Jesteśmy sobą?

Pytanie na pozór banalne. Gdyby się jednak zastanowić nad doborem repertuaru w kinach, programów studiów, a nawet homilii, można odnieść wrażenie, że wszyscy wychowują, kształtują i wpływają, natomiast nikt nie chce być przedmiotem wychowania, kształtowania i wpływu. Przypomina to trochę inną prawidłowość: wszyscy piszą, nikt nie czyta.

Życie w oparciu o taki model jest jednak drogą donikąd. Oznaczałoby to, że jesteśmy już ukształtowani, nie podatni na żadne wpływy, skończeni (w każdym sensie). Chyba jednak nie do końca. Przecież skoro oglądamy sondaże wyborcze, to po to, by dać się prowadzić. Skoro informuje się nas o poziomie oglądalności, to po to, by „ułatwić” nam wybór.

Skąd bierze się takie uparte przekonanie, że nikt nas nie wychowuje? Może stąd, że jesteśmy tak mało ugruntowani w sobie, iż każdy przejaw wpływu obnażyłby nas jeszcze bardziej. Spójrzmy na ludzi, których określamy „bez wychowania”. To są ludzie, którzy postawili wyłącznie na siebie. Podobnie „bez kultury”, „bez pasji”. Tym wszystkim ktoś nas musi zarazić, do tego przekonać. Inaczej jesteśmy sobą.

Gdybym chciał nam zepsuć humor, mógłbym tylko dopytać: sobą, czyli kim?

Jak uczynić życie oryginalnym?

Św. Augustyn w rozważaniach na temat Trójcy Świętej wypowiedział takie zdanie: „Nigdzie indziej błąd nie jest tak niebezpieczny, poszukiwanie bardziej pracochłonne, zaś odkrycie bardziej owocne […]”. Dlaczego tajemnica Trójcy Świętej jest tak istotna, a zarazem tak trudna? Bo zamyka się w prostym, najbardziej istotnym i najtrudniejszym w realizacji słowie – Miłość.

Stając w obliczu spraw trudnych w naturalny sposób rodzą się dwa pytania – o to, co daną rzeczywistość zabija i o to co ją rodzi. Co więc zabija prawdę o Trójcy Świętej? Nieprzemyślana wiara. Jak często przypisuje się Bogu słowa, których nigdy nie wypowiedział. Warto prześledzić chociażby wszystkie niemądre słowa, jakie wypowiedziano w kontekście pandemii i lekceważenia zakazów i obostrzeń, przypisując to lekceważenie Bogu. A jednak wirus siadł i na mszę święceń kapłańskich i nawet na siedzibę Episkopatu. Po ludzku to nie dziwi, bo wirus siada tam, gdzie są skupiska ludzi. Dziwi natomiast bezmyślne przypisywanie pewnych słów Bogu.

Skoro już wiemy co zabija tę prawdę, to warto zapytać, co ją rodzi? Rodzi prawda, a właściwie fundamentalne prawo do prawdy. Prawdą zaś miłości jest rodzenie. Można – bazując na kryzysie rodziców – pozbawić dziecko prawa do prawdy o ojcu i matce. Można też wchodząc w osobisty konflikt z Bogiem próbować zacierać prawdę o Nim dla drugiego człowieka. Wtedy jednak to ja czynię siebie ojcem nowej prawdy, a właściwie kłamstwa.

I wreszcie, skoro Trójca Święta jest miłością dającą życie, to życie otrzymuje każdy, ale nie życie sklonowane, tylko darowane. Gdybyśmy byli klonowani w wierze, to klonowanie trwające dwa tysiące lat powinno sprawić, że wiara zaniknie. Jednak wiary się nie klonuje, wiarą jest się obdarowanym. Bóg zaś każdorazowo podpisuje się pod życiem. Pod moim i Twoim też.  

Czy masz lepszy pomysł na uczynienie swojego życia bardziej oryginalnym?

Tajemnica Słowa

Zesłanie Ducha Świętego kojarzy się z darem języków. Rodzi się jednak bardzo praktyczne pytanie: Czy chodzi o mnożenie języków czy o ich rozumienie? Bo po co tak naprawdę człowiek posługuje się językiem? W jednym i w drugim celu. Kiedy mowa o tożsamości narodowej, wtedy przywołuje się język, hymn i godło. Język jest po to, żeby odróżniał nas od innych i integrował między sobą.

Nauka obcego języka jest też formą wkradania się do innej kultury i tradycji, po to, by czerpać. Pamiętam jak wiele lat temu w rozmowie z prorektorem Uniwersytetu Witolda Wielkiego w Kownie wyraziłem zdziwienie faktem, że zaczęto tam bardzo wspierać naukę języka polskiego. Wtedy prorektor odpowiedział, że mają prosty wybór – albo korzystać z literatury rosyjskiej albo polskiej. Wybrali polską.

Można mówiąc wyłącznie w jednym języku pozostać na uboczu. Można też znać jeden język i próbować nim zglobalizować świat, kulturę i tradycję. Problem nie tkwi w języku.

O co więc chodzi w darze języków? Wbrew pierwszym odczuciom nie chodzi o język, lecz o miłość. Wieża Babel dała ludziom wielość języków (pomieszanie języków) po to, by ludzie nie mogli się porozumieć. Pięćdziesiątnica sprawia, że każdy mówi w swoim języku i wszyscy się rozumieją. Język nie załatwi więc wszystkiego w komunikacji. On pozostaje narzędziem. Potrzeba właściwej intencji uczenia się języka, jasnej odpowiedzi na pytanie: Po co? Odpowiedzią jest miłość. To ona sprawia, że wielość języków nie oznacza pomieszania, a jeden język rozumiany przez wszystkich nie oznacza globalizacji.

Jesteśmy Polakami, a jak często nie mówimy jednym językiem. Oczywiście wszyscy mówimy po polsku, jednak nie mówimy jednym językiem. Bo jedni mówiąc po polsku próbują kochać, drudzy nienawidzić; jedni pomóc, drudzy osukać.

W tym właśnie wyraża się istota Pięćdziesiątnicy i przekleństwo wieży Babel.