Kręgi przynależności do Kościoła

Sobór Watykański II przyzwyczaił nas do myślenia, że dla Boga nie istniejemy tylko my, prawdziwi katolicy. To najwyższe Kolegium Kościoła uświadomiło nam, że nie tylko istnieją obok nas inne Kościoły i Wspólnoty, ale również osoby, których byśmy się w tej bliskości Boga nie spodziewali.

Chciałbym jednak dzisiaj trochę odwrócić bieg naszego myślenia. A czy wśród tych, których się spodziewamy, ba, jesteśmy ich pewni, wszyscy należą do tego kręgu bliskości Boga?

Pytanie to nasunęło mi się podczas śledzenia uroczystości pogrzebowych członka PiS w Łodzi. Znak pokoju, znak przynależności do tego samego Boga, który jest Stwórcą całej ludzkości, powinien wskazywać wyraźnie krąg ludzi sobie bliskich. Nie połączyły się jednak ze sobą dwie nawy kościoła. Rozdzielił je mur, który Chrystus zburzył – mur wrogości. Zatem doświadczyliśmy innego znaku, znaku obecności różnych kręgów przynależności do Boga w tym samym kościele, podczas najbardziej fundamentalnego nabożeństwa dla naszej wiary, jakim jest Eucharystia.

Dobrze, że był sobór. Dobrze też, że nauczył nas wierzyć, iż Bóg przygarnia różnych ludzi, nawet podzielonych w ramach tej samej eucharystycznej wspólnoty.

Ostatnio sporo mówiono o ekskomunice, wykluczeniu ze wspólnoty. I właśnie w związku z tym mam wątpliwość. Bowiem ze wspólnoty można wykluczyć się na mocy prawa, kiedy łamie się fundamentalne Boże zasady, można być wykluczonym przez władze kościelne za ciężkie przestępstwa. Ale można też wykluczyć siebie ze wspólnoty decyzją własnego sumienia. Tego właśnie się boję. Wzywano nas, by śledzić tych, którzy wykluczą się z Kościoła poprzez głosowanie w Sejmie. Tego nie chcę komentować. Postawię tylko inne pytanie: W czasie liturgii, kiedy nienawidzi się brata, czy nie wyklucza się człowiek tym samym ze wspólnoty wierzących i nie buduje na nowo muru jakim jest wrogość? Nie mnie oceniać konkretnego człowieka. Niepokoję się tylko, czy ekskomunikowanych mocą własnej decyzji nie spotykamy również obok nas, na wyciągnięcie ręki, a właściwie na brak jej wyciągnięcia?

Przekażmy sobie znak pokoju, jesteśmy bowiem wezwani do komunii a nie do ex-komunii.

Do czego jeszcze można wykorzystać papieża?

Jestem świeżo po lekturze tekstu Jacka Bartyzela Czas zapaśników Boga (Rzeczpospolita” z 22 kwietnia 205). Pozornie tekst broni Kościoła a szczególnie papieża, który dopiero co odszedł i papieża, którego pontyfikat jeszcze na dobre się nie zaczął. Czytając tekst odniosłem wrażenie, że autor zna dzieła nie opublikowane kardynała Ratzingera i boleje nad tym, na ile ustępstw musiał pójść Jan Paweł II w wojnie z niewiernymi współczesnego świata. Tymczasem kardynał Ratzinger (chociażby w wywiadzie z 2003 roku) największe zadanie dla Kościoła widzi w rzeczowym dialogu ze współczesnym światem, filozofią i kulturą. Czyżby autor wiedział coś, o czym ja nie wiem, albo czytał coś, czego nie przeczytałem?

                Z tekstu wynika, że co prawda Sobór Watykański II otarł się o herezję, ale dzięki Bogu jej nie uległ. A herezją miałaby być myśl współczesna i współczesna cywilizacja. Profesor Bartyzel martwi się, że zaczęliśmy budować bez projektu. Ja natomiast mam wrażenie, że autor wyraża nadzieję na odbudowanie świata według projektu, który Kościół uznał już dawno za nieprzystający do współczesności. Wierność tradycji nie zawsze pokrywa się z ideami konserwatywnymi, czasem wręcz musi je odrzucać, by nie odejść od żywej Tradycji Kościoła.

                Jakie jednak alternatywy proponuje? Budowanie Kościoła w świecie jest zdaniem autora niebezpieczne. To może zbudować go w duchowej próżni podpartej luźno wyrwanymi z kontekstu tezami. Sobór pokazał Kościół jako wspólnotę, której Ojciec wydobywa ze skarbca rzeczy nowe i stare. Taka wizja jest jednak daleka od koncepcji Kościoła jako sklepiku ze starociami. Jeśli więc budowanie Kościoła w próżni jest lepsze od budowania Kościoła w świecie, to ja z takiej budowy rezygnuję. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że papież tych rzeczy nie czyta a nawet gdyby czytał to jest jeszcze Duch Święty, który przed tak osadzoną w historii odgrzewaną herezją go obroni. Niestety pozostaje ciągle pytanie otwarte: Do czego jeszcze można wykorzystać papieża?

Habemus papam

Są chwile w życiu człowieka, które można nazwać szczególnymi. Dla wierzącego takim momentem jest niewątpliwie wybór widzialnej głowy Kościoła. Wiele spekulacji medialnych poprzedzało ten wybór. Media zmuszały nas do opowiedzenia się pomiędzy tzw. konserwatystami a kardynałami postępowymi. A jednak wybór następcy św. Piotra uspokoił wszystkich. Przypomniał, że drogi Boga nie są drogami naszymi i Jego myślenie nie jest naszym myśleniem.

                Mamy papieża, który już określił charakter swojego pontyfikatu przybierając imię Benedykt XVI. Jego poprzednik, Benedykt XV, wskazuje linię, która znaczy w pewnym stopniu drogę nowego Papieża. Czynić pokój w miłości, ale jednocześnie pokój, który wypływa z prawdy. Stosunek do tej prawdy określił nowy papież już wiele lat temu, nazywając siebie „współpracownikiem prawdy”. Teraz stał się pierwszym odpowiedzialnym za depozyt Kościoła nie tylko w imieniu papieża, jak to było do tej pory, ale w imieniu samego Chrystusa.

                Wielu stawia sobie pytanie, czego można oczekiwać po tym pontyfikacie? Odpowiedź wydaje się prosta: otwartości na Ducha Świętego. To wystarczy. Jeśli bowiem rozumiemy Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa, to musimy uznać, że Duch jest jeden, udzielając jednocześnie wielu charyzmatów. Jesteśmy świadkami jednoczącej obecności Ducha Świętego w Kościele i Jego konkretnego wyrazu w 265 charyzmacie w historii Kościoła. Pozostaje więc jedno – dziękczynienie Bogu. Przede wszystkim za to, że jak w dniu Pięćdziesiątnicy pozwala i nam doświadczyć jedności w różnorodności. Jedności Ducha prowadzącego Kościół nowym charyzmatem Benedykta XVI.