Ułatwienia dostępu

Umieć się cieszyć Adwentem

Trzecia Niedziela Adwentu jest niedzielą radości. Zachęca do tego, by umieć się cieszyć. Ile razy o tym myślę, przypomina mi się Immanuel Kant i jego krytyka szczęścia. Istota owej krytyki polegała na tym, że szczęście jest na tyle subiektywne, że nie może być ideą wspólną dla wszystkich. Podobnie jest z radością. Zależy ona od wieku, zdrowia, sytuacji, słowem – jest subiektywna. Co więc może być wspólną radością dla wszystkich? Z pewnością nie potrafimy się cieszyć z tego samego. Wspólne jednak może być to, że mamy zdolność do radości, taką fundamentalną, przyrodzoną.

Pierwszym momentem, który zachęca do refleksji jest adwentowa zmiana. Od 17 grudnia Adwent zaczyna żyć nowym życiem oczekiwania na coś konkretnego. Coś co było przedmiotem pragnień staje się bliskie, wręcz namacalne. Co więcej, nie wypływa z człowieka, ale przychodzi z zewnątrz. Nie jest to więc jakaś zwielokrotniona projekcja małych doświadczanych radości.

Przedmiot adwentowej radości nie jest też pozaświatowy. Niewątpliwie przekracza świat i nasze oczekiwania. Nie oznacza jednak, że jest poza światem. Nie zrodził go świat, ale on wszedł w świat. I to co chyba najważniejsze – przedmiot naszej radości stał się nie tylko konkretem, ale Osobą. Może więc nie tylko sprawić radość, ale być samą radością przez fakt jedności i relacji z Nim.

Słuchałem dzisiaj ciekawej audycji mojego przyjaciela, Profesora, na temat filmu religijnego. Jego wniosek jest zaskakujący – najlepsze filmy religijne nie ukazują Boga, ale opowiadają Go człowiekiem, jego przeżyciami, doświadczeniami. Najgorsze próbują udawać, że wiedzą, jak Go pokazać, jak wygląda. Adwent jest czasem, w którym Bóg przynosi radość. Nie polega ona jednak na tym, że Bóg zostawi nam swoje zdjęcie czy nagrany film, ale pozostawi nam mnóstwo osób wokół nas i w każdej z nich będzie wyrażał fragment siebie. My zaś mamy całe życie, by z tych spotkanych bosko-ludzkich fragmentów próbować poskładać możliwie najwierniejszy Jego portret. Budujemy ten portret po to, by kiedyś umieć Go rozpoznać.

Dla kogo jest Adwent?

Dobre pytanie, gdyż patrząc na wiernych zmęczonych kolejnymi akcjami duszpasterskimi, ciśnie się naprawdę pytanie: Dla kogo Adwent? W czasach Jana Chrzciciela były cztery wybijające się grupy religijne. Nie miejsce na wykład z historii religii, ale bardziej na porównanie tamtych grup ze współczesnymi ludźmi, przeżywającymi czas adwentu. Saduceusze pochodzili zasadniczo z arystokracji. Dzisiaj moglibyśmy powiedzieć, że to grupa tych, którzy na zakup kolejnego mieszkania nie muszą brać kredytu. Gdyby mieli więcej odwagi, zaproponowaliby jeden pokój księdzu, by mieć na miejscu osobistego kapelana. Jeśli do tego są wierzącymi, to znaczy, chodzącymi do kościoła, to właściwie nic im nie można zarzucić. Mając wiele, mają też wpływy – świeckie i religijne. Nawet jeśli usłyszą jakiegoś kaznodzieję wzywającego na pustynię, wysłuchają go z grzeczności, ale to nie dla nich. Nawet pielgrzymkowy pokój musi mieć dla nich kilka gwiazdek. Faryzeusze, to z kolei biedniejsza warstwa, ale dobrze wykształcona i skrupulancka. Wiedzą więcej niż ksiądz, pokończyli teologię dla świeckich, potrafią policzyć świece na ołtarzu, ocenić kolor butów pod sutanną księdza i odpowiednio skomentować gesty liturgiczne. Do tłumu mają stosunek najoględniej „swoisty” („ten lud nieznający prawa jest przeklęty”). Esseńczycy, to grupy poszukujące. Pomimo faktu, że ciągle poszukują, uważają się za towarzystwo elitarne i zamknięte. Zamknięci na nowych, gdyż nie będą powtarzać formacji od początku. I zeloci – byli, są i będą. Wszelkiej maści gorliwe rycerstwo, które jest w stanie na rozkaz zrobić wiele, w tym złego.

To były i są grupy, które potrafią ustawić się w adwentowym świetle i zawłaszczyć religijną przestrzeń. I nagle Bóg rzuca światło na tych, którzy stali w cieniu – nie należących do żadnej z powyższych grup, czekających pociechy duchowej, chociaż w oczach wspomnianych, raczej na nią nie zasługujących. To oni właśnie stają się uprzywilejowaną grupą adwentową, zdolną do otwarcia na serio na Słowo Boże.

Dzisiejsza Ewangelia rozpoczyna się słowami: „Początek Ewangelii Jezusa Chrystusa…”. Nie chodzi oczywiście o powtarzanie oczywistego, że początek to początek. Chodzi o to, że każdy, kto zaczyna czytać tę Ewangelię staje u początku drogi dobrej nowiny. Inaczej mówiąc, kto rozpocznie od Ewangelii i pójdzie za tymi słowami w życiu, będzie to dla niego prawdziwym początkiem. Zresztą termin użyty w tej Ewangelii pokrywa się z grecką wersją Księgi Rodzaju „Na początku stworzył Bóg…”, co można tłumaczyć, początkiem dla każdego czytającego jest to wydarzenie. Krótko o poszczególnych epizodach dzisiejszego fragmentu.

Tłumy ściągały do Jana. Zaznaczmy, że pobożnego Żyda niełatwo było wytrącić z bierności, zwłaszcza na pustynię. Ciekawość nie miałaby takiej mocy sprawczej. Chodziło raczej o rezonowanie oczekiwań serca z tym, co mówił Jan, czy może na początku, co mówiono o Janie.

Nosił on odzienie z sierści wielbłądziej i wzywał do nawrócenia. Jak bardzo przypomina to Adama po grzechu pierworodnym. Pismo Święte mówi, że po grzechu, kiedy Adam i Ewa zobaczyli, że są nadzy, ukryli się. Bóg sporządził dla nich odzienie ze skóry zwierząt. Jan głosi więc w perspektywie dobrze znanej słuchaczom, w perspektywie pokuty, a jego odzienie jest elementem przesłania.

Jan zapowiada Jezusa w kontekście chrztu. On chrzci wodą, a chrzest Jezusowy będzie chrztem w duchu. I znowu jest tu mocna alegoria do tego, co zostanie objawione przy chrzcie Jezusa. Wszyscy pokutujący wchodzą do Jordanu, by dokonać obmycia z grzechów. Kiedy przyjdzie Jezus, wejdzie w wody Jordanu, by symbolicznie zabrać z sobą ludzki grzech i zanieść na krzyż. To właśnie w tym kontekście inny z Ewangelistów zacytuje słowa Jezusa przed męką: „Chrzest mam przyjąć i jakiej doznaję udręki”.

Dla kogo więc Adwent? Nie dla nawracających się po raz kolejny w sposób kontrolowany. Nie dla „religijnych wyjadaczy”, oni na nic nie czekają. Adwent jest dla tych niezdefiniowanych, którzy słysząc wezwanie Ewangelii wprowadzą je w czyn.

Józef vs. Achaz

Król Achaz nie musiał być przegrany w oczach Boga. Szansa jaką otrzymał była na miarę wielkich postaci w historii zbawienia. Był królem judzkim, który swoją próbę wiary otrzymał w czasie najazdu asyryjskiego. Nie musiał pozostać w swoich planach sam. Otrzymał proroctwo za pośrednictwem Izajasza, że Bóg da mu znak: „Oto dziewica pocznie i porodzi Syna, którego nazwą Emmanuel”. Wybrał jednak ludzkie rozwiązanie, które poprowadziło go najpierw do zbezczeszczenia świątyni, a następnie do sprzedania sprzętów świątynnych na okup dla Asyrii. I tak kończy się jego wielka/mała ludzka historia.

Wiele wieków później Józef staje przed podobnym wyzwaniem. Ma ludzkie plany na życie. Jest już po zaślubinach z Maryją, wpierw nim zamieszkali razem. I właśnie w ten czas „pomiędzy” Bóg przychodzi ze swoimi planami. Okazuje się, że Maryja jest brzemienna. Postawa Józefa nie oznacza braku zaufania do Maryi, nie oznacza też lęku. Po prostu nie rozumie, a jako człowiek prawy postanawia uratować Maryję. Kobieta brzemienna, wpierw nim zamieszkała razem z wybrańcem, była według Prawa skazana na ukamienowanie. Józef pragnie wziąć winę na siebie i oddalić Maryję. Oddalona miałaby przynajmniej tyle, że ocaliłaby życie, a nawet jako ofiara porzucenia mogłaby liczyć na współczucie ludzi. Taki był ludzki plan Józefa na ocalenie Maryi.

I właśnie w tym momencie przychodzi anioł z obietnicą równą tej, jaką otrzymał król Achaz. „Oto dziewica pocznie i porodzi Syna, którego nazwą Emmanuel”. Józef, w przeciwieństwie do Achaza, porzuca swoje plany i przyjmuje plan Boga. Ojcowie Kościoła porównują to do próby Abrahama. Ma poświęcić swoje przyszłe potomstwo, jak Abraham miał poświęcić Izaaka. Jednak Józef otrzymuje większą nagrodę. Co prawda Abraham zachował potomka, Józef jednak otrzymuje dar szczególny. Nie może być ojcem Jezusa, gdyż Jezus ma już Ojca, jednak otrzymuje przywilej sprawowania ojcowskiej opieki… nad Synem Boga.

A moje próby wiary? Też mam na nie ludzki sposób rozwiązania: na chorobę, samotność, bezpłodność. I wtedy staję przed wyborem mój czy Boży plan? Często w imię ludzkiej przezorności mamy plan B, sprzedaży wszystkiego dla uratowania siebie. Tylko, że to ciągle nasz plan. A może ta niedziela chce nas nauczyć, jak ważny jest plan B w naszych zagrożonych ludzkich planach. Jest tylko jeden warunek: plan B musi oznaczać plan Boga.