Ułatwienia dostępu

Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić

Mt 5,17 – „Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić”. Znamy dobrze tę wypowiedź Jezusa, dotyczącą Jego stosunku do Prawa i Proroków. Warto jednak doszukać się w niej głębszego sensu niż sugerowany przez znaczenie słowa „wypełnić”. Tekst grecki zna przynajmniej trzy określenia tego słowa, natomiast w tekście Mateusza używa następującego: οὐκ ἦλθον καταλῦσαι ἀλλὰ πληρῶσαι. Oznacza ono nie tylko prawne wypełnienie czegoś, co raczej dopełnienie sensu tego, co sugeruje prawo. Proponuję, byśmy wprowadzili dwa słowa dla uchwycenia głębszego sensu: wypełnić i dopełnić. W języku polskim pierwsze oznacza, że jest jakaś procedura, która ma etapy i trzeba podążać aż do ostatniego, by uzyskać efekt. To może oznaczać na przykład wypełnienie formularza, czyli wszystkich punktów przewidzianych, co wcale nie musi oznaczać, że sam formularz ma sens. Natomiast dopełnić, oznacza uchwycić pełnię, kompletność, istotę.

Istota prawa. W Mądrości Syracha 15,15 padają słowa: „Jeśli zachowasz przykazania…”. Oznacza to, że ich zachowanie w sensie literalnym leży w mocy człowieka. Natomiast w tekście ewangelii czytamy: Jeżeli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów…”. Oznacza to, że skupianie się wspomnianych grup na samym Prawie nie wystarczy. I znowu warto poczynić rozróżnienie pomiędzy znaczeniem słów: przekroczyć i wykroczyć. Przekroczyć oznacza przekroczyć na przykład procedury. Może to mieć sens neutralny, ale również pozytywny – dla ratowania życia lekarz przekroczył procedury. Natomiast wykroczenie ma zawsze znaczenie negatywne – oznacza łamanie prawa. Jezus nie popełniał wykroczeń w Prawie, ale przekraczał wąskie granice jego rozumienia.

Przykłady uczą najbardziej. Warto więc na przykładach wyjaśnić te subtelne różnice. „Nie zabijaj”. W sensie literalnym oznacza nie pozbawiaj życia, natomiast w znaczeniu duchowym może oznaczać o wiele więcej – nie zabijaj słowem, obojętnością, brakiem zainteresowania. „Nie będziesz cudzołożył”. Literalnie oznacza nie będziesz zdradzał. W sensie duchowym jest to bardziej głębokie – nie sprowadzisz małżeństwa do nierozerwalnego piekła, w którym bazuje się na wierności drugiej strony. „Nie będziesz przysięgał”. W sensie literalnym – nie złamiesz danej obietnicy, natomiast w sensie duchowym – będziesz przysięgał, czyli wzywał Boga na świadka, tylko w takich sytuacjach, w których zrealizowanie czegoś przekracza twoje możliwości. Bóg mi świadkiem oznacza wtedy nie tyle, co Bóg mnie potępi, jeśli nie zrobię czegoś, lecz Bóg mi świadkiem, kiedy to obiecywałem i teraz jest ze mną, kiedy brakuje mi sił.

Jota (ang. iota), która łączy dwie rzeczywistości. Prawo i miłość. Literę i ducha. Może ostatni już przykład tego połączenia. Mamy zimę. Mamy jasne wskazanie ograniczenia prędkości w terenie zabudowanym. I jeśli jedziemy z tą prędkością nie przekraczamy prawa. Ale bywają sytuacje na drodze spowodowane warunkami atmosferycznymi, w których miłość nakazuje jechać wolniej, bo nie chodzi o przepis, ale o zdrowie i życie własne i drugiego człowieka. Nie chodzi więc o prawo, ale o jego najgłębszy sens – miłość. Oczywiście pamiętając, że prawo bez miłości jest bezduszne, a miłość bez prawa jest fikcją.

Nasze hymny pochwalne niczego Tobie nie dodają…

Nasze hymny pochwalne niczego Tobie nie dodają, ale się przyczyniają do naszego zbawienia (Prefacja nr 39). Niekiedy mamy wrażenie, jakby Bóg potrzebował naszej pobożności, naszego chodzenia do kościoła, naszego kultu. Brzmi to trochę rewolucyjnie, ale wcale nie oznacza, że od przyszłej niedzieli już nie musimy być pobożni, możemy przestać chodzić do kościoła i możemy zawiesić kult. Nie chodzi więc w tych słowach o rewolucję w naszym postrzeganiu codzienności, ale o rewolucję w myśleniu – kto komu co daje i co jest przyczyną, a co skutkiem naszego życia religijnego.

Bóg nie ma braku. Dodać coś oznacza, że bez tego ktoś jest mniej doskonały. Bóg nie potrzebuje chwały, natomiast potrzebuje człowieka, który oddaje Mu chwałę. I jest to zasadnicza różnica. Przywołajmy kilka wypowiedzi z pierwszych wieków Kościoła. Św. Ireneusz powie, że chwałą Boga jest żywy człowiek. Z kolei św. Augustyn mówi, że Bóg jest uwielbiony, gdy żyjemy dobrze. Zatem fundamentalny wybór, jakiego dokonuje człowiek jest chwałą, nie hymny. Augustyn dopowie, że Bóg nie jest celem kultu ze względu na siebie, ale ze względu na nas. Z kolei św. Atanazy (perspektywa Wschodu) podkreśla, że nasze hymny pochwalne nie powiększają chwały Boga, ale naszą zdolność przyjmowania Jego łaski. Karl Rahner dopowie, że hymny są wyrazem naszej transcendencji, wznoszą nas ku Bogu. I na koniec Joseph Ratzinger przypomina, że liturgia nie polega na dostarczaniu Bogu czci, ale na naszym uczestnictwie w Jego życiu.

Sens wielbienia Boga. Po co więc nasze hymny pochwalne? Ponieważ dzięki nim przestajemy być zamknięci w sobie i przekraczamy nasz egoizm – przestajemy oddawać chwałę sobie. Hymny poszerzaną nasze rozumienie wolności – rozwijamy się ku Bogu. Są swoistym „powrotem” do Boga. Bóg, któremu oddajemy chwałę jest nieskończony. Nie może być – dzięki hymnom – bliżej nas: ani w perspektywie czasu, ani przestrzeni. Ale to dzięki hymnom my możemy być bardziej obecni, bardziej realni. Wielokrotnie mówiąc o czasie i przestrzeni odwoływałem się do fizyki. Zrobię to teraz raz jeszcze. Fizyka uczy nas, że byt z wyższego wymiaru może powodować zjawiska w niższym, lecz niższy wymiar nie może „wpłynąć” na wyższy. To trochę jak związek obiektu i cienia. Obiekt może wpływać na cień, ale cień nie wpływa na obiekt. Przenosząc to na teologię można powiedzieć, że Bóg jest źródłem obrazu, jakim jest człowiek, ale człowiek-obraz nie wpływa na Boga. To nie my uczłowieczamy Boga, ale to On nas przebóstwia.

Bo my nic nie pojmujemy…

Nic nie pojmujemy. Tytułowe sformułowanie, jak pamiętamy pochodzi z pięknej kolędy „Gdy się Chrystus rodzi”. Bardzo wygodna koncepcja na życie, wygodna koncepcja na wiarę. Nie pojmować, nie rozumieć. Najgorzej w życiu mają ci, którzy coś potrafią, którzy rozumieją. Najlepiej ci, dla których całe życie jest nieustannym pytaniem. Ksiądz, który rozumie rzeczywistość bierze się do pracy, a który chce żyć wygodnie, obchodzi kolejne rocznice inwestowania w niekończące się poszukiwania duchowo-religijne, wznioślejsze od zajęć śmiertelnika, a kiedy już w tych poszukiwaniach się zestarzeje, przechodzi na zasłużoną „duchową” emeryturę. Niestety nasza koncepcja życia religijnego i społecznego przyczynia się do inwestowania w tych, którym wygodnie nie rozumieć. W dzisiejszej Ewangelii (kto jest moim bliźnim?) nie chodzi o teorię, ale o praktykę życia. To trzeba po prostu zrozumieć, a nie tylko nieustannie zadawać pytania retoryczne.

Szukanie autonomicznej drogi do nieba. Dla religijnego cwaniactwa bardzo wygodne jest rozdzielenie wiary od życia i utrzymywanie się z autonomicznej drogi do nieba. Wyjątkowe szaty, gesty, hermetyczny język w niczym nie podobny do sposobu porozumiewania się ludzi na co dzień. I właśnie w tym kontekście powinno paść pytanie, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne? Iść przez ziemię i nie być przeciwieństwem Wcielonego Słowa, które połączyło sprawy boskie ze sprawami ludzkimi. To rozdzielenie czasem proponuje religia, ale do tego rozdzielenia przyczynia się również świat. Pierwszym przejawem jest „zakaz finansowania ze środków publicznych”. A przecież „publiczne” nie oznacza środków wypracowanych w domach publicznych, ale przez obywateli, wśród których są również ludzie religijni. Podatki są publiczne, bo są od wszystkich. Wracając do zakazu – nie można ze środków publicznych finansować nauki religii, koncepcji natury, ale bez problemu można takie środki wykorzystać do promowania wynaturzonej koncepcji natury, do walki z religią.

To nie tylko świat walczy z religią. Ale to również religia czasem walczy bezmyślnie ze światem. W czasach Jezusa powoli rozwijał się ruch, który potem przyjął nazwę sykariuszy (ang. Sicarii), od sica, krótki sztylet. Było to ugrupowanie terrorystyczne o zabarwieniu polityczno-religijnym. Walczyli o czystość religijną, tak jak ją rozumieli. Nazywano ich w tamtych czasach polityczno-religijnymi bandytami. I właśnie w ręce takich zbójców wpadł człowiek w drodze z Jerozolimy do Jerycha. Sykariuszy bali się lewici i kapłani, dlatego nie pomogli człowiekowi leżącemu przy drodze; bali się, by nie zostali posądzeni o nieczystość rytualną, o sprzyjanie niewiernym. Tylko Samarytanin nie był na bieżąco z religijnym zacietrzewieniem. I dlatego pomógł.

Co mam czynić? To nie jest w istocie pytanie: Jak działać? Co zrobić dzisiaj, jutro? To jest pytanie jak nie działać w rzeczach ważnych zgodnie z duchem wiary? Można zrozumieć bezsens nienawiści i otworzyć się na bliźniego, czyli każdego, nie tylko „mojego” bliźniego. Można też nie rozumieć i dalej stawiać pytania retoryczne, oddzielając sprawy boskie od ludzkich w imię czystości religijnej. „Bo my nic nie pojmujemy…”.