii i współczesności.

Tego prawa do P(p)rawdy nikt nie może nas pozbawić, nawet jeśli odkrycie jej, nawet intuicyjnie, kojarzy się z bólem. Nie musimy udawać, że jesteśmy otoczeni tłumem, więc nie samotni. Nie musimy udawać lepszych, bo nawet gorsi mają szansę. Nie musimy zadowalać się powierzchownie, bo mamy prawo do tajemnicy.

Nie jesteśmy „znikąd” i „donikąd” nie musimy zmierzać.

Przyszłość demokratycznych proroków

Różne mamy stopnie i natężenia proroctwa. Najczęściej kojarzymy je z religią, ale być prorokiem w swoim środowisku, to tak naprawdę być świadkiem prawdy. W jakimś sensie naukowiec poszukujący prawdy jest prorokiem. Polityk szukający dobra wspólnego jest prorokiem. I oczywiście, człowiek wierzący szukający Boga-Prawdy jest prorokiem.

Prorokowi nie wolno się lękać, to znaczy, nie wolno bardziej skupiać się na cenie, jaką zapłaci za to, czego szuka, niż na samym obiekcie poszukiwań.

Kim jest w tym kontekście „prorok demokratyczny”? To taki prorok, który próbuje znaleźć złoty środek pomiędzy prawdą a konformizmem. Z jednej strony, od czasu do czasu „natchnie go” na poszukiwanie prawdy, ale potem skutecznie zwalnia w poszukiwaniach, by nie pójść za daleko i nie zapłacić za dużo.

Marny jest jednak los proroków demokratycznych. Można przyjrzeć się chociażby życiu politycznemu i pytać, kto w imię jakiej idei zdobył popularność, a jaką ideę głosi aktualnie? Można też pytać, czego wypadkową będzie kolejna głoszona idea? Mamy proroków demokratycznych w nauce. Nie trzeba będzie długo czekać na to, by zwolennicy reformy nauki zaczęli zakładać za kilka lat komitety protestacyjne w obronie nauki. Być „za” opłaca się dzisiaj, być „przeciw” będzie opłacalne za kilka lat. Pierwsze kadencje będą sprawować za bycie „za”, drugie za bycie „przeciw”, ale ostatecznie historia nauki im tego nie zapomni, a z pewnością zapomni o nich jako reformatorach. Mamy też proroków demokratycznych w religii, swoistych „bożych proroków” ze „świeckimi plecami”.

Prawda cierpliwa jest. Prorok konformizmu podzieli los konformizmu. Prorok prawdy podzieli los prawdy. A prorok demokracji podzieli los demokracji.

Taka właśnie rysuje się nam przyszłość!