Życzenia na Nowy Rok

Jednostka – zerem, jednostka – bzdurą, sama – nie ruszy pięciocalowej kłody, choćby i wielką była figurą, cóż dopiero podnieść dom pięciopiętrowy.

Starsi zapewne pamiętają ten wiersz, młodszym przyda się trochę powtórki z kiepskiej, ale wracającej w upiorach przeszłości literatury. Kiedy bowiem ogląda się telewizyjne podsumowania minionego roku można odnieść wrażenie, że jednostka ciągle jest zerem i bzdurą – może w nieco odmiennej konfiguracji.

Nauczono nas lęku przed autonomią, wolnością, indywidualnością. Bo kogoś takiego trudno okiełznać, zawsze wystaje z szeregu, nie myśli jak gazeta, nie wyśle smsa na każdą wymyśloną akcję. Nie łatwo bowiem sterować Człowiekiem… jeśli jest człowiekiem.

W jeden z ostatnich grudniowych dni nasze media doszły do absurdu. Nie chodziło już nawet o to, że gwiazda coś zrobiła, ale o to, że nic nie zrobiła i to NIC trzeba było pokazać. Ktoś ochrzcił dziecko i nie życzył sobie kamer, i właśnie to stało się przebojem.

W pierwszy dzień roku prezenter zachodził w głowę co też robiły nasze gwiazdy w tym czasie, a ja w tym samym momencie szukałem odpowiedzi na kołaczące się w mojej głowie pytanie: A co mnie to obchodzi?

Bycie zerem i bzdurą wyssaliśmy chyba z mlekiem z kartonu. Ciągle bowiem nie wierzymy w siebie. Nie bardzo dociera do nas fakt, że to nie my mamy być jak otaczający świat, lecz świat ma odzwierciedlać nas. Jak długo nie nauczymy się zachwycać własnym życiem, tak długo będziemy spoglądać w stronę gwiazd, i to nie tych na niebie.

Życzę więc wszystkim moim Czytelnikiem zachwytu nad swoim własnym życiem, zepsutych telewizorów i nie dostarczanych na czas gazet. Wtedy jest szansa, że zaczniemy czytać i oglądać siebie. Bo to w nas drzemie ten lepszy świat za którym tęsknimy.

Oczekiwanie

Nadzieja zawieść nie może. Chciałoby się dopowiedzieć: Oj może, może! I jakże często zawodzi. Chyba nie jestem osamotniony w przeżywaniu pewnych bardzo konkretnych planów, które były planami terminowymi. Wyznaczało się dla nich określone miejsce w kalendarzu, potem w nowym kalendarzu, potem w elektronicznym kalendarzu (bo łatwiej przesuwać). A potem już zaczynało się przesuwać granicę wstydu, by móc udawać, że przecież nic się nie stało. Nadzieja potrafi zawodzić, bo stoję za nią ja, albo inne ludzkie ja. Nadzieję w teraźniejszości można by zabezpieczyć, gdyby teraźniejszość zależała od nas. Ale nie zależy, a przynajmniej nie zależy do końca.

I dlatego coraz bardziej podejrzliwie patrzymy na nadzieję, a właściwie nadzieje – nasze, ludzkie. Kiedy kolejne zawodzą człowiek stawia sobie pytanie o to, czy jeszcze ktoś go potrzebuje, czy jego egzystencja ma jakiś sens. Wyjścia generalnie znajduje dwa: albo rozpacza, że nikomu nie jest już potrzebny, albo staje się płytkim aktywistą potrzebnym wszystkim… do czasu.

Nadzieja ma jednak sens, jeśli założy się egzystencję Kogoś, dla kogo ciągle jestem ważny, nawet z zawalonymi ludzkimi planami.

Po to między innymi jest Adwent.

Umarli otwierają oczy żywym

Tak naprawdę nie lubię blogów. Przypominają one trochę pamiętnik, a pisanie pamiętnika nie ma większego sensu, bo jeśli to pamiętnik prawdziwy, to jest tylko dla mnie, a jeśli publikowany, to nie dość szczery, by był pamiętnikiem. Zawsze też próbuję, choć z różnym skutkiem, pisać o sprawach, które nie dotyczą tylko mnie, które chociaż w niewielkim wymiarze byłyby ponadczasowe, nieśmiertelne. Dzisiaj chcę jednak zrobić wyjątek i napisać o tym, w czym brałem udział – o pogrzebie. I o refleksji, która jest zbyt silna, by jej nie wypowiedzieć. 

Zatem od początku. Uczestniczyłem dzisiaj we wspaniałym pogrzebie, pogrzebie MATKI jednego z moich znajomych. Wśród nadesłanych depesz była i taka: Dziękuję dzisiaj Bogu za życie – tu padło imię kobiety. Dziękować za życie kogoś, kto odchodzi, wielkie i piękne. 

Jak żyć, by ktoś dziękował za moje życie? Czy wystarczy żyć tak, żeby nie żałować? Chyba nie wystarczy, bo zawsze w naszej historii są zdarzenia, których nie powinno się popełnić i ludzie, których nie powinno się skrzywdzić. To ludzie, których spotykamy, a przynajmniej wielu z nich, pójdą za naszą trumną. Pójdą niosąc pamięć o nas – tę dobrą i tę złą. Czasem wtedy rodzi się refleksja, by wrócić, wyjaśnić im siebie, przeprosić. Tylko, że powroty mogą mieć odwrotny skutek. Ranią jeszcze bardziej. Czasem lepiej nie wracać. I nie oznacza to, że człowiek czuje się zwycięzcą, że uważa siebie za świętego. Czasem po prostu nie chce wrócić, by nie ranić bardziej. Ale pamięta. I ta pamięć jest krzyżem-karą jaką człowiek poniesie aż do śmierci. 

Uczynki idą za nami, tak jak idą ludzie za trumną. I dopóki uczestniczy się w pogrzebie innych, myśląc tylko o własnym, wtedy jest jeszcze czas, by nie wracając powiedzieć to najważniejsze: Przepraszam. I żyć, ale już w taki sposób, by nie ranić więcej. I zgodzić się na to, że skrzywdzeni mogą nie wybaczyć. Pozostaje wtedy tylko wierzyć, że jednak okażą się mądrzejsi niż my. I pozwolą żyć i nie popełniać więcej błędów, które ich zraniły. 

To jest minimum uczciwości i sprawiedliwości, które pozwala żywić nadzieję, że inni kiedyś nam przebaczą. I zapewnić żyjących, że historia nauczyła… nie ranić więcej. Wróciłem z pogrzebu i dziękuję i ja za życie pewnej MATKI, dziękuję za to, że umarli otwierają oczy żywym.