Dlaczego cierpienie?

U początku Wielkiego Tygodnia z roku na rok coraz częściej słyszę pytanie, czy nasza wiara nie mogłaby wyglądać inaczej, czy opis Męki i Śmierci Chrystusa – tak obcy współczesnej mentalności – nie odstrasza młodych ludzi od Kościoła, czy nie jest zbyt trudną próbą dla wrażliwych? Niektórzy mówią wprost, że słowa o cierpieniu Chrystusa na krzyżu zupełnie do nich nie przemawiają. Jeszcze inni stawiają pytanie o sens powrotu do wydarzeń sprzed wieków, o przytaczanie nie naszej historii. Najprościej można by odpowiedzieć, że to nie liturgia wraca do tamtych dni, ale że to my uciekamy w czas „przed Chrystusem”, a liturgia próbuje nas tylko odnaleźć tam, gdzie jesteśmy. Może chce nas spotkać jeszcze przed zdradą, przed zaparciem się Boga, przed ostatecznym i radykalnym kłamstwem.

Ta właśnie liturgia znajduje nas gdzieś w tamtym tłumie, gdzie Chrystus dla wielu jest tylko przegranym, końcem religii, końcem pewnego epizodu w historii człowieka – pustym grobem, pustym kościołem. Dopiero kiedy odnajdziemy siebie „przed Chrystusem”, będziemy zdolni wrócić w nasze czasy jako wierzący. Po to właśnie są te powroty Wielkiego Tygodnia.

Wielki Tydzień to również czas słuchania. Każdy kto zna człowieka niesłyszącego wie, jak trudno mówić nie słysząc. I nawet jeśli niesłyszący nauczy się mówić, to i tak trudno mu komunikować, gdyż nie do końca może zrozumieć co mówi ktoś, kogo nie słyszy. A czy ja słyszę Boga? A jeśli nie, to jak Mu odpowiadam nie słysząc, jak opowiadam o Nim innym?

Pytanie najtrudniejsze: wiara i cierpienie. Wyobraź sobie, że mówisz prawdę i nikt ci nie wierzy. Przeinacza się Twoje słowa, ostatni świadkowie mówią, że usłyszeli coś zupełnie innego. Ze swoją prawdą zostajesz sam. Najpierw walczysz, potem cierpisz, a na koniec umierasz wraz z nią. Może dlatego mówi się, że niektóre prawdy zabieramy się do grobu. I gdyby nie Zmartwychwstanie, to większość prawd, o których nie chce się słuchać byłaby zabita przez niesłuchanie i tolerancję (posłucham cię innym razem, nie narzucaj mi swojej prawdy), zabita bez nuty cierpienia, przemocy i krzyża. Cierpiałby tylko ten, kto prawdę zabierałby do grobu, a proroctwo Kajfasza byłoby ciągle aktualne (lepiej, żeby jeden cierpiał za naród).

Cierpienia nie rodzi wiara. Cierpienie rodzi kłamstwo i wszystko co prawdę usiłuje przemilczeć. Kiedy człowiek nie może przemówić życiem, czasem próbuje przemówić śmiercią. Bohaterowie żyją dzięki pamięci żywych, Prawda żyje dzięki Zmartwychwstaniu Chrystusa. Dlaczego więc cierpienie?

A dlaczego istnieje kłamstwo, przemilczanie prawdy, nazywanie dążenia do prawdy chorym roszczeniem? Bez tego wiara nie potrzebowałaby cierpienia, męczenników, opisu Męki Chrystusa.

Beze mnie nie byłoby cierpienia.