Uwiodłeś mnie Panie, a ja pozwoliłem się uwieść. A może jednak moja sztuka uwodzenia przebiega tylko w jedną stronę. Zamiast dać się uwieść, sam uwodzę Boga. Czułe słówka wobec Niego mają zastąpić prawdziwą wiarę, zdrową pobożność. Uwodzimy Boga, uwodzimy człowieka. Jak łatwo składać przysięgę, że nigdy się nie zdradzi, nie spojrzy na kogoś innego, o kim innym nawet nie pomyśli. A potem przychodzi refleksja, a może jednak zmodyfikować przysięgę – co złego w myśleniu, w patrzeniu…
Uwodzenie modlitwą. Zakłada się, że musi być pobożna, co oznacza, że wyrażona w języku, którym się nie mówi, którego się nie rozumie. Pięknym, ale martwym. Tak można by głosić homilię: Seduxísti me, et sedúctus sum, at fortásse ars mea seducéndi — úna tantum vía procédit. Déum sedúco, hóminem sedúco. Non pródam, non aspíciam, non cogitábo. Iusiurándum mutátum: Cur non cogitáre, non aspícere, non pródere? Takie słowa nawet jeśli są piękne, nie zobowiązują, jak długo się ich nie rozumie. Tak można przemodlić całe swoje życie, nie pozwalając się modlitwie dotknąć.
Sztuka uwodzenia to także sztuka skojarzeń. Chrystus kojarzy się z krzyżem, krzyż kojarzy się źle, nie chcę więc myśleć o krzyżu, tym samym przestaję myśleć o Chrystusie. Co więc znaczy dać się uwieść? Zacząć od tego, by być szczerym przed Bogiem. Niestety domagamy się tej szczerości od innych, a sami nie potrafimy pytać siebie o naszą własną uczciwość. Zawodowi gorszący się grzechami innych, od lat nie pytający siebie o swoje życie. Ale przyjdzie kiedyś dzień szczerości, dzień cierpienia. Wtedy nie będzie dylematu: życie z krzyżem czy bez krzyża? Krzyż będzie. Pozostanie pytanie: Krzyż z Bogiem czy w samotności? Tak zacznie się prawdziwa wiara. Nie proś o nią dla innych i nie śpiesz się z nią dla siebie. Daj czas Bogu.
Może więc zacząć skromniej, od pierwszej szczerej modlitwy: Panie Jezu, boję się być blisko Ciebie, bo lękam się, że to, co przyszło na Ciebie, może przyjść także na mnie. Dlatego nie chcę być zbyt blisko. Wiem, że w ten sposób nie doświadczę tego, co wielkie, ale też nie doświadczę tego, co boli. Nie chcę, żeby to, co przyszło na Ciebie, przyszło również na mnie, bo gdyby przyszło, nie do końca wierzę, że podołam. Dlatego mówię w taki sposób, byś nie słyszał; proszę tak, by nie otrzymać; szukam tak, by nie znaleźć. Wszystko po to, żeby ciągle pozostawać na dystans — na bezpieczny dystans pobożności i czułych słówek. Amen.
