Skąd weźmiemy chleba?

Dobre pytanie? Sugeruje ono jednak określoną formę odpowiedzi. Skąd? To zależy co odczuwa głód: ciało czy duch? Kiedy cały człowiek jest głodny, nie nasyci się wyłącznie chlebem. To dlatego mówiono w zakonach o pracy i modlitwie, o dwóch ważnych miejscach zdobywania chleba. Dzisiaj często się je przeciwstawia, przekonując człowieka, że najważniejsza jest troska o chleb codzienny (praca). Daje to sygnał – nie traktuj mnie jak człowieka!

Homo faber?

Bierze się to chyba z pomieszania ról: Kościoła i świata. Kościół coraz częściej sprowadza się do akcji charytatywnych, a świat do określania istoty religii. Nie jest to jednak właściwa rola – ani dla Kościoła, ani dla świata. Mamy na to nawet konkretne przykłady. Kiedy polityk nie ma pomysłu na uzdrowienie sytuacji gospodarczej, zaczyna zajmować się Bogiem i religią. Kiedy Kościół nie umie przyciągnąć człowieka duchowością, zaczyna specjalizować się w festynach. Nie chodzi oczywiście o kształtowanie niewierzących polityków, czy księży oderwanych od życia (kosmos [ład] niekoniecznie musi pochodzić od słowa „kosmita”). Mam raczej na myśli zachowanie właściwych proporcji – mówiąc językiem świeckim – zachowanie „działalności statutowej” każdej ze sfer.

Skąd kupimy chleba dla tak wielu, dla każdego człowieka? Ewangelia odpowiada: z resztek. By jednak z resztek wykarmić człowieka, potrzeba relacji do Boga. Może za mało doceniamy tę „resztę” czasu jaka nam zostaje, „resztę” życia. Bagatelizujemy „resztę”, czyniąc z niej czas zmarnowany. Tą resztą w ewangelicznym opisie wykarmiono tysiące. Tą resztą czasu i serca mogę pomóc drugiemu człowiekowi odnaleźć sens życia. Odnoszę wrażenie, że brakuje nam potrzeby wykorzystania „reszty”, na której buduje się rzeczy wielkie. Człowieka nie nakarmi się wyłącznie chlebem. Chleb to coś więcej niż fast food – współczesny symbol zabijania głodu, zapychania nienasycenia. Zapchanie żołądka głodu przecież nie zaspokoi. Głód – nawet ten cielesny – zaspokaja się w mózgu. To dlatego, kto lubi szybkie jedzenie jest ciągle albo wygłodniały, albo przejedzony. Pomiędzy takimi biegunami próbuje się też rozegrać życie, którego sens nie ma szansy na dotarcie do mózgu i serca.

Skąd weźmiemy chleba? Z pracy od poniedziałku do piątku, a także z codziennej modlitwy i duchowo przeżytej niedzieli. Inaczej pozostaje współczesna „teologia życia wewnętrznego”, autorstwa wybitnych amerykańskich teologów: Dicka i Maca McDonaldów.

Być studentem w czasach (nie)studiowania – część druga

Od felietonu pod takim właśnie tytułem minęło już trochę czasu. Odniosłem wtedy wrażenie, że wędka, którą zarzuciłem trafiła w jezioro, w którym nie ma ryb. Pomyślałem, że widocznie jest to wyłącznie mój problem i w takim razie trzeba dać czytelnikom święty spokój. Ożywił mnie jednak tekst naukowca, którego bardzo cenię – ks. prof. Michała Hellera.

(http://tygodnik.onet.pl/36,0,76733,smierc_uniwersytetow,artykul.html).

Pragnę odnieść się do kilku wątków zawartych w tekście.

Wątek pierwszy – pieniądze. Z pewnością mają rację ci, którzy próbują urealnić naukowe marzenia niektórych, przypominając im o odpowiedzialności za jedzenie własnego chleba (zgadzam się, że ideę trzeba przekładać na konkrety). Heller zauważa jednak, że w tym pozornym podobieństwie „idea – pieniądze”, zachodzi jednak subtelna różnica. Kiedy finanse są w kryzysie, może uratować je idea. Kiedy zaś idea jest w kryzysie, pieniądze nie rozwiążą problemu. Warto zapamiętać tę cenną uwagę. Wyobraźmy sobie piekarza, który zauważył, że ludzie nie chcą już zdrowego chleba, gdyż reklamy przekonały ich do niezdrowego pieczywa. Oczywiście, w pierwszej fazie zwiększy on niewątpliwie swoje obroty. Co się jednak stanie z piekarnią, kiedy zmieni się reklama i ludzie wrócą do zdrowego chleba? Wtedy zaczną omijać sklepy tych, którzy ich oszukiwali? To właśnie nazywam korupcją uniwersytetów, albo jeszcze mocniej – prostytucją intelektualną!

Wątek drugi – artes liberales. Nie wiem, czemu służą ostatnie reformy na poziomie szkoły średniej. Jedno wiem – student zna angielski, ale nie zna języka polskiego. Można tłumaczyć to tym, że angielski jest bardziej przydatny. Kiedyś uczono mnie, że człowiek własną tożsamość może ukształtować tylko w języku macierzystym (Niemcy wyrażają to pojęciem Muttersprache). Współcześni lingwiści wolą mówić o tzw. języku pierwszym. Twierdzą nawet, że emigranci mogą mieć dwa języki pierwsze. I tu właśnie dochodzimy do szczytu absurdu. Zakładając, że matematyka będzie konsekwentnie ograniczana, dojdziemy do liczb porządkowych w następującym układzie: pierwszy, pierwszy… Pojawia się tylko pytanie, czy potem będzie drugi, czy trzeci? Mamy już pierwsze „osoby zmodyfikowane językowo” – proponuję skrót PLM. Poruszają się jak my, wyglądają podobnie, ale logika w ich wydaniu staje się dyscypliną jeszcze bardziej umowną.

Wątek trzeci – administracja. Przyjmuję fakt, że rozrosły się uniwersytety. Trudno więc oczekiwać, że każdy nauczyciel akademicki będzie organizował sobie salę, przedmioty biurowe, zaplecze badawcze. Ale administracja – podobnie jak profesor i student – ma sens wtedy, gdy czemuś służy. Czemuś co nazywamy wspólnotą magistrorum et scholarium. Jestem gotów poszerzyć rozumienie uniwersytetu o tę trzecią grupę. Jest jednak granica. Bez studenta profesor przestaje być nauczycielem. Bez profesora student zaczyna być wykształconym dyletantem. Co się zaś stanie bez administracji? Chciałoby się powiedzieć, że zasypią nas papiery do wypełnienia. Tego jednak nie jestem pewien, czy ilość administracji jest wprost czy odwrotnie proporcjonalna do ilości papierów.

Wątek, którego mi zabrakło – bezrobocie. Gdy porównuję ilość dobrych studentów opuszczających uniwersytet i ilość tych, którzy znajdują pracę po studiach – w moich rachunkach zachodzi zgodność. Jeśli jednak założymy, że nasza „produkcja” powinna podlegać standaryzacji technicznej, to oczywiście mamy studentów coraz mniej. Czy jednak w idei uniwersytetu chodzi o ilość czy o jakość? Problem leży w tym, że to administrator ustala kryterium, niestety ilościowe. Ciągle nie rozumiem, dlaczego na seminarium magisterskim musi być np. dwunastu magistrantów? Co bardziej inteligentny student podpowie bez wahania, że to przecież kryterium ewangeliczne.

***

Szybko więc uciszam studenta i proszę, żeby nie opowiadał o siedemdziesięciu dwóch chodzących za Jezusem. Aż boję się pomyśleć, czym mogłoby się to skończyć!

Być studentem w czasach (nie)studiowania – debata

Jedno z trudniejszych pytań, jakie można obecnie postawić młodemu człowiekowi brzmi następująco: Co to znaczy studiować? Pozornie pytanie wydaje się proste. Studiować, to zapisać się na jakąś uczelnię. Ale nie odpuszczajmy tak od razu i zapytajmy po co? Powodów jest wiele, bardziej i mniej istotnych. Najbardziej banalny, chociaż egzystencjalny aż do bólu, to ubezpieczenie i zniżki. Inny, to wejście w nowy etap życia: nowe środowisko i nieco wyzwolenia od tzw. rodzinnej atmosfery i tradycji. Na którymś z kolejnych miejsc pojawia się także prawdziwa chęć studiowania, czyli zgłębianie czegoś, pod czyimś kierunkiem, w jakimś celu.

Student jest człowiekiem na tyle inteligentnym, że bardzo szybko wyczuje w tych pytaniach nutkę sarkazmu. Ale nie o to mi chodzi. Nie chcę pełnić roli wyrzutu sumienia, ani tym bardziej „starego zgreda”. Pytam, ponieważ też się zastanawiam.

Pytam, ponieważ czasem szczerze współczuję młodemu człowiekowi odpowiedzialności, jaka na niego spadła. Odpowiedzialności za organizowanie sobie życia, i nie chodzi mi o skalę mikro (tę student potrafił zagospodarować sobie zawsze), ale właśnie o odpowiedzialność za życie w skali makro. Mam na myśli narzucanie na młodego człowieka odpowiedzialności zastępczej (za brak perspektyw pracy, za zbyt słabe tempo edukacyjnych przemian), słowem za… Tę wyliczankę lepiej dokończylibyście sami.

Nie pomożecie nam, odpowiedzialnym za skalę makro Waszego studiowania, ani też my nie pomożemy Wam w Waszych oczekiwaniach, jeśli nie zdobędziemy się na odwagę podjęcia prawdziwego i rzeczowego dialogu. Dialogu nacechowanego odpowiedzialnością za wypowiadane słowo, bo to nie spontaniczny słowotok rodzi sensowne rozwiązania, przeciwnie – gruntownie przemyślane idee inspirują prawdziwe przemiany.

Zniechęcam do debaty w stylu „ponarzekajmy raz jeszcze”. Raczej spróbujmy odpowiedzialnie porozmawiać o tym, czego my – wykładowcy, oczekujemy od Was, czasem nie doświadczając, jak również o tym, czego Wy – studenci, oczekujecie od nas i doczekać się nie możecie. Zachęcam więc – jak przed laty uczynił to Étienne Gilson – do debaty o roli uniwersytetu, o tym, jak rozumiecie pojęcie universitas magistrorum et scholarium? Jaki sens ma dla Was dziesięć semestrów życia spędzonych w murach uczelni?

Debata ma sens, kiedy przynajmniej podświadomie można spodziewać się rozwiązań. Dlaczego więc ta debata ma sens dla mnie? Bo pytania są ważkie, a takich pytań nie powinno się pozostawiać bez odpowiedzi. Skoro stawiam pytanie, powinienem również mieć własną odpowiedź. Może Was rozczaruję, ale dla mnie ona jest prosta: podświadomie wyczuwam, że zależy nam na tym samym.