Alfa i Omega

Uroczystość Chrystusa Króla Wszechświata naprowadza nas na temat granic zła, czasu i historii. Zła, bo to ostatecznie Bóg wyznacza granicę ludzkiej autonomii i samowystarczalności. Czasu, gdyż nikt z nas nie jest niezależnym autorem nawet własnej opowieści. Historii, bo ukazuje, że to ostatecznie nie człowiek pisze jej ostatnie i najważniejsze karty.

Biblijny opis przywołuje przyjście Boga w chwale. Malarze i artyści przyzwyczaili nas do odmalowywania tej sceny za pośrednictwem kolorów i światła. Jest jednak coś zaskakująco nowego w tym wydarzeniu. Ujmując je w kategorii znaków i symboli, bardziej przypomina akustykę niż malarstwo. Chwała oznacza bowiem to, o czym się słyszy, co ludzie mówią. Jest ona jak „wiadomość dnia”, która zdominuje wszystko inne. I w takiej chwale przyjdzie Chrystus.

Będzie też sąd. Na pozór nikt z wierzących nie powinien się go bać. A jednak… Boimy się, bo będzie to sąd z miłości, a wierzący będą sądzeni z oderwania wiary od miłości. Papież Benedykt XVI nazywa to „sekularyzacją miłości”, a odpowiedzialność za ten stan rzeczy przypisuje wierzącym. Kiedy bowiem oderwie się wiarę od miłości, ta zaczyna szukać już tylko ludzkich podstaw. A wtedy nawet wierzący, przestając kochać, przestaje też wierzyć, bo nie wystarcza mu miłości nawet dla siebie samego, nie umie własną mocą kochać siebie w tym, co go spotyka.

Sąd przypomina trochę przewrót kopernikański w myśleniu. Kiedyś człowiek patrzył na słońce wierząc, że to ono krąży wokół ziemi. Podobnie człowiek wierzy, że wszystko, łącznie z Bogiem, kręci się wokół jego własnych spraw. Dopiero świadomość, że „wszystko co uczyniliśmy jednemu z najmniejszych” zmienia optykę patrzenia na siebie i na świat. Słowo stało się ciałem, czyli człowiekiem i od tego momentu można kochać Boga tylko wtedy, gdy nie odrywa się miłości do Niego od miłości do człowieka.

Czemu więc służyłoby wywyższanie Boga jako Króla Polski w pomnikach, na sztandarach i w pieśniach, gdyby upokarzało się Go w drugim Polaku, Człowieku i Bracie?

Po co więc sąd ostateczny? Aby naprawić skutki wszystkich ludzkich, niesprawiedliwych sądów. Pseudo-Makary napisał kiedyś, że wszystkie owce są owcami, a wilki wilkami. Ludzie zaś są podobni do siebie tylko zewnętrznie. Sąd jest właśnie po to, aby pokazać różnicę pomiędzy dobrem a złem, aby pokazać prawdę o wnętrzu człowieka. I po to, aby człowiek mógł zrozumieć, że jeśli jest jakikolwiek podział między ludźmi, jakiś „gorszy sort”, to tylko w odniesieniu do tych, którzy nie uszanowali Chrystusa Króla w drugim człowieku.

Szabat dla człowieka

W ostatnich latach sporo zrobiono dla obrony niedzieli. Przełomem była m. in. msza św. w mediach z myślą o ludziach chorych. Jak się jednak okazało, ten sposób przeżywania niedzieli stał się również formą świętowania dla ludzi zdrowych, przebywających na wakacjach czy łatwo usprawiedliwiających swoją absencję na liturgii w kościele.

Jednym z głównych motywów świętowania niedzieli jest nawiązanie do momentu wyprowadzenia narodu wybranego z niewoli. Jest to moment o wiele głębszy niż zwykłe powstrzymanie się od pracy. Można bowiem nie pracować, a mimo to uczynić czas świętowania czasem pustym. Kiedy straci się z oczu głębsze motywy, wtedy pozostaje prawo, z mnożonymi w historii przepisami szczegółowymi. Jednym z nich było ścisłe wyliczenie kroków, jakie człowiek mógł zrobić w dniu święta. Za liczonymi krokami szły inne prace, aż po „zaniechanie wszelkich czynności” jako główny motyw świętowania. Można by trochę przekornie powiedzieć, że gdyby Izraelici liczyli tak skrupulatnie kroki wychodząc z niewoli, prawdopodobnie tkwili by w niej po dziś dzień.

Dlatego postawa Jezusa tak często gorszyła. Głodnym uczniom pozwalał łuskać kłosy w szabat, uzdrawiał… Nie chodziło w tym bynajmniej o tanie gorszenie, lecz o przywołanie najgłębszego motywu: szabat dla człowieka!

Powróćmy do pierwotnej motywacji – wyjścia z niewoli. Niedziela jest dobrym momentem uświadomienia sobie, że to nie praca stworzyła człowieka. Jest to czas wyjścia z niewoli pracy jako jedynego sensu życia, czas odrzucenia bieganiny i niezauważania drugiego człowieka czy swoich bardziej duchowych potrzeb. Wszystko po to, aby człowieka przywrócić prawdziwemu życiu.

Kiedy więc rozliczam siebie czy innych z „szabatowego prawa”, może warto dorzucić owe głębsze motywy i zapytać, czy przez to wychodzę ze swojej codziennej niewoli oraz czy dzięki świętowaniu mam więcej czasu na dawanie życia i nadziei drugiemu człowiekowi? W tym tkwi najgłębszy sens świętowania.

Cele obok drogi

Każdy z nas słyszał już wielokrotnie w życiu wezwanie do zmiany. W języku religijnym mówimy o nawrócenia, ale ostatecznie chodzi o to, że przychodzi taki moment, w którym pytamy samych siebie o sprawy najważniejsze. Jednym z istotnych elementów w tym procesie jest czas.

Wspólnym mianownikiem dla takiej zmiany, niezależnie od poglądów i światopoglądów, może być zdanie: czas jest krótki. Rodzi to kilka konsekwencji praktycznych. Skoro czas jest krótki, to można położyć akcent właśnie na tę krótkość, albo na to, że mamy wiele do zrobienia a czasu jest mało. Krótkość paraliżuje, natomiast uchwycenie zasadniczego celu sprawia, że ta krótkość wzywa człowieka do porzucenia bezczynności. „Czas jest krótki” oznacza, że jest go naprawdę niewiele na sprawy ważne.

Takie podejście do czasu uczy dystansu. Dystansu do celów „obok” drogi. Cele mogą być różne: studia, małżeństwo, praca. Ale one wszystkie są jakby „obok”, ponieważ nikt z nas nie sprowadzi całego życia wyłącznie do nich. One służą czemuś, wpisują się w drogę „ku”.

Krótkość czasu jest też wyzwaniem do odkrycia prawdziwej wolności. Wiele jest rzeczy, które nas zniewalają. Sprawy do załatwienia „na wczoraj”, rzeczy, których nie można przełożyć, a nawet newsy, których nie można nie odczytać. Tak dzieje się jednak, kiedy człowiek zatraci dystans do prawdziwego celu.

Taka refleksja przypomina ciągłe zaczynanie od nowa. Stawianie tych samych pytań, ustawianie nowej hierarchii celów. Ale czy zaczynanie od nowa musi być zawsze zaczynaniem od zera? Jeśli tylko człowiek próbuje żyć sensownie, wtedy powrót do pytania o cele jest zawsze pytaniem z perspektywy dystansu drogi już przebytej. A doświadczenie nie błądzi nigdy. Błądzą tylko nasze oceny. I dlatego warto doświadczyć dystansu do celów obok drogi, które czasem sprawiają wrażenie jedynych. A czy nazwiemy to zatrzymaniem, by pomyśleć, nabraniem dystansu, odpuszczeniem sobie czy nawróceniem, jest to już naprawdę wtórne.