Tchórzliwa tolerancja

Trąd w czasach Jezusa był chorobą szczególnie trudną: zdiagnozowany uderzał w pojedynczego człowieka, nie zdiagnozowany uderzał we wspólnotę. Dlatego zawsze był w jakimś sensie symbolem grzechu. Nie choroby jako kary za grzech, ale grzechu w swojej warstwie symbolicznej. Grzech bowiem zawsze rodzi w nas dylemat: jednostka czy wspólnota? Można przecież tolerować osobę trędowatą, tylko, że ona umrze w samotności, z dala od tolerujących. A można ją wykluczyć na jakiś czas, by mogła wrócić zdrowa i cieszyć się wspólnotą.

W pierwszym czytaniu liturgicznym na dzisiejszą niedzielę brakuje kilkunastu wierszy. Zawierają one szczegółowy opis trądu jako choroby. Jak bardzo przypomina to nasze społeczeństwa. Pojawia się choroba i nagle wycinamy część opisu, jakby w taki sposób można chorobę usunąć.

Czy jako społeczeństwo, wspólnota wiary jesteśmy naprawdę tolerancyjni czy bezmyślni? Odpowiedzmy na to pytanie przykładem. Kiedy pojawia się wirus, bezlitośnie izolujemy chorych, a nawet domagamy się zwiększenia liczby testów. Dlaczego w takim razie nie izolujemy grzechu? Może dlatego, że nie wierzymy, że i nam może zagrozić. A może dlatego, że wszyscy jesteśmy nim dotknięci i dlatego tak bardzo podświadomie samotni.

Czy tolerując bardziej kocham? Papież Franciszek powiedział kiedyś o naszym stosunku do chorych, że wolimy rzucić pieniądze niż podać dłoń. Bo co to znaczy podać dłoń? To znaczy dotknąć. Dotknąć, czyli zaryzykować. A skoro nie boimy się grzechu, dlaczego nie chcemy dotknąć człowieka w niego uwikłanego?

Często wybieramy słowa roku czy najbardziej niebezpieczne fake newsy. A może takim fake newsem naszych czasów jest słowo „bezgrzeszność”? Nie chcę testu (stanąć w prawdzie), nie chcę szczepionki (sakramentu), nie chcę procesu zdrowienia (życia w łasce). Czy tego boi się zdrowy?

Wspólnocie w czasach Jezusa najbardziej nie zagrażał trędowaty zdiagnozowany. Najbardziej wspólnotę niszczyli bezobjawowi nosiciele, zarówno chorób, jak i grzechu. Zagrożenie duchowe podobne jest do pandemii. Pozornie go nie widać, a kiedy nie da się go już ukryć, kwituje się cynicznie: wirusy były zawsze, grzechy były zawsze, choroby były zawsze…

Problem tylko w tym, że my nie chcemy diagnozować i leczyć, ale karmić statystykami, że wszystko jest pod kontrolą, zarówno fizycznie, jak i duchowo.

Tolerancja po polsku

Nie przepadam za Radiem Maryja ani za Ojcem Dyrektorem, zresztą nigdy tego nie ukrywałem.  Może to moje wrodzone uczulenie do rzeczy narzucanych, może zwykłe emocje, których nigdy nie zweryfikował chłodny intelekt. Dlatego w tej kwestii nie chcę być ani wrogiem, ani sprzymierzeńcem. Każda krytyka ma jednak swoje granice, których nikomu przekraczać nie wolno.

Ale po kolei.

Jeśli jakaś praca nie spełnia kryteriów naukowości powinno się uczciwie zweryfikować jakich, dlaczego i na ile? Jeśli zaś spełnia, powinno się wyhamować sferę uczuć, jeżeli jedyną przeszkodą do akceptacji określonych faktów byłyby li tylko uczucia.

Podejmuję ten temat z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że gdyby nie podchodzić merytorycznie, tylko złośliwie i uczuciowo, można by pytać, czy filozof podważający kompetencje wydziałowej komisji egzaminacyjnej na uczelni „x” nie ośmiesza się, kiedy właśnie jako filozof znajduje zatrudnienie w katedrze pielęgniarstwa i położnictwa. Wierzę, że spełnia on potrzebne kryteria i jest na właściwym miejscu. To mówi mi rozum, ale uczucia kazałyby się pośmiać. Po drugie, ostatnio pojawia się dziwna nagonka na teologię w ogóle. W ostatnim numerze „Polityki” zamieszczono dość tendencyjny tekst na temat stanu teologii i prac podejmowanych w jej ramach. Zarzucano, że powstają prace o historii parafii, biografiach świętych czy wszystkim, co można wycisnąć z Jana Pawła II.

I znowu, jeśli są zarzuty merytoryczne, trzeba je wskazać, a jeśli przeważają emocje, trzeba je pohamować. Kiedy przeglądam prace pisane pod moim kierunkiem, zdarzali się tam święci i Jan Paweł II, ale była też problematyka poprawności politycznej, praw człowieka, wartości etycznych w kodeksach prawnych, gender w perspektywie antropologii chrześcijańskiej, słowem to, co zawiera moralne implikacje, do których moralista jest uprawniony.

Gdyby zaś podejść nieco szerzej do problematyki prac magisterskich i doktorskich można by pytać czym różni się historia uniwersytetu „X” od historii diecezji „Y”, czym różni się badanie spuścizny poety czy pisarza od badania myśli Jana Pawła II, czym różnią się badania geotermalne w Polsce od takich samych badań realizowanych w Europie w ramach rządowych projektów. Dlaczego nie przystoi nam badanie spuścizny chrześcijaństwa, bo ponoć mało naukowa, a na Sorbonie zdobywa się kolejne granty na badania spuścizny Ojców Kościoła?

Państwo świeckie to przede wszystkim państwo autonomiczne, a autonomia wyraża się w tym, że potrafi żyć własnym życiem nie żerując na nieustannej walce z kimś lub czymś. Autonomiczny rozum to taki, co potrafi sam coś wymyślić a nie tylko zajmować się dziennikarskim śledztwem. Czy pieniądze na polską naukę są przeznaczane na ideologiczną walkę z Kościołem i teologią?

Proponuję zatem odszukać teksty w „Wyborczej” i w „Rzeczpospolitej”, i zebrać wszystkie sławy naukowe piszące krytycznie o teologii, a potem tym samym krytycznym okiem prześledzić prace magisterskie i doktorskie pisane u owych geniuszy. Może okaże się, że nie jest aż tak dobrze i to nie tylko w teologii…

A na koniec refleksja lekko emocjonalna. W mojej młodości w slangu młodzieżowym było powiedzenie, które naukowo można by wyrazić: Jeśli nie masz dość argumentów krytycznych, nie krytykuj, bo to przestaje być krytyką a staje się płytkim krytykanctwem. Zaś w języku młodzieżowym wyrażało się to prościej: Jeśli jesteś głupi, bądź chociaż przyjemny.

A zatem nie oczekuję na intelektualny cud przemiany owych krytycznych luminarzy nauki polskiej, apeluję tylko o jedno – starajmy się być chociaż przyjemni.

Oprotestować Madonnę?

Zabierałem się do napisania tego tekstu już od kilku dni. Rozpoczynałem, przerywałem, rozpoczynałem na nowo. Bo były wydarzenia ważniejsze, chociażby encyklika Benedykta XVI. Problem Madonny jest przy niej tylko odpryskiem „końca kultury”. Przesądził jednak tekst w Rzeczpospolitej na temat protestu jako wody na młyn współczesnej skandalistki.

O Madonnie można pisać wiele. Niewątpliwie stworzyła nowy nurt w muzyce, który można nazwać „muzyką wspieraną skandalem”. To jednak, co przeraża mnie najbardziej, to sposób i nietrafność (a w konsekwencji nieefektywność) zapowiadanego protestu. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że “pozorna” zbieżność dat (koncertu Madonny i maryjnego święta) nie jest pozorna. To tania reklama, w której niestety uczestniczą również protestujący.

Co zatem zrobić, aby protest był skuteczny? Przede wszystkim myśleć. Prawie doprowadził mnie do łez rzecznik ratusza, który z bólem serca twierdził, że na tym etapie już nic nie można zrobić. Rozumiem go. Rola bowiem rzecznika nie ma już nic wspólnego z Hermesem wyjaśniającym wolę bogów. Bardziej przypomina królewskiego chłopca do bicia. Nie bijąc więc rzecznika, niewątpliwie trzeba odwołać się do takich działań, które mogą przynieść skutek. Pierwsze polega na tym, że zanim Madonna wywołała skandal, ktoś z władz miejskich wyraził zgodę na tę przypadkową zbieżność dat. Zatem mamy władze albo nie myślące, albo niewierzące. Trudno powiedzieć, co gorsze. Ale mamy też potencjał wiernych, którzy – jeśli naprawdę ich to przeraża – mogą po prostu koncert oprotestować… nieobecnością na nim. A na przyszłość, wybierając nowe władze stolicy, warto mieć w pamięci takie nieprzemyślane kwiatki decyzyjne obecnych władz. No i oczywiście wykorzystać wszystkie kanały tzw. odpowiedzialności obywatelskiej, by zrobić wszystko, co uczyni głośnym nie tyle sam protest, co pokaże miałkość Madonny (w sierpniu również “przypadkowo” pojawi się w kinach pikantny film Madonny).

Czego zaś na pewno nie warto robić? Zapowiadanej (o ile pomysł jest prawdziwy) mszy przed ratuszem. Wtedy do skandalu Madonny dołączono by jeszcze jeden – profanację Eucharystii w miejscu i czasie bynajmniej nie służącym sacrum. Jeśli bowiem społeczeństwo nie może zrozumieć problemu i nie widzi nic złego w zbieżności koncertu i maryjnego święta, to chyba nie chodzi o to, by „przerazić mszą”. Bo skutek może być odwrotny. Madonna i tak zaśpiewa, zaś przestraszeni mszą mogą na mszę przestać chodzić zupełnie.

Co zatem robić? Protestować mądrze, a przede wszystkim wyciągnąć wnioski na przyszłość. Bo propozycji podobnych skandali będzie jeszcze wiele. I przykro byłoby widzieć po raz kolejny rozżalone i bezradne władze płaczące nad rozlanym mlekiem. Prościej wybrać takich, którzy nie tylko będą mądrzy po szkodzie, ale również przed.