Granice…

Kilka dni temu obejrzałem film w reżyserii Vincenzo Natali pod znamiennym tytułem Istota. Para młodych naukowców Clive i Elsa w ramach eksperymentu mającego na celu wyprodukowanie nowej istoty zwierzęcej, wprowadzają do eksperymentu ludzkie DNA. W pewnym momencie kontrolowany przez nich eksperyment wymyka się spod kontroli i powstaje zwierzęco-ludzka hybryda. Treść filmu nie zasługuje ani na polecenie go miłośnikom kina, ani też na dorabianie do fabuły ambitnych treści. Film jest banalny, czego dowodem są dwie sceny rozpisane pod współczesne gusty odbiorcy. W związku z filmem rodzi się jednak kilka refleksji.

Po pierwsze, nieodparcie wraca obraz raju i pokusy „będziecie jako bogowie”. Jest jednak mała różnica – Bóg zna przyszłość i jest jej Panem, natomiast naukowcom wydaje się, iż prognoza oznacza „stanie się”. Kiedy „bogowie” przestają sobie radzić z konsekwencjami eksperymentu pozostaje unicestwienie istoty. Wraca więc stary motyw: sztuczny początek – sztuczny koniec.

Po drugie, człowiekowi obeznanemu z myśleniem biblijnym przychodzi na myśl obraz grzechu pierworodnego. Jeżeli człowiek zaczyna wykradać tajemnicę życia i nawet gdyby w jakiś sposób sztucznie je stworzył, pozostaje nieprzerwanie ten sam problem – człowiek może przekazać człowiekowi tylko siebie. Może stworzyć swój obraz. Biblijna idea stworzenia człowieka na obraz Boży mówi znacznie więcej. Bóg stwarzając udziela człowiekowi coś z siebie,  czego sam człowiek wykrzesać nie potrafi – teologia nazwie to duszą.

Po trzecie, na kanwie filmu powraca pytanie o granice eksperymentu. Wiele lat temu Prof. Kloskowski wskazał, iż są jakby dwa bieguny wolności naukowej: etos ułatwiania i etos granicy. Etos ułatwiania nazwałbym etosem nie-odpowiedzialności. Natomiast etos granicy nie polega na tym, żeby badania uwikłać ideologicznie, lecz na wzięciu odpowiedzialności nie tylko za ich przebieg, ale i konsekwencje.

Wreszcie, po czwarte, powraca biblijny motyw pęknięcia pomiędzy mężczyzną i kobietą. To „niewiasta, którą postawiłeś przy mnie”. Kiedy przekracza się granice dobra i zła, wtedy też przekracza się pewną więź, solidarność stworzenia.

Jeden wniosek nasuwa się nieodparcie: jeśli traci się z oczu człowieka jako cel wszelkiego eksperymentu, dodajmy, człowieka wpisanego w moralny wymiar, wtedy wszelki „postęp” podobny jest do czyszczenia broni po jednym morderstwie, by była sprawna do kolejnych. Postęp zaś przypomina zachwyt twórcy produktu do czyszczenia broni. Tylko, że taki produkt sumienia nie oczyści.

Św. Tomasz wskazał, iż granicą poznania jest istnienie. Poznać można to, co po prostu jest. Wszystko zaś co NIE JEST można myśleć i wymyślać. Pozostaje tylko banalne pytanie: Po co?

Leszek Kołakowski – samotnik i sceptyk

Miarą naszego życia jest lat siedemdziesiąt, osiemdziesiąt, gdy jesteśmy mocni. A większość z nich… Psalmista dopowiedział, że większość z nich to trud i marność.

W wieku „mocnych” odszedł dzisiaj Profesor Leszek Kołakowski. Jego życia wystarczyłoby na kilka biografii, a zamknął ją w jednym życiu człowieka niewielkiej postury i wielkiego intelektu. Był człowiekiem wielkim, to znaczy samotnym. Podziwianym, docenianym a jednak samotnym, bo trudno byłoby zmieścić go w jakiejś jednej szkole, a jeszcze trudniej byłoby zatrzymać go tam na dłużej. Zdeklarowany marksista, który obraził się na marksizm w przejawach (usunięcie z partii w 1966, potem rok ’68 i ostateczne rozstanie z Uniwersytetem Warszawskim). Potem twórczy rozkrok pomiędzy Chicago a Oxfordem jako owoc rewizjonizmu, któremu zresztą też nie był wierny. I wreszcie zdrada filozofii uniwersyteckiej. Zdrada, bo chociaż ciągle wykładał, to nie był już filozofem, był mędrcem.

Kto śledził bez uprzedzeń twórczość Kołakowskiego łatwo mógł zauważyć, że szedł on pod prąd współczesnemu rozumieniu filozofii. Dzisiaj w świecie korupcji filozofii próbuje się uprawiać filozofię dopełnień. Natomiast Kołakowski oscylował pomiędzy duchem marksistowskiego Absolutu, wiarą w konkretną klasę społeczną, bo – jak wierzył – tylko w ramach określonej klasy prawda staje się poznawalna, aż po marksistowską nadzieję, która połączona z apokaliptyczną refleksją dała podwaliny filozofii z jednej strony niedefiniowalnej, z drugiej zaś niezaprzeczalnej, bo możliwej do oceny wyłącznie w perspektywie całości – ta zaś jest nieuchwytna, nawet przez życie trwające osiemdziesiąt dwa lata.

Nie łatwo zdefiniować to życie. Charles Taylor nazywa Kołakowskiego „samotnym podróżnikiem, przenikliwym krytykiem wszystkich intelektualnych szkół, prawdziwym, acz sceptycznym myślicielem” i „współczującym obserwatorem wiary chrześcijańskiej”. I zapewne jest sporo prawdy w tej ocenie. Był bowiem samotny i przenikliwy a jednocześnie wierzący wiarą bez zachwytu. Kiedyś na pytanie o to, czy doświadczył cudu, odpowiedział, że nie. A kiedy rozmówca drążył dalej, iż są tacy, którym otwierają się bramy niebios, z właściwą sobie ironią odpowiedział: Nie wiem, komu się otwierają, a kto sobie tylko wyobraża, że mu się otwierają.

Nie był typowym profesorem akademickim, gdyż nie budował wokół siebie aury wielkości i przestrzeni dla podziwu. Wierny ironii, również siebie tak traktował. Nie nazywał rzeczy tworzonych wielkimi. Nie wierzył jak większość, gdyż jego wiara nie mieściła się w schematach dających pozór całości. Był inny.

Odchodzi kolejny, dość kontrowersyjny człowiek. A ja z każdym takim odejściem uczę się coraz bardziej, że prawdziwa wiara to pokora. Gdzie nie ma pokory, nie ma ani wiedzy, ani wiary. Nie chcę porównywać Profesora Kołakowskiego z innymi wielkimi. Zapewne tego by sobie nie życzył.

Odszedł. Co więc pozostaje? Pozostaje pytanie jakiego wyuczono katolika: A co z jego duszą po śmierci? Chciałoby się zorganizować jakąś linię modlitwy, pokazującą przy okazji, że los każdej niepewnej duszy jest w naszych rękach. A ja nawet nie wiem, jak zdefiniować jego wiarę. I chyba dobrze. On też nie wiedział. Kiedy jeden z rozmówców usilnie drążył w jego życiorysie doprowadzając do pytania o wiarę, Kołakowski dał odpowiedź, która troszczącemu się o jego duszę musi wystarczyć. Powiedział wtedy: W co wierzę, Pan Bóg wie doskonale.

Nie podsumowujmy więc życia, które nie chciało być podsumowane.

Marksista, ironista, sceptyk poszukujący sacrum. I niech taki pozostanie, z Tym, który wie doskonale w co Kołakowski wierzył.

Ograniczona wolność warunkiem tolerancji

Słowo wypowiedziane jest jak królestwo, daje władzę temu, kto go używa do panowania nad umysłami innych ludzi. Jest to jednak władza, która czasem może zniszczyć również autora wypowiadanych, czy pisanych słów. W pewnym momencie zaczyna ono bowiem żyć własnym życiem. Takie wrażenie można odnieść w związku z niedawną publikacją zamieszczoną w „Rzeczpospolitej”, dotyczącą karykatur Mahometa.

Najpierw kilka niedogodności w ocenie. Trzeba być po stronie gazety, gdyż potępiając tę postawę, opowiadamy się za fundamentalizmem religijnym, a nie w taki sposób walczy się o cześć, godność i honor. Z drugiej strony trzeba być przeciw, gdyż nie można dopuścić do mydlenia oczu tzw. dziennikarską solidarnością. Można bowiem pytać, dlaczego solidarność właśnie w tej sprawie, a jeszcze lepiej, dlaczego właśnie z duńskimi mediami, i to przez „przypadek” właśnie „Rzeczpospolita”? Z jeszcze innego punktu widzenia trzeba być „za”, gdyż w przeciwnym razie wylejemy dziecko z kąpielą, podcinając skrzydła jednemu z nielicznych, w miarę obiektywnych dzienników.

A może nie opowiadając się ani „za”, ani „przeciw”, po prostu należałoby zapytać siebie, co oznacza wolność w mediach, gdzie są jej granice, czym są prawa człowieka, skoro nie ma stałości natury ludzkiej (jak chce współczesna antropologia). Może ten konkretny przypadek pokazuje, że nie umiemy korzystać z wolności. Z jednej bowiem strony skrajnością nazywamy protesty przeciw publikacjom dotyczącym Mahometa. Z drugiej zaś, czy nie należałoby nazwać skrajnością braku reakcji na propozycję okładki numeru zerowego „Machiny”? Jej redaktor naczelny twierdzi, co prawda, że intencją nie było obrażanie uczuć religijnych, lecz prawo do wolności artystycznego wyrazu. Czy jednak w imię takiej twórczości można obrażać?

Może więc powrócić do starej zasady mówiącej, iż krańcowości się stykają. Może właśnie z tego styku fundamentalizmu z artystycznym i dziennikarskim rozmyciem zrodzą się nowe kanony w sztuce, w mediach i w życiu? A może tylko w imię tolerancji „okopiemy się” jeszcze bardziej na swoich pozycjach – tych fundamentalistycznych i tych rozmytych? Tylko, co wtedy z tolerancją? Czy będzie odnosić się wyłącznie do nas samych?