Ułatwienia dostępu

Niewiara i brak logiki nie są tym samym

Niewiara i brak logiki. Przez wiele lat zastanawiałem się, dlaczego z jednej strony uważam się za człowieka otwartego, a z drugiej tak niewiele jest we mnie tolerancji wobec osób niewierzących. Próbowałem sobie tłumaczyć, że przecież istnieje wiele dokumentów Kościoła mówiących o wolności religijnej, szacunku dla ludzkiego sumienia i godności każdego człowieka — również tego, który nie wierzy w Boga. Dopiero po latach uświadomiłem sobie, że mój problem wcale nie dotyczy ludzi niewierzących. Dotyczy raczej sposobu myślenia, w którym brakuje im konsekwencji i logiki. Zrozumiałem też coś jeszcze: chyba nigdy nie spotkałem człowieka prawdziwie niewierzącego.

Wolność jako pierwsza nielogiczność. Piękna jest Pieśń o winnicy z Księgi Izajasza. Jej echo odnajdujemy w przypowieści o przewrotnych rolnikach — tych, którzy stopniowo wypierają ze swojej świadomości fakt, że winnica ma właściciela. Czasem wydaje się, że podstawowy spór religijny przebiega pomiędzy nakazami wiary a ludzką wolnością. Jak gdyby człowiek musiał wybierać: albo Bóg, albo wolność. Tymczasem prawdziwy wybór przebiega gdzie indziej: pomiędzy wolnością z Bogiem a wolnością bez Boga. Dobrze pokazuje to zestawienie dwóch ewangelicznych przypowieści: o synu marnotrawnym i o przewrotnych rolnikach. Syn odchodzi, ponieważ chce być wolny. Bierze przypadającą mu część majątku i opuszcza dom ojca. Rolnicy postępują inaczej, ale ich pragnienie jest podobne. Nie odchodzą z winnicy. Chcą w niej pozostać, korzystać z jej owoców, lecz nie chcą uznawać właściciela. Dlatego odrzucają jego sługi, a w końcu zabijają syna. To dwie strategie tej samej wolności bez Boga.

Nie ma potrzeby opuszczania Kościoła, żeby być wolnym. Logiki w tym nie ma żadnej. Nie trzeba też Boga wyrzucać z życia, by być wolnym. To również nie jest logiczne. Wiele sporów, jakie toczymy, jest nielogicznych. Spieramy się o początek świata, ale czy to zmieni fakt, w jaki sposób świat powstał? Spieramy się także o koniec świata, ale czy to wpłynie na to, jak ten koniec będzie wyglądał? Spieramy się wreszcie o Boga, ale czy to wpływa na Jego istnienie? Jesteśmy nielogiczni. Spieramy się o to, co od nas nie zależy. Rolnicy z winnicy byli nielogiczni, bo pomieszały im się urojenia z rzeczywistością. Nigdy nie byli właścicielami winnicy. My też czasem jesteśmy nielogiczni. Tylko po co nazywać to od razu niewiarą?

O zawierzeniu – czyli logika słowa „wystarczy”

Często porównuje się słowa występujące w języku codziennym z ich odpowiednikami w języku religijnym. Są one albo jednobrzmiące, albo są synonimami. Niewątpliwie takimi korespondującymi ze sobą słowami są zawierzenie i słowo wystarczy. Można wręcz powiedzieć, że zawierzenie to – inaczej mówiąc – właściwie rozumiana logika słowa „wystarczy”. Logika wyraża się w zdaniach oznajmujących, o których można orzec prawdziwe lub fałszywe. W jakim zatem kontekście słowo „wystarczy” oddaje prawdę języka religijnego, a w jakim ją fałszuje?

Zacznijmy od dobrze znanej sceny z Abrahamem, który jest wezwany, by złożył ofiarę ze swojego syna (jedynego i długo wyczekiwanego) Izaaka. Abraham nie postępuje logicznie. Czekał na niego całe życie i gdy wreszcie obietnica się spełniła jest gotów oddać to na co czekał. Po ludzku nielogiczne zupełnie. Na taką scenę każdy zdrowo myślący człowiek reaguje: Wystarczy! Wystarczy bezmyślnego przyjmowania tego, co Bóg zsyła, wystarczy czekania, że kiedyś będzie inaczej.

Mamy w Ewangelii dwie góry i dwóch synów czekających na to słowo. Pierwsza to góra Moria. Abraham się nie zawahał, to Bóg mówi wystarczy. Na Golgocie Jezus przeciwnie – z głośnym wołaniem i płaczem zanosił prośby i błagania, aby Bóg Go wybawił. I nie doczekał się słowa wystarczy. Czym jest więc wiara i która z sytuacji przywołanych powyżej jest prawdziwa? Wiara jest momentem, w którym rozum podpowiada, że już czas się zatrzymać i nie ryzykować więcej. Wtedy siła wiary sprawia, że człowiek oddaje siebie Bogu, aż po oddanie w ręce Boga momentu na wypowiedzenie słowa wystarczy.

I drugi obraz czytań przewidzianych na drugą niedzielę Wielkiego Postu – Przemienienie. Każdy z nas wychodzi do świata w jakiejś masce. Boimy się zdemaskowania, czyli stania się prawdziwym, co oznacza bezbronnym. Tak właśnie demaskuje się Jezus. Jego twarz pokazuje siłę miłości, a jednocześnie bezsilność wobec tego, co ma nadejść – Syn Człowieczy musi pójść do Jerozolimy, by tam umrzeć.

A jak funkcjonuje słowo „wystarczy” w moim życiu, które nazywam chrześcijańskim? Zdarza się, że ludzie wierzący w pewnym momencie życia, jakby żałowali swoich wyborów w wierze. Zarzucają Bogu, że coś im zabrał, czegoś pozbawił. Można jednak postawić pytanie: Ile straciłem przez Boga, a ile przez samego siebie, bo nie pozwoliłem sobie zabrać, by otrzymać więcej. Tak człowiek zawiesza swoje zawierzenie ratując pracę, układy. Nie czekając na reakcję Boga mówi „wystarczy”.

Zawieszam jednak moją ofiarę, bo chcę mieć jak inni, chcę być jak inni. Ale być jak inni, to znaczy być jak kto? I skoro chciałbym być jak inni, jak bardzo smutne musi być moje życie. Może więc podziękować Bogu, że dał mi moje imię i moje życie, w którym mam być szczęśliwy. Nie mam tego, co inni, bo Bóg obdarowuje znając pragnienia. To skąd wiem, skoro nie mogę porównać siebie z innymi, że jestem szczęśliwy? Powód jest jeden: jestem, a właściwie muszę być szczęśliwy, bo Bóg zainteresował się moim życiem. Nie mną w chwilach sławy, powodzenia, ale mną po prostu. Ile może zmienić w życiu człowieka taka świadomość. On jest zainteresowany nie tym, co robię, nie moimi znajomościami i sukcesami. On jest zainteresowany mną. I dlatego moje życie jest nieporównywalne z żadnym innym życiem. I dlatego jestem szczęśliwy.