Jesteśmy jak inni i dlatego musimy się nawrócić. Ale przecież zachodzi jednak jakaś gradacja pomiędzy dobrymi i złymi, ofiarami i przestępcami. Zanim więc do końca wyjaśnię tezę dzisiejszego felietonu, spróbujmy – krok po kroku – przejść propozycję drogi nawrócenia. Jakie jest nasze pierwsze skojarzenie? Nawrócić się, to powrócić do przeszłości. Ile jednak się cofnąć, rok, dziesięć, całe życie? Niezależnie od okresu do którego chcielibyśmy wrócić, należałoby przyjąć jedno założenie – nie będzie niczego „później”. Stracimy wszystko, co nastąpiło po tym czasie. To może wybiec w przyszłość i zostawić za sobą to, co było, zwłaszcza to co złe? Ale i tu jest założenie – nie będzie niczego „wcześniej”. Może więc się wycofać i pogodzić z tym, że jest 7 grudnia 2025 roku.
Nawrócenie potrzebuje czasu i przestrzeni. Nasze poprzednie rozważania o czasie i przestrzeni okazują się bardzo pomocne. Rzeczywiście, nawrócenie potrzebuje odniesienia do czasu, czasu jako umiejętności wyboru. Ta umiejętność pozwala uświadomić sobie, że czas jest względny, że nie zawsze jest na wszystko czas. Okazuje się jednak, że wystarcza go na sprawy dla mnie ważne. Może więc określenie „nie mam czasu” oznacza tylko, że coś nie jest jeszcze dla mnie dość ważne. Nawrócenie potrzebuje też przestrzeni. Najlepszą adwentową przestrzenią jest pustynia. I nie chodzi bynajmniej o miejsce, na które chciałoby się uciec, ale o miejsce, które wymusza wyrzeczenie się wszystkiego co rozprasza. Zanim więc podejmiemy jakiekolwiek wyrzeczenie, najpierw pomyślmy. Wyrzeczenie ma doprowadzić do takiego miejsca w życiu, w którym będę ja i prawda o mnie i czas na głęboką rozmowę z sobą samym.
Banalność zła. Ona zaczyna się w momencie, gdy nie mam czasu na pustynię, gdy usypiam sumienie. Warto postawić sobie kilka pytań: kiedy ostatnio myślałem o swoim życiu, kiedy zrobiłem porządny rachunek sumienia, kiedy zapytałem, co dalej? Jakiś czas temu ukazała się książka „Norymberga. Naziści oczami psychiatry”, za którą idzie film pod podobnym tytułem. Porażający jest wniosek, jaki wyprowadza psychiatra, którego pierwotny cel jest zupełnie inny – doprowadzić nazistów do przesłuchań i po drodze wykluczyć wszelkie manipulacje. Tymczasem dochodzi on do wniosku, że sami nie jesteśmy inni. Nie ma takiej rasy czy narodu, o którym można by powiedzieć oprawcy! To zawsze człowiek, który dokonuje wyboru. Banalność zła polega zaś na tym, że do ostatecznego okrucieństwa doprowadzają podobne etapy: kompromisy etyczne, bierność wobec zła, milcząca lub czynna akceptacja. Czy naprawdę jesteśmy inni? Czy wchodząc na wskazane etapy nie czujemy, jak oddalamy się od siebie, od swojego życiowego kompasu, jakim jest sumienie? Może zamiast się obrażać na taki wniosek, lepiej sobie uświadomić prawdziwe niebezpieczeństwo, o którym mówi Psalm 116 – „każdy człowiek jest kłamcą”.
