Etos “Solidarności”

Etos to nie wygrana. Etos to zwyczaj, nawyk, pewna stała skłonność prowadząca do takiego życia, by ostatecznie wygrać. Kończy się dzień, w którym „wszyscy” świętują. To „wszyscy” jest o tyle wymowne, gdyż z jednej strony nie pozbawia nikogo prawa do radości i dumy, z drugiej zaś pokazuje, że owi „wszyscy” to często ci, którzy potrafią świętować „wszystko” i „wszędzie”.

A przecież chodziło o etos.

Solidarność jest bardzo pojemnym terminem. I ma swoją magię wtedy, gdy potrzeba jedności, wspólnego frontu. Można w imię jedności zatrzeć drobne różnice. Tak też było wtedy. Do tego etosu mogli przyłączyć się bohaterowie każdego kalibru, czasowo myślący podobnie, cieszący się odzyskaną wolnością.

A dzisiaj? Czy przegrał etos Solidarności?

Nie. Przegrali niektórzy, dla których etos to nie droga do zwycięstwa, ale prosta konsumpcja jego owoców. A przecież kiedyś chodziło o coś więcej, o heroizm. Wtedy wierzyłem, zresztą nie tylko ja, że życie warte jest tyle, ile można z niego poświęcić.

Dzisiaj też myślę już inaczej. Stałem się bardziej wygodny. Dzisiaj przed podobnym zrywem pewnie przeprowadzono by symulację, policzono szanse, ogłoszono wstępne sondaże. Wtedy wygrała wolność, bo wierzyliśmy bardziej w heroizm. Oczywiście zacierał on trochę różnice i może było łatwiej.

Dzisiaj nie czas na tamtą jedność, bo i wróg wysubtelniał. Ale ważne jest chyba uświadomienie sobie na nowo, że tamten zryw wolności był zrywem a nie wyścigiem. Zakładano bardziej straty niż zyski. I właśnie dlatego jest chwalebny.

Jeśli więc dzisiaj ktoś chce z tamtej pięknej wolności uczynić kartę przetargową w takiej czy innej kampanii, to powiedzmy wspólnie: NIE. Tylko, że tym razem to nie „oni” zafałszują wybory, lecz my swoją biernością możemy zafałszować rzeczywistość.

Za co tym razem oddajemy naszą wolność? W imię czego niszczymy narodowe święto? A  może jednak okażemy się mądrzejsi od tych, co wiedzą „dla nas” i zrobimy sobie ciszę wyborczą już od dziś.

Ciszę na myślenie… i świętowanie.

Dwie drogi

Pokolenia lubią się porównywać. I nie chodzi tylko o proste zestawienie dwóch epok, sylwetek ludzkich, zdarzeń. Pokolenia lubią porównywać swoje odniesienia do tego, co ważne. Tylko stosunek do niektórych idei czy zjawisk wdaje się być niezmienny. Ot, choćby dla przykładu, stosunek do idei dwóch dróg.

Jest taki tekst w Starym Testamencie, który pokazuje Boga kładącego przed człowiekiem perspektywę dwóch dróg: życia i śmierci. W dopowiedzi rozumie się przez nie wybór dobra lub zła. I rzeczywiście chyba jest tak, że w jakiejś ogólnej opcji na życie (opcji fundamentalnej) człowiek musi się zdeklarować. Pytanie jednak, czy w konkretnych wyborach jest podobnie, czy można żyć tylko dobrze, albo tylko źle?

Bezpośrednią przyczyną do tej refleksji stał się film opowiadający o losach Generała Nila (Augusta Emila Fieldorfa). Z jednej strony bohater, Człowiek Niezłomny, z drugiej strony dość trudny do naśladowania wzór życia rodzinnego. Można bowiem pytać, czy chciałoby się takiego ojca, męża, brata… Epok nie da się porównywać, ale nastąpiło niewątpliwe przesunięcie z życia ideą na życie jako ideę naczelną. Co więc może znaczyć dla człowieka dzisiaj poszukiwanie „życia dobrego”?

Dwie drogi dla człowieka dzisiaj, to nie zawsze bezpośredni wybór pomiędzy życiem i śmiercią. Do takich wyborów (nawet śmierci i zła) też trzeba mieć odwagę. Dzisiaj człowiek wybiera raczej pomiędzy samospełnieniem a wpisaniem się w spełnienie poprzez społeczeństwo (inni, życiowe role, zadania). Te mniejsze wybory pokazują, że w praktyce życia człowiek żyje na dwóch drogach – potrzebuje pomysłu na własne życie, ale potrzebuje też społecznej akceptacji tego pomysłu. Nie codziennie bowiem wybiera się wprost pomiędzy życiem i śmiercią. A jednak…

Jedna z osób opowiadała niedawno, że tegoroczna Wielkanoc była dla niej wyjątkowa. Czy to oznacza, że od tego momentu zacznie żyć zupełnie inaczej? Zachwycił mnie, a właściwie zdruzgotał film o wielkości A.E. Fieldorfa. Ale czy od kilku dni jestem bardziej zdolny do bohaterstwa?

Ideały są potrzebne w życiu, tak jak świadomość różnicy pomiędzy dobrem i złem, życiem i śmiercią. Tylko, że są to wybory fundamentalne. Problem polega na tym, że czasem te dwie drogi dzielą życie na to myślne (z ideałami), i to, do którego się wraca (często już bez ideałów). Może więc warto wybrać na powrót jedną drogę. Bo życia nie zabija tylko wojna, ale czasem właśnie te małe wybory.

Mam ochotę napić się kawy, ale po tym, co napisałem, zastanawiam się, czy ją też muszę wpisać w wybór pomiędzy drogami…

Ryszard Siwiec ma swoją ulicę w Pradze

Doniesienia agencyjne mogą podbudować dumę i honor Polaka. Ubiegły rok był bowiem okrągłą 40. rocznicą inwazji na Czechosłowację oraz samospalenia Ryszarda Siwca na stadionie narodowym. Nie chcę pisać, kto miał rację i kto po której stał stronie. W tyglu współczesnych sporów politycznych i patriotycznego bełkotu (patriotyzm oznacza bowiem umiłowanie ojczyzny a czegoś takiego we współczesnych sporach nie dostrzegam), pojawia się nagle ktoś, o kogo nie trzeba się spierać. Wiadomo bowiem, gdzie stał i gdzie oddał życie.

Praga zgotowała mu dzisiaj prawdziwe święto. Nazwano jego imieniem jedną z ulic Pragi i to szczególną, tę przy której znajduje się budynek instytucji upamiętniającej walkę z reżimem. My – myślę, że nie muszę podawać współrzędnych – mamy w sobie coś takiego, że najlepszego bohatera potrafimy ośmieszyć, wyszydzić. Może więc odezwą się głosy, że gdyby żył też nie miałby spłaconych kart kredytowych. Inni powiedzą, że to przecież samobójca, a więc co z jego zbawieniem? Potrafimy znaleźć coś na każdego, nawet na bohaterów. Jeśli więc nie stać nas na narodowe upamiętnienie Bohatera, to przynajmniej cieszmy się, że potrafią to inni.

A czy czyn był adekwatny do sytuacji? Zmarły ks. Józef Tischner, zapytany kiedyś właśnie o to, powiedział: Gdybym znał motywy, jakie kierowały sumieniem tego człowieka, musiałbym to uznać. I jeszcze jedno. Można pytać, czy samospalenie jest aktem moralnym, ale przynajmniej jest o co pytać. Ale można też pytać, czy po naszym spokojnym życiu, ktoś w ogóle postawi pytanie…