Ułatwienia dostępu

Uroczystość Matki Bożej Królowej Polski

Królowej Polski. Sam tytuł u niektórych osób budzi dystans czy wręcz niepokój. To trochę jak pytanie z „Rancza” o to, jakiej narodowości był Pan Jezus. Oczywiście, historycznie wiemy, że skoro z rodu Dawida i Maryja była Matką, nie pozostawia to żadnych wątpliwości co do pochodzenia. Ale czy to jest najważniejsze z perspektywy wiary? Czy naprawdę wypełnienie obietnic historii konkretnego narodu jest dla nas najważniejsze? Czy rzeczywiście schemat narodzenia się chrześcijaństwa to prosta kontynuacja synagogi, czy raczej radykalne zerwanie, gdzie nowe jest wszystko? Warto przy okazji takiego mocno powiązanego z narodem święta, pewne sprawy sobie na nowo uzmysłowić. Najlepiej świadczy o tym tegoroczne zamieszanie związane ze świętem, które polega na tym, że Niedziela Wielkanocna przesuwa na drugi plan uroczystość religijno-narodową, jaką jest 3 maja.

Niewiasta. Bardziej chodzi więc o Niewiastę z Księgi Rodzaju i z Apokalipsy, kogoś, kto jest zapowiedzią a jednocześnie spełnieniem obietnic. W Księdze Rodzaju potomstwo niewiasty jest zapowiedzią Chrystusa i tych, którzy w Niego uwierzą. Niewiasta z Apokalipsy zbiega na pustynię, gdzie ma przygotowane miejsce, miejsce ostatecznej realizacji obietnicy. A pomiędzy jest cały Stary i Nowy Testament, ze wszystkimi blaskami i upadkami, z tym, co tragiczne i co radosne. I może właśnie w tym kontekście Maryja jest Królową Polski, ponieważ jest w punkcie wyjścia naszej wiary (pierwsze polskie kościoły były maryjne) i ostatecznie jest momentem naszego zawierzenia. A pomiędzy jest cała historia Polski.

Pamiętać, zapomnieć. Nie sposób nie wspomnieć dzisiaj słów Apelu Jasnogórskiego, szczególnie jednego ze słów: Pamiętam! Nasza pamięć jest jednak obarczona różnymi nieprzebaczonymi winami, wydumaną narodową pychą, a jednocześnie jakimś zadziwiającym kompleksem bycia Polakiem – już nawet dla nowoczesności bylibyśmy w stanie zmienić swoje nazwisko na lepiej brzmiące w obcym języku. Najważniejszy naród w Europie (w zamkniętej tożsamości narodowej) i jednocześnie kompleksy przekreślające całą narodową dumę. Może więc trzeba mądrze o czymś pamiętać, ale też mądrze o czymś zapomnieć. Pamiętać rzeczy dobre, zapomnieć złe. Inaczej to wielkie święto religijno-narodowe będzie tylko zebraniem grup rekonstrukcyjnych, jak to można było oglądać na przeniesionych na sobotę uroczystościach religijnych.

Czy tradycja rodzi wiarę?

Czy tradycja rodzi wiarę? Czytania na IV Niedzielę Adwentu (ostatnią przed Bożym Narodzeniem) dobrze rezonują z naszym czekaniem na święta. Są to bowiem niewątpliwie święta tradycji religijnej, rodzinnej, praktycznie nie ma wymiaru w którym nie zostawiają one swojego śladu. Nawet partie lewicowe walczą o Wigilię jako dzień wolny (dodajmy Wigilię Bożego Narodzenia). Czy więc jest aż tak dobrze czy aż tak źle? Kiedy buntowano się przeciwko niektórym elementom tradycji religijnej, był to chociaż spór o wiarę. Dzisiaj miejscem, które najwcześniej rozpoczyna przygotowanie do świąt jest supermarket. Tradycja wygrała z wiarą, tylko że bez wiary jest pusta. Tradycja bowiem sama z siebie nie rodzi wiary.

Betlejem pomiędzy świetnością a teraźniejszością. Dobrym przykładem jest Betlejem, miasto znane chyba każdemu człowiekowi. W nim najlepiej wyraża się związek wiary i tradycji, dawnej świetności i ledwo broniącej się teraźniejszości. Betlejem tradycji to miasto grobu Racheli, matki dwóch pokoleń biblijnych. To miejsce, gdzie Dawid został namaszczony na króla, to jednocześnie miasto wielkiej symboliki – 777 metrów nad poziomem morza jest w tradycji liczb zapowiedzią zmartwychwstania. I Betlejem dzisiaj – spadek chrześcijan do 12%, wzrost bezrobocia do 25%, mur separacyjny ograniczający kontakty i handel. Miasto dawnej świetności i tradycji, miasto królewskie, na które patrząc świetności się nie dostrzega.

Czy chrześcijaństwo podzieli los Betlejem? A może jednak problem jest inny, może nie tyle jest to problem chrześcijaństwa, co problem człowieka? Co więc charakteryzuje człowieka, który nie szuka wiary? Najpierw kryzys sensu. Pytanie o sens rodzi pytanie o wiarę, brak wiary usprawiedliwia brak pytania o sens. Człowiek żyje, liczy się jakość życia, chociaż do końca nie wiemy o co w niej chodzi. Może o to, by w miarę możliwości nie chorować i umrzeć w ogrzewanym/klimatyzowanym mieszkaniu w zależności od pory roku. Kolejny problem to brak formacji intelektualnej. Nikomu nie zależy na tym, żeby człowiek był mądry i myślał. System edukacji stworzony tak, by nie produkował elit. Miejscem przechowywania elit jest jeszcze kilka dobrych uniwersytetów na świecie. Religia ma sobie też wiele do zarzucenia – masowa produkcja literatury religijnej na poziomie harlequinów (to określenie zawdzięczam jednej ze znajomych, której przemyślenia bardzo cenię). Dalej – brak relacji. Coraz mniej przestrzeni do dialogu świata z religią, z wiarą. Nauka religii stała się z miejsca spotkania – miejscem przetrwania. Kryzys tradycji – coraz więcej elementów magicznych, ale nie wskazujących na więcej, lecz na naturę. Kadzidło kojarzy się już tylko z zapachem, świeca z nastrojem, szaty liturgiczne z grupami rekonstrukcyjnymi, unoszony opłatek z białą magią.

Inspiracje Salvadora Dali. W takich momentach przychodzi mi na myśl obraz artysty, który mnie prowokuje – Salvador Dali. Mam na myśli jego obraz „La Gare de Perpignan”, obraz pochodzi z 1965 roku. Przywołuję go dlatego, że do jego interpretacji nie wystarczy przepędzić człowieka przez muzeum, bez minimum artystycznej formacji niewiele zrozumie. Obraz jest przestrzenny – ponad 4 metry, a w Internecie można kupić reprodukcję nad łóżko. To pokazuje, że nie każdy obraz da się pomniejszyć, żeby go zrozumieć. Gdyby poprosić człowieka, który ma reprodukcję tego obrazu nad łóżkiem, miałby problem z dostrzeżeniem szczegółów. Miałem znajomych, u których wisiał ten obraz wiele lat i nie dostrzegli na nim Chrystusa Ukrzyżowanego. Żeby dostrzec szczegóły obrazu trzeba wtopić wzrok, oswoić się ze światłem, nabrać dystansu do przestrzeni.

Mentoring religijny. Tak właśnie jest z wiarą. Wiara w komórce, forach graniczących z obłędem, miałkiej literaturze religijnej. Czego więc potrzebujemy? Religijnego mentoringu. Tak bardzo kultura wypłukała tradycję, a tradycja wiarę, że bez indywidualnego mentoringu trudno będzie na nowo zrozumieć, by powrócić.

Krzew winny – ciągle aktualny obraz Kościoła

Krzew winny jest niekwestionowanym obrazem nie tylko dla tego, że odznacza się starożytnością, ale przede wszystkim dlatego, że zawiera elementy ciągle aktualne dla zrozumienia i właściwego budowania wspólnoty jaką jest Kościół. Pierwszym elementem tego obrazu jest przycinanie. Krzew potrzebuje podwójnego cięcia. Pierwsze dotyczy starych i pierwotnych pędów, które z czasem ulegają zdrewnieniu. To od ich właściwego przycięcia zależy zdolność do owocowania całego krzewu. Zostawia się na nich jedno, maksymalnie dwa oczka, z których wyrastają nowe latorośle. Drugie cięcie, równie ważne, dotyczy właśnie latorośli. Mają one tendencję do szybkiego wzrostu i niewłaściwie pielęgnowane, nazbyt wybujałe, nie dość, że zabierają soki, to dodatkowo nie są zdolne do przynoszenia owocu. Trzeba je więc w odpowiednim czasie przycinać i formować, żeby cała ich żywotność nie okazała się bezowocna. Jest i trzeci element, jakim jest świadomość, że latorośle nie są autonomiczne, ale ich żywotność zależy od zakorzenienia i trwania w krzewie.

Te pozornie ogrodnicze zabiegi mają wielkie znaczenie symboliczne dla budowania Kościoła. Po pierwsze dlatego, że pokazują, iż pierwotne pędy symbolizujące tradycję, bez młodych latorośli sprowadzą całą roślinę do zdrewnienia i bezowocności. Z kolei nieprzycięte młode pędy nie dadzą niczego innego poza pozorną siłą życiową, która nie przerodzi się w owoc. W perspektywie wiary oznacza to, że potrzebuje ona stałych elementów, ale muszą one być ciągle na nowo odczytywane, by przynosiły prawdziwe owoce.

Czego więc nie można przegapić w uprawie winnicy? Właściwej równowagi pomiędzy starymi pędami (tradycją), a otwarciem na nowe (czyli odczytywaniem wiary przez każde kolejne pokolenia). Jest więc dość oczywiste jak postępować z krzewem winnym. Pozostaje jednak pytanie, jak to przełożyć na życie Kościoła? Przycinanie nie jest zabiegiem łatwym, ale koniecznym. Człowiek przyzwyczaja się szybko do pewnych schematów i najchętniej pielęgnowałby wyłącznie stare pędy. Wiemy jednak, że nikt nie postępuje w ten sposób z żadną rośliną. Tym bardziej trzeba mieć odwagę łączenia w Kościele tego, co stare i nowe.

Kilka dni temu miałem okazję uczestniczyć w konferencji poświęconej jubileuszowi 25-lecia pracy misyjnej księży marianów w Kamerunie. Pierwotnie misja zgromadzenia w Afryce była skupiona na pracy w Rwandzie. Wydawało się, że będzie to główny obszar pracy marianów. Jednak wojna sprawiła, że trzeba było stanąć przed rozstrzygnięciem dylematu: albo opuścić Afrykę, albo znaleźć drugi kraj dla pracy misyjnej. I wtedy, jakby przez przypadek, pojawił się nowo konsekrowany biskup diecezji Doumé Abong Mbang Jan Ozga. Szukał misjonarzy dla swojej diecezji, w której przy mocno rozrzuconych kościołach prawie nie miał księży do posługi. Nie chcę opisywać początków pracy marianów w Kamerunie. Chcę raczej skupić się na pewnych przemyśleniach bpa Jana Ozgi.

Kiedy zwołał pierwszy Synod i postanowił zadać najbardziej fundamentalne pytanie tubylcom, pytanie o to czego oczekują od biskupa, mocno zaskoczyła go odpowiedź. Nie oczekiwali w pierwszym rzędzie nowej kaplicy czy kościoła. Nie oczekiwali nowej szkoły czy szpitalika misyjnego. Tego też. Jednak w pierwszym rzędzie oczekiwali, że biskup znajdzie czas, by ich odwiedzić i z nimi rozmawiać. Wtedy też usłyszał od miejscowych katechistów, jaki jest klucz dotarcia do wiernych w Kamerunie. Podpowiedź brzmiała: szanuj, co zastałeś, nie potępiaj, czego jeszcze nie rozumiesz i miej serce, bo to najbardziej rozumie człowiek. Po wielu latach pracy w Kamerunie (a biskupem jest od 1997 roku) potwierdza, że te trzy rzeczy nigdy go nie zawiodły.

Może więc stawiając sobie pytanie o przyszłość Kościoła w Europie i w Polsce warto zapamiętać te dwa obrazy: krzewu winnego i doświadczeń bpa Jana Ozgi. Są to rzeczy proste i oczywiste, ale może dlatego tak trudno budować wspólnotę, że rzeczy oczywiste wydają się zbyt proste i na siłę chcemy komplikować życie. A ono najbardziej potrzebuje właśnie prostych rozwiązań.