Ułatwienia dostępu

Fenomenologia przebaczenia

Fenomenologia przebaczenia zakłada, że nie mamy do czynienia z czymś prostym i oczywistym, ale z rzeczywistością, która rozgrywa się między ludźmi z ich historiami, predyspozycjami, oczekiwaniami i pretensjami. Zdając sobie sprawę z tej złożoności, spróbujmy w fenomenologicznym duchu wydobyć kilka obszarów przebaczenia, by spróbować z nich zbudować jakiś w miarę spójny obraz. Czym jest przebaczenie? Przede wszystkim unikaniem postawy „nic się nie stało”. Gdyby tak było, wtedy nie miałoby sensu myślenie o przebaczeniu. Nie przebacza się tego, że nic się nie stało.

Przebaczenie  jest cnotą. Idąc za tym, co pisał F.W. Nietzsche można powiedzieć, że przebaczenie jest cnotą ludzi słabych. Można też zauważyć, że skoro o przebaczeniu mówimy w kontekście jakiegoś zła, które się wydarzyło, to zgodnie z logiczną zasadą trzeba stwierdzić, że nawet Bóg nie może sprawić, by nie stało się to, co się stało. Kartezjusz odwołując się do wszechmocnej wolności Boga dopowie, że Bóg jest jednak ponad logiką. Skoro tak, możemy my dopowiedzieć, że Bóg faktycznie nie zmienia przeszłości, ale może zmienić jej wpływ na nasze życie. Przebaczenie jest najwyższym stopniem wolności, który zawiesza konieczność działania przyczynowo – skutkowego. Wreszcie jest ono cudem nowego stworzenia – właśnie dlatego modlimy się do Boga: „Stwórz we mnie serce czyste” – Ps. 51.

Aktorzy fenomenu przebaczenia. Można wskazać na dwóch: kata i ofiarę. Każdy z nich ma inną rolę do odegrania w procesie przebaczenia. Kat musi zacząć żałować czynu, który popełnił, zaś ofiara musi przestać nienawidzić. I tu dochodzimy do dość trudnej relacji jaka zachodzi pomiędzy przebaczeniem a zapomnieniem. Czy rzeczywiście trzeba nienawidzić, by pamiętać? Otóż samo pamiętanie wydaje się być czymś naturalnym. Trudno zapomnieć o czym co człowieka dotknęło. Natomiast, by pamiętać nie trzeba nienawidzić. Ta na pozór prosta zależność w życiu codziennym wcale nie jest taka oczywista. Nawet w imię pamięci historycznej próbuje się budować niechęć, czasem nienawiść, by pamiętać. Jak źle odbierana jest propozycja przebaczenia z lęku, że kiedy się przebaczy zło pójdzie w niepamięć. Może więc przy tej okazji warto zrobić sobie rachunek sumienia: o ilu sprawach pamiętam, bo przebaczyłem, a o ilu pamiętam, bo nienawidzę?

Ile razy przebaczać? Znamy dobrze i pytanie i odpowiedź. Zawsze! To „zawsze” oznacza tyle razy, ile razy pamiętam, albo jeszcze bardziej precyzyjnie – tyle razy, ile wspominając zaczynam nienawidzić. W ubiegłą niedzielę pisałem o potrzebie wprowadzenia Boga w nasze sądy nad drugim człowiekiem. Dzisiaj proponuję wprowadzić Boga pomiędzy nas a tych, którym nie potrafimy przebaczyć.

Siła banału: nikt nie ma interesu w przebaczaniu. Pisałem już o tym kilkakrotnie. Nie ma interesu w przebaczaniu, ponieważ sprawa w sądzie, rozwód w toku, wybory za kilka miesięcy. Jeśli przebaczymy wszystko się posypie. I właśnie dlatego, że boimy się rzeczywistości „po” przebaczeniu, tym bardziej trzeba przebaczać. Siedemdziesiąt siedem razy, a może i więcej, bo ciągle chodzimy do sądu, ciągle napuszczamy jednych na drugich, ciągle nie umiemy przebaczać. I może trzeba to powiedzieć z całą mocą, że zbudowaliśmy świat, który w istnieniu podtrzymuje nienawiść i boimy się, że przebaczenie zniszczy nasz stary porządek, a przecież innego nie znamy. I tylko czasem przychodzi myśl, czy chrześcijanin nie jest tym, od którego powinien się zacząć ten nowy porządek?

Samozwańczy donosiciele w Kościele

Donosiciele w Kościele. I nie o rym tu chodzi, ale o rymowaną tragedię, tragedię ludzi, którzy tak bardzo wmówili sobie misję upominania, że sami przestali dostrzegać… siebie. Ich główna misja ewangelizacyjna wyraża się w zdaniu: „Jeśli brat zgrzeszy”. Pochwycenie kogoś na słabości traktują jak dar łaski Bożej – przyłapałem, dowiedziałem się, odkryłem, powtórzyłem. I tylko czasem przychodzi opamiętanie, by usłyszeć drugą część zdania: „Jeśli brat zgrzeszy przeciw tobie”. A co to oznacza? Że upominającego nie tyle interesują grzechy w ogóle, co grzechy przez niego uprzywilejowane. Tylko te są grzechami, tylko te widzi, o inne sam się przewraca.

Dar upomnienia. Upomnij brata. Są tacy, którzy jeszcze nie upomną, a już obrażą, oczernią. Upomnieć można brata i upomnieć może brat. Dla brata brat nie może być anonimowy. To nie kościelny nabór na tajnych współpracowników (TW), ale troska o brata, który mógł zbłądzić. Tego nie można zrobić anonimowo. Jeśli rzeczywiście chodzi o prawdę, to prawda wymaga odwagi, czyli również demaskacji upominającego, inaczej jest tylko plotkarzem i donosicielem. Bezimiennym „zatroskanym o Kościół”.

Poziomy upominania, czyli etapy troski o prawdę. Najpierw upomnij brata, to znaczy spróbuj usłyszeć co ma w swojej sprawie do powiedzenia. W imię prawdy. Jeśli to cię nie przekonuje, weź drugiego, ale nie po to, by była przewaga siły 2 : 1, ale by ten drugi mógł usłyszeć ciebie i upominanego brata. By mógł usłyszeć dwie strony prawdy. Dopiero potem powiedz Kościołowi, ale znowu, z pełną świadomością, że Kościół ma rozsądzić, kto ma rację. A jeśli rozsądzi, rację trzeba uznać.

Kilka pytań o uczciwość w upominaniu. Najpierw postawię sobie pytanie, co częściej robię – upominam czy modlę się za tego, kogo mam ochotę upomnieć? Czy w ogóle modlitwa towarzyszy moim upomnieniom? Dalej, pytam siebie, czy częstotliwość upominania innych, pokrywa się z częstotliwością własnych spowiedzi? Jakie są skutki moich upomnień? Upomnienie w imię Boga rodzi jedność i pokój. Upomnienie w imię diabła rodzi podziały i niezgodę. Jak wygląda moja rodzina i moje relacje. Ilu dzięki mojemu upomnieniu wróciło do Kościoła, a ile z Kościoła odeszło? I wreszcie kto ci dał władzę.

Władzę upominania ma Kościół, tak jak w wymiarze świeckim mają instytucje. To nie jest tak, że możesz chodzić po ulicy i wykrzykiwać oskarżenia. To nie jest tak, że możesz pluć na brata w Kościele, bo tak leczysz kompleksy własnego życia i życia bliskich. Jesteśmy wezwani do braterstwa, czyli do współczucia. A współ-czucie to czucie z drugim. To zainteresowanie się jego życiem, by go podźwignąć. Jak daleko nam w trosce o tzw. czystość wiary do prawdziwego braterstwa. Jak daleko do ewangelicznego upomnienia, a jednocześnie blisko do brudnego donosicielstwa.

Czułe słówka wobec Boga

Uwiodłeś mnie Panie, a ja pozwoliłem się uwieść. A może jednak moja sztuka uwodzenia przebiega tylko w jedną stronę. Zamiast dać się uwieść, sam uwodzę Boga. Czułe słówka wobec Niego mają zastąpić prawdziwą wiarę, zdrową pobożność. Uwodzimy Boga, uwodzimy człowieka. Jak łatwo składać przysięgę, że nigdy się nie zdradzi, nie spojrzy na kogoś innego, o kim innym nawet nie pomyśli. A potem przychodzi refleksja, a może jednak zmodyfikować przysięgę – co złego w myśleniu, w patrzeniu…

Uwodzenie modlitwą. Zakłada się, że musi być pobożna, co oznacza, że wyrażona w języku, którym się nie mówi, którego się nie rozumie. Pięknym, ale martwym. Tak można by głosić homilię: Seduxísti me, et sedúctus sum, at fortásse ars mea seducéndi — úna tantum vía procédit. Déum sedúco, hóminem sedúco. Non pródam, non aspíciam, non cogitábo. Iusiurándum mutátum: Cur non cogitáre, non aspícere, non pródere? Takie słowa nawet jeśli są piękne, nie zobowiązują, jak długo się ich nie rozumie. Tak można przemodlić całe swoje życie, nie pozwalając się modlitwie dotknąć.

Sztuka uwodzenia to także sztuka skojarzeń. Chrystus kojarzy się z krzyżem, krzyż kojarzy się źle, nie chcę więc myśleć o krzyżu, tym samym przestaję myśleć o Chrystusie. Co więc znaczy dać się uwieść? Zacząć od tego, by być szczerym przed Bogiem. Niestety domagamy się tej szczerości od innych, a sami nie potrafimy pytać siebie o naszą własną uczciwość. Zawodowi gorszący się grzechami innych, od lat nie pytający siebie o swoje życie. Ale przyjdzie kiedyś dzień szczerości, dzień cierpienia. Wtedy nie będzie dylematu: życie z krzyżem czy bez krzyża? Krzyż będzie. Pozostanie pytanie: Krzyż z Bogiem czy w samotności? Tak zacznie się prawdziwa wiara. Nie proś o nią dla innych i nie śpiesz się z nią dla siebie. Daj czas Bogu.

Może więc zacząć skromniej, od pierwszej szczerej modlitwy: Panie Jezu, boję się być blisko Ciebie, bo lękam się, że to, co przyszło na Ciebie, może przyjść także na mnie. Dlatego nie chcę być zbyt blisko. Wiem, że w ten sposób nie doświadczę tego, co wielkie, ale też nie doświadczę tego, co boli. Nie chcę, żeby to, co przyszło na Ciebie, przyszło również na mnie, bo gdyby przyszło, nie do końca wierzę, że podołam. Dlatego mówię w taki sposób, byś nie słyszał; proszę tak, by nie otrzymać; szukam tak, by nie znaleźć. Wszystko po to, żeby ciągle pozostawać na dystans — na bezpieczny dystans pobożności i czułych słówek. Amen.