Warszawa – miasto bez ducha?

Jeżdżąc po Polsce można wielokrotnie doświadczyć „braku miłości” do Warszawy. Mówi się często o niej jako mieście bez ducha. Trochę w tym prawdy. Wystarczy spędzić kilka chwil w kawiarni w Krakowie i w Warszawie, żeby zrozumieć co inni mają na myśli. W krakowskich kawiarniach ludzie się spotykają by odpocząć od pracy, budować przyjaźnie, rozmawiać o życiu. Warszawskie są przedłużeniem życia biznesu, dalszych ciągiem załatwiania spraw, udawania jak się jest ważnym.

Miasto bez ducha, bez jasno określonej tożsamości, czego wyrazem jest chociażby niemożność dania odpowiedzi na pytanie turysty o centrum Warszawy.

65 lat temu nie było tego problemu. Każdy znał swoje miejsce, bo je miał. Nie czas spierać się o to, kiedy Warszawa była piękniejsza – wtedy czy teraz. Jedno jest pewne: wtedy przechowywała swoje piękno w sercach tych, którzy tu mieszkali. Kiedy oddawali swoje życie w powstaniu nie mieli wątpliwości, że to ich miasto, które trzeba ocalić. Nie zadawali sobie wtedy pytań powtarzanych dzisiaj przez samozwańczych proroków, czy powstanie miało sens? Sens nosili w sobie, a ktoś chciał ich tego sensu pozbawić. I to wystarczyło by walczyć.

Warszawa dzisiaj. Miasto przypomina peerelowską mozaikę, tandetną, pełną blichtru i nie pasujących do siebie elementów całości. Przypadkowy zlepek szklanych domów i biedy ulic, w które nikt się nie zapuszcza. Bo w tym mieście coraz częściej już się tylko żyje, robi kariery, leczy kompleksy, ale nie żyje się tym miastem. Archiwizuje się jeszcze przeszłość, bo na niej też można zarobić. Ale czy można mówić o mieście, że ma ducha, jeśli historię pisze się tylko dla turystów?

Już za kilka chwil, wspominając Godzinę „W” niektórzy odnajdą jeszcze w pamięci strzępy wspomnień ze swoich dzielnic. Dla mnie szczególnie bliskie jest miejsce w którym mieszkam. Wróci wspomnienie Cytadeli, Dworca Gdańskiego, Powązek czy dawnej Szkoły Gazowej przy Gdańskiej 6. Wróci bliski sercu człowiek, ks. płk. Zygmunt Truszyński MIC, ps. „Alkazar”. I kiedy ucichnie głos syren i zamilkną dzwony pozostanie dręczące pytanie: czy serce tego miasta bije już tylko w jego dzwonach?

Etos “Solidarności”

Etos to nie wygrana. Etos to zwyczaj, nawyk, pewna stała skłonność prowadząca do takiego życia, by ostatecznie wygrać. Kończy się dzień, w którym „wszyscy” świętują. To „wszyscy” jest o tyle wymowne, gdyż z jednej strony nie pozbawia nikogo prawa do radości i dumy, z drugiej zaś pokazuje, że owi „wszyscy” to często ci, którzy potrafią świętować „wszystko” i „wszędzie”.

A przecież chodziło o etos.

Solidarność jest bardzo pojemnym terminem. I ma swoją magię wtedy, gdy potrzeba jedności, wspólnego frontu. Można w imię jedności zatrzeć drobne różnice. Tak też było wtedy. Do tego etosu mogli przyłączyć się bohaterowie każdego kalibru, czasowo myślący podobnie, cieszący się odzyskaną wolnością.

A dzisiaj? Czy przegrał etos Solidarności?

Nie. Przegrali niektórzy, dla których etos to nie droga do zwycięstwa, ale prosta konsumpcja jego owoców. A przecież kiedyś chodziło o coś więcej, o heroizm. Wtedy wierzyłem, zresztą nie tylko ja, że życie warte jest tyle, ile można z niego poświęcić.

Dzisiaj też myślę już inaczej. Stałem się bardziej wygodny. Dzisiaj przed podobnym zrywem pewnie przeprowadzono by symulację, policzono szanse, ogłoszono wstępne sondaże. Wtedy wygrała wolność, bo wierzyliśmy bardziej w heroizm. Oczywiście zacierał on trochę różnice i może było łatwiej.

Dzisiaj nie czas na tamtą jedność, bo i wróg wysubtelniał. Ale ważne jest chyba uświadomienie sobie na nowo, że tamten zryw wolności był zrywem a nie wyścigiem. Zakładano bardziej straty niż zyski. I właśnie dlatego jest chwalebny.

Jeśli więc dzisiaj ktoś chce z tamtej pięknej wolności uczynić kartę przetargową w takiej czy innej kampanii, to powiedzmy wspólnie: NIE. Tylko, że tym razem to nie „oni” zafałszują wybory, lecz my swoją biernością możemy zafałszować rzeczywistość.

Za co tym razem oddajemy naszą wolność? W imię czego niszczymy narodowe święto? A  może jednak okażemy się mądrzejsi od tych, co wiedzą „dla nas” i zrobimy sobie ciszę wyborczą już od dziś.

Ciszę na myślenie… i świętowanie.

Dwie drogi

Pokolenia lubią się porównywać. I nie chodzi tylko o proste zestawienie dwóch epok, sylwetek ludzkich, zdarzeń. Pokolenia lubią porównywać swoje odniesienia do tego, co ważne. Tylko stosunek do niektórych idei czy zjawisk wdaje się być niezmienny. Ot, choćby dla przykładu, stosunek do idei dwóch dróg.

Jest taki tekst w Starym Testamencie, który pokazuje Boga kładącego przed człowiekiem perspektywę dwóch dróg: życia i śmierci. W dopowiedzi rozumie się przez nie wybór dobra lub zła. I rzeczywiście chyba jest tak, że w jakiejś ogólnej opcji na życie (opcji fundamentalnej) człowiek musi się zdeklarować. Pytanie jednak, czy w konkretnych wyborach jest podobnie, czy można żyć tylko dobrze, albo tylko źle?

Bezpośrednią przyczyną do tej refleksji stał się film opowiadający o losach Generała Nila (Augusta Emila Fieldorfa). Z jednej strony bohater, Człowiek Niezłomny, z drugiej strony dość trudny do naśladowania wzór życia rodzinnego. Można bowiem pytać, czy chciałoby się takiego ojca, męża, brata… Epok nie da się porównywać, ale nastąpiło niewątpliwe przesunięcie z życia ideą na życie jako ideę naczelną. Co więc może znaczyć dla człowieka dzisiaj poszukiwanie „życia dobrego”?

Dwie drogi dla człowieka dzisiaj, to nie zawsze bezpośredni wybór pomiędzy życiem i śmiercią. Do takich wyborów (nawet śmierci i zła) też trzeba mieć odwagę. Dzisiaj człowiek wybiera raczej pomiędzy samospełnieniem a wpisaniem się w spełnienie poprzez społeczeństwo (inni, życiowe role, zadania). Te mniejsze wybory pokazują, że w praktyce życia człowiek żyje na dwóch drogach – potrzebuje pomysłu na własne życie, ale potrzebuje też społecznej akceptacji tego pomysłu. Nie codziennie bowiem wybiera się wprost pomiędzy życiem i śmiercią. A jednak…

Jedna z osób opowiadała niedawno, że tegoroczna Wielkanoc była dla niej wyjątkowa. Czy to oznacza, że od tego momentu zacznie żyć zupełnie inaczej? Zachwycił mnie, a właściwie zdruzgotał film o wielkości A.E. Fieldorfa. Ale czy od kilku dni jestem bardziej zdolny do bohaterstwa?

Ideały są potrzebne w życiu, tak jak świadomość różnicy pomiędzy dobrem i złem, życiem i śmiercią. Tylko, że są to wybory fundamentalne. Problem polega na tym, że czasem te dwie drogi dzielą życie na to myślne (z ideałami), i to, do którego się wraca (często już bez ideałów). Może więc warto wybrać na powrót jedną drogę. Bo życia nie zabija tylko wojna, ale czasem właśnie te małe wybory.

Mam ochotę napić się kawy, ale po tym, co napisałem, zastanawiam się, czy ją też muszę wpisać w wybór pomiędzy drogami…