Czy jeszcze mamy honor?

Honor to postawa, dla której charakterystyczne jest połączenie silnego poczucia własnej wartości z wiarą w wyznawane zasady moralne, religijne lub społeczne. Naruszenie zasad honoru przez siebie lub innych odbierane bywa jako „dyshonor” lub „hańba”. W wielu społeczeństwach takie naruszenie pociąga za sobą natychmiastową, osobistą reakcję „zhańbionego” lub innego członka tej samej grupy.Honoru nie wystarczy zadeklarować, podlega on udowodnieniu w sytuacji, która pozwala na weryfikację według norm moralnych danej społeczności.

Często myli się honor z godnością, zwłaszcza w chrześcijaństwie, gdzie źródłem godności jest bycie obrazem Boga. Tymczasem honor można zdefiniować jako maksymalną zbieżność pomiędzy preferowanymi wartościami a konkretnymi życiowymi postawami.

Dzisiaj zbyt łatwo usprawiedliwiamy brak honoru wolnością, autonomią, prawem do prywatności. Zauważmy jednak, że myślimy wtedy o wolności jako zakazie oceniania naszych wyborów. Prawo do wolności pozornie ma tłumaczyć wszelkie nasze moralne niekonsekwencje. Podobnie autonomia. Jest to postawa, w której – nawet jeśli przyjąć ją jako samostanowienie – nie można zaczynać życia codziennie od innych wartości, preferencji i celów. Jeśli wszystko w życiu jest zmienne, płynne, to w odniesieniu do jakich stałych określić czy ta zmienność ma jakikolwiek sens? I wreszcie prawo do prywatności. Jest taka opowieść o ojcu pustyni do którego przyszła pewna kobieta z propozycją. On odpowiedział jej na to: zróbmy to na rynku. Na co ona zdziwiona odpowiedziała, że przecież na rynku zobaczą ludzie. No właśnie, czy to jest prywatność czy zupełnie coś innego?

Proponowany tekst nie jest próbą oceny czyjejś postawy. Nikt z nas – również autor tego tekstu – nie jesteśmy na tyle bez winy, by stawać w roli sędziego czynów drugiego człowieka.

Dlatego sobie i Państwu stawiam pytanie, na które można odpowiedzieć do końca szczerze tylko przed sobą samym: Czy jeszcze mamy honor?

Savoir-vivre studenta Uniwersytetu

Każdy nauczyciel akademicki doświadczył zapewne w swojej pracy studentów, którzy – najogólniej mówiąc – nieco odstają od standardów przyjętych w danej społeczności. Niestety w ostatnich latach nasila się zjawisko braku fundamentalnej kultury w zakresie słowa i zachowania. Każdy z nas zdaje sobie sprawę, że pomiędzy narzekaniem na zachowanie gimnazjalisty a oceną zachowania studenta zachodzi spora różnica – przede wszystkim czasowa. A czas jest wielkością mierzalną i podlegającą ocenie: płaci się za czas pracy, rozlicza z czasu, uczy człowieka wykorzystywać czas. Czas to również okres na nabycie ogłady, przecież wykształcenie zobowiązuje.

W słowach roty przysięgi student ślubuje m.in.:  darzyć szacunkiem nauczycieli akademickich i innych pracowników Uniwersytetu. Szacunek można wyrazić na wiele sposobów, ale w relacjach okazjonalnych – a do takich, zwłaszcza dla niektórych studentów można zaliczyć wykłady – wyrazem szacunku jest kultura słowa i zachowanie.  Kiedyś podczas wykładu, po zwróceniu uwagi studentowi (przyszłemu dziennikarzowi) za jego niestosowne zachowanie zapytałem, czy nie zastanawiał się, dlaczego prezenterzy telewizyjni zachowują się inaczej? Odpowiedział wtedy: za 40. tys. miesięcznie też bym się tak zachowywał.

Zbyt długo zajmuję się etyką i filozofią moralności, by nie wiedzieć, że nie ma działania bez motywów. Okazuje się jednak, iż żyłem w słodkiej ignorancji (dopowiedzmy dla pewności – niewiedzy), że na studia przychodzą osoby, które mają nieco głębsze motywy dla swoich postaw niż 40 tys. miesięcznie. Oczywiście to jest tylko margines zachowań. Zdecydowana większość studentów jakich spotykam, to ludzie wielkiej kultury, szukający prawdy, zgłębiający wiedzę oraz szukający własnego miejsca w pluralizmie poglądów i postaw. Niemniej, nawet jeśli zachowania naganne stanowią mały margines całości zachowań, warto głośno i bezpośrednio je piętnować.

Uniwersytet jest miejscem, gdzie kształtuje się całego człowieka – nie tylko intelekt, który ujawnia się dopiero powyżej kwoty 40 tys. za miesiąc. Kultura jest całokształtem zachowań i – powtórzę raz jeszcze to, co moim studentom powtarzam ciągle – kulturę człowieka poznaje się nie w wyjątkowych sytuacjach publicznych, ale o drugiej w nocy przy własnej lodówce. Nie mówiąc już o wykładach…

Jaką więc terapię zaproponować tym, którzy nie rozumieją o czym mówię? Od czasu do czasu skonfrontować postawy zaczerpnięte z programów typu „talk-show” z postawami chociażby prezenterów wiadomości. A nuż zrodzi się jakaś refleksja…

(proszę o komentarze imienne, podając związek z problematyką: uczeń, student, bądź nauczyciel).

Po prostu bogaćcie się

Znamy dobrze tę odpowiedź na pytanie jednego z polityków, co zrobić, żeby nas szanowali. A my pozwalamy bogacić się innym naszym kosztem. Bogacić nie tylko finansowo. Zbija się na nas również kapitał polityczny. Mam na myśli ostatnie posunięcia dokonujące się w iście niecodziennej współpracy USA i Rosji.

Długimi mackami tej formy współpracy doświadczono mnie już ładne parę lat temu, gdy za publiczne radiowe potępienie wojny w Iraku byłem traktowany na Polskiej granicy wschodniej (wtedy jeszcze z paszportami) jak przestępca: straż graniczna tłumaczyła to zbieżnością danych z człowiekiem ściganym listem gończym. Swoją drogą, ciekawe czy go znaleźli?

Potem mieliśmy jeszcze kilka epizodów wprowadzania demokracji w świecie z naszym udziałem. To tłumaczy dlaczego u nas jest taka zapóźniona – kraj katolicki nie może sobie pozwolić na egoizm: Najpierw inni!

Szkoda, że nie lubimy historii, dzięki niej można by uniknąć kompromitacji międzynarodowej przynajmniej kilka razy. I szkoda, że nie wierzymy prawdziwie, dzięki wierze byłaby już nad nami inna tarcza, trochę starsza niż ponad dwustuletnia demokracja ucząca cały świat demokracji.

A co do tego, żeby nas szanowali… Nie łudźmy się. Wielkie hasła mają to do siebie, że nosi się je na pochodach, a potem leżą w schowkach. To co liczy się w dzisiejszym świecie wielkich to nie demokracja. To co się liczy to pieniądz. Bogaćmy się więc, a może kiedyś będą nas szanować.