Zmartwychwstanie współczesnej gnozy

Od czasu do czasu pojawiają się mrzonki o bezgrzesznej wspólnocie Kościoła. Nie chodzi o to, by dokonać procesu znieczulenia na grzechy ludzi Kościoła. Chodzi tylko o to, by nie przesunąć akcentu z Boga na człowieka, jeśli to ma być jeszcze wiara.

Są trzy kryteria prawdziwej duchowości: ręce i bok Zmartwychwstałego, obecność Ducha Świętego i wspólnota sakramentalna.

Ręce i bok odnoszą się do realizmu wiary. To nie tylko symbole, ale miejsca dotknięcia Boga. Bez nich gnoza współczesna osiąga pierwszy cel.

Obecność Ducha Świętego pozwala dostrzec siebie, ale nie ze swojej perspektywy. Ile człowiek dałby za swoją doskonałość, by móc ciągle oglądać siebie z tek właśnie, ludzkiej perspektywy i zachwycać się sobą? Drugi cel współczesnej gnozy osiągnięty.

Wspólnota jako miejsce utożsamienia się z Kościołem. Jak często towarzyszy wierzącym pokusa szukania wspólnot idealnych, czy też zwalniania się z wierności wspólnocie z powodu jej niedoskonałości. Bez wierności nie ma wiary, a wierność wspólnocie takiej, jaka ona jest, potwierdza pokorę wobec Boga. Bez niej gnoza współczesna osiąga trzeci cel.

Ważne więc, aby w święta wielkanocne obchodzić zmartwychwstanie Chrystusa, który umarł za grzechy, nie zaś zmartwychwstanie naszej pozornej doskonałości.

Dlaczego cierpienie?

U początku Wielkiego Tygodnia z roku na rok coraz częściej słyszę pytanie, czy nasza wiara nie mogłaby wyglądać inaczej, czy opis Męki i Śmierci Chrystusa – tak obcy współczesnej mentalności – nie odstrasza młodych ludzi od Kościoła, czy nie jest zbyt trudną próbą dla wrażliwych? Niektórzy mówią wprost, że słowa o cierpieniu Chrystusa na krzyżu zupełnie do nich nie przemawiają. Jeszcze inni stawiają pytanie o sens powrotu do wydarzeń sprzed wieków, o przytaczanie nie naszej historii. Najprościej można by odpowiedzieć, że to nie liturgia wraca do tamtych dni, ale że to my uciekamy w czas „przed Chrystusem”, a liturgia próbuje nas tylko odnaleźć tam, gdzie jesteśmy. Może chce nas spotkać jeszcze przed zdradą, przed zaparciem się Boga, przed ostatecznym i radykalnym kłamstwem.

Ta właśnie liturgia znajduje nas gdzieś w tamtym tłumie, gdzie Chrystus dla wielu jest tylko przegranym, końcem religii, końcem pewnego epizodu w historii człowieka – pustym grobem, pustym kościołem. Dopiero kiedy odnajdziemy siebie „przed Chrystusem”, będziemy zdolni wrócić w nasze czasy jako wierzący. Po to właśnie są te powroty Wielkiego Tygodnia.

Wielki Tydzień to również czas słuchania. Każdy kto zna człowieka niesłyszącego wie, jak trudno mówić nie słysząc. I nawet jeśli niesłyszący nauczy się mówić, to i tak trudno mu komunikować, gdyż nie do końca może zrozumieć co mówi ktoś, kogo nie słyszy. A czy ja słyszę Boga? A jeśli nie, to jak Mu odpowiadam nie słysząc, jak opowiadam o Nim innym?

Pytanie najtrudniejsze: wiara i cierpienie. Wyobraź sobie, że mówisz prawdę i nikt ci nie wierzy. Przeinacza się Twoje słowa, ostatni świadkowie mówią, że usłyszeli coś zupełnie innego. Ze swoją prawdą zostajesz sam. Najpierw walczysz, potem cierpisz, a na koniec umierasz wraz z nią. Może dlatego mówi się, że niektóre prawdy zabieramy się do grobu. I gdyby nie Zmartwychwstanie, to większość prawd, o których nie chce się słuchać byłaby zabita przez niesłuchanie i tolerancję (posłucham cię innym razem, nie narzucaj mi swojej prawdy), zabita bez nuty cierpienia, przemocy i krzyża. Cierpiałby tylko ten, kto prawdę zabierałby do grobu, a proroctwo Kajfasza byłoby ciągle aktualne (lepiej, żeby jeden cierpiał za naród).

Cierpienia nie rodzi wiara. Cierpienie rodzi kłamstwo i wszystko co prawdę usiłuje przemilczeć. Kiedy człowiek nie może przemówić życiem, czasem próbuje przemówić śmiercią. Bohaterowie żyją dzięki pamięci żywych, Prawda żyje dzięki Zmartwychwstaniu Chrystusa. Dlaczego więc cierpienie?

A dlaczego istnieje kłamstwo, przemilczanie prawdy, nazywanie dążenia do prawdy chorym roszczeniem? Bez tego wiara nie potrzebowałaby cierpienia, męczenników, opisu Męki Chrystusa.

Beze mnie nie byłoby cierpienia.