Kręgi przynależności do Kościoła

Sobór Watykański II przyzwyczaił nas do myślenia, że dla Boga nie istniejemy tylko my, prawdziwi katolicy. To najwyższe Kolegium Kościoła uświadomiło nam, że nie tylko istnieją obok nas inne Kościoły i Wspólnoty, ale również osoby, których byśmy się w tej bliskości Boga nie spodziewali.

Chciałbym jednak dzisiaj trochę odwrócić bieg naszego myślenia. A czy wśród tych, których się spodziewamy, ba, jesteśmy ich pewni, wszyscy należą do tego kręgu bliskości Boga?

Pytanie to nasunęło mi się podczas śledzenia uroczystości pogrzebowych członka PiS w Łodzi. Znak pokoju, znak przynależności do tego samego Boga, który jest Stwórcą całej ludzkości, powinien wskazywać wyraźnie krąg ludzi sobie bliskich. Nie połączyły się jednak ze sobą dwie nawy kościoła. Rozdzielił je mur, który Chrystus zburzył – mur wrogości. Zatem doświadczyliśmy innego znaku, znaku obecności różnych kręgów przynależności do Boga w tym samym kościele, podczas najbardziej fundamentalnego nabożeństwa dla naszej wiary, jakim jest Eucharystia.

Dobrze, że był sobór. Dobrze też, że nauczył nas wierzyć, iż Bóg przygarnia różnych ludzi, nawet podzielonych w ramach tej samej eucharystycznej wspólnoty.

Ostatnio sporo mówiono o ekskomunice, wykluczeniu ze wspólnoty. I właśnie w związku z tym mam wątpliwość. Bowiem ze wspólnoty można wykluczyć się na mocy prawa, kiedy łamie się fundamentalne Boże zasady, można być wykluczonym przez władze kościelne za ciężkie przestępstwa. Ale można też wykluczyć siebie ze wspólnoty decyzją własnego sumienia. Tego właśnie się boję. Wzywano nas, by śledzić tych, którzy wykluczą się z Kościoła poprzez głosowanie w Sejmie. Tego nie chcę komentować. Postawię tylko inne pytanie: W czasie liturgii, kiedy nienawidzi się brata, czy nie wyklucza się człowiek tym samym ze wspólnoty wierzących i nie buduje na nowo muru jakim jest wrogość? Nie mnie oceniać konkretnego człowieka. Niepokoję się tylko, czy ekskomunikowanych mocą własnej decyzji nie spotykamy również obok nas, na wyciągnięcie ręki, a właściwie na brak jej wyciągnięcia?

Przekażmy sobie znak pokoju, jesteśmy bowiem wezwani do komunii a nie do ex-komunii.

70. rocznica kpin z Polski

Przez lata nauczyciele historii w niektórych szkołach udawali, że nie rozumieją pytania o 17 września 1939 roku. Dzisiaj nie trzeba już przypominać o wschodnim epizodzie II wojny światowej. Już tylko niepoważni historycy i niepoważni politycy usiłują ugrać ostatnią kartę zakłamania przeszłości. Tym bardziej dziwi postawa prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki, który właśnie w taką rocznicę wpisał odmowę w sprawie budowy tarczy antyrakietowej.

Każdy ma prawo do suwerennych decyzji. Trudno się też dziwić, że własne bezpieczeństwo przedkłada się nad bezpieczeństwo sąsiada. Dlaczego jednak uważam, że Ameryka zakpiła z Polski? Otóż nie chodzi już o nadzieje, zainwestowany kapitał (w tym ludzki) w Iraku i kilka jeszcze gestów przyjaźni wobec USA. Chodzi przede wszystkim o mocne iskrzenie polityczne na linii: Polska – Rosja. Polska nie jest na tyle silna, by grać w taki sposób. A grała tak właśnie, gdyż w Ameryce widziała sojusznika, by nie rzec – przyjaciela.

W polityce wraca jednak stare powiedzenie: Chcecie, by was szanowano? Bogaćcie się!

Zakpił pan, panie prezydencie Stanów Zjednoczonych Ameryki z Polski, z Polaków. I jeśli wierzyć, że owa zbieżność dat kolejnej manifestacji siły Rosji jest tylko przypadkowa, to tym bardziej pozostaje współczuć panu doradców, znajomości problemów Europy Środkowo-Wschodniej i dobrego smaku.

Świat idei odchodzi w niepamięć. I w takim momencie nawet trudno dziękować za wsparcie podziemia i Solidarności, gdyż przychodzi jak szatański podszept myśl: przecież na Solidarności oni też nie stracili…

Oprotestować Madonnę?

Zabierałem się do napisania tego tekstu już od kilku dni. Rozpoczynałem, przerywałem, rozpoczynałem na nowo. Bo były wydarzenia ważniejsze, chociażby encyklika Benedykta XVI. Problem Madonny jest przy niej tylko odpryskiem „końca kultury”. Przesądził jednak tekst w Rzeczpospolitej na temat protestu jako wody na młyn współczesnej skandalistki.

O Madonnie można pisać wiele. Niewątpliwie stworzyła nowy nurt w muzyce, który można nazwać „muzyką wspieraną skandalem”. To jednak, co przeraża mnie najbardziej, to sposób i nietrafność (a w konsekwencji nieefektywność) zapowiadanego protestu. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że “pozorna” zbieżność dat (koncertu Madonny i maryjnego święta) nie jest pozorna. To tania reklama, w której niestety uczestniczą również protestujący.

Co zatem zrobić, aby protest był skuteczny? Przede wszystkim myśleć. Prawie doprowadził mnie do łez rzecznik ratusza, który z bólem serca twierdził, że na tym etapie już nic nie można zrobić. Rozumiem go. Rola bowiem rzecznika nie ma już nic wspólnego z Hermesem wyjaśniającym wolę bogów. Bardziej przypomina królewskiego chłopca do bicia. Nie bijąc więc rzecznika, niewątpliwie trzeba odwołać się do takich działań, które mogą przynieść skutek. Pierwsze polega na tym, że zanim Madonna wywołała skandal, ktoś z władz miejskich wyraził zgodę na tę przypadkową zbieżność dat. Zatem mamy władze albo nie myślące, albo niewierzące. Trudno powiedzieć, co gorsze. Ale mamy też potencjał wiernych, którzy – jeśli naprawdę ich to przeraża – mogą po prostu koncert oprotestować… nieobecnością na nim. A na przyszłość, wybierając nowe władze stolicy, warto mieć w pamięci takie nieprzemyślane kwiatki decyzyjne obecnych władz. No i oczywiście wykorzystać wszystkie kanały tzw. odpowiedzialności obywatelskiej, by zrobić wszystko, co uczyni głośnym nie tyle sam protest, co pokaże miałkość Madonny (w sierpniu również “przypadkowo” pojawi się w kinach pikantny film Madonny).

Czego zaś na pewno nie warto robić? Zapowiadanej (o ile pomysł jest prawdziwy) mszy przed ratuszem. Wtedy do skandalu Madonny dołączono by jeszcze jeden – profanację Eucharystii w miejscu i czasie bynajmniej nie służącym sacrum. Jeśli bowiem społeczeństwo nie może zrozumieć problemu i nie widzi nic złego w zbieżności koncertu i maryjnego święta, to chyba nie chodzi o to, by „przerazić mszą”. Bo skutek może być odwrotny. Madonna i tak zaśpiewa, zaś przestraszeni mszą mogą na mszę przestać chodzić zupełnie.

Co zatem robić? Protestować mądrze, a przede wszystkim wyciągnąć wnioski na przyszłość. Bo propozycji podobnych skandali będzie jeszcze wiele. I przykro byłoby widzieć po raz kolejny rozżalone i bezradne władze płaczące nad rozlanym mlekiem. Prościej wybrać takich, którzy nie tylko będą mądrzy po szkodzie, ale również przed.