Jaka natura, jaka kultura, jacy my?

Człowiek wiele znieść może. Krzywdę, chorobę, ból poniżenia i śmierć najbliższych. Czy jednak jest w stanie uratować się przed sobą? A może powinno się zapytać inaczej, czy jest w stanie ocalić siebie, w tej naszej współczesności, o której tyle się mówi i pisze, a i tak nikt jej do końca nie rozumie? By jednak móc tak zapytać trzeba by założyć, że ten nasz człowiek „ma siebie”, w czasach rozziewu miedzy wartościami wyznawanymi a przeżywanymi, konformizmu i konsumpcji, czasach zagubienia, bezradności i chyba już nawet obojętności wobec głupoty i minimalizmu moralnego, intelektualnego. Kiedy wszelkie napływy do tego, co „nasze” tłumaczymy wielokulturowością, prawem do inności czy otwartością na nowe… Nawet Kant nie naciągnąłby wystarczająco swego imperatywu…

Co zatem znaczy „mieć siebie”? To wiedzieć kim jestem, w co wierzę, co jest dobre dla mnie i innych obok mnie, czy to jednak wystarczy? Paul Ricoeur powie, że trzeba mieć trwałe skłonności (charakter) i dotrzymywać obietnic, przyjmując wyzwanie zmienności przekonań i uczuć. Tylko tyle, a jednak aż tyle…

  Ale żeby nie tak od razu z obcej beczki, to pomówmy o nas Polakach. W ostatnich dniach, media wielokrotnie powoływały się na – jakże to rzetelnie przeprowadzane –  badania na temat polskości, że się jej wstydzimy, że jej nie lubimy, że wyjeżdżamy szukać pracy na Zachodzie, bo tam łatwiej, a „polskość” to nawet na ulicy słychać (i niestety czuć..). Czy jednak zadajemy sobie pytanie czym nasza polskość jest? Nie wystarczy przecież już powiedzieć, że my to na obiad bigos, kotlet schabowy, Wałęsa w stoczni, no i jeszcze do niedawna Nasz Papież – Jan Paweł II. Tradycyjny obiad coraz częściej w Mac Donaldzie, Wałęsa na emeryturze, a w Watykanie panuje Benedykt XVI. Co zatem z nami? (w świecie – chciałoby się zapytać…)

No właśnie, jacy jesteśmy? Jaką kulturę tworzymy? A jeśli to, co robimy to odzwierciedlenie naszej natury – kim zatem jesteśmy? Chcemy budować naszą kulturę ciągle jednak walcząc z tradycją bez zastanowienia czy to aby nie tradycjonalizm. Pragniemy IV RP sprawiedliwej i z „czystymi rękami”, a głosujemy, że homo politicus nie da sobie rady w życiu bez kłamstwa (i moherowego beretu w kieszeni). Nie potrafimy się porozumiewać, bo komunikujemy i owszem, tylko ile w tym polszczyzny, nawet w ulubionych mediach….

 Religia – trwa, etyka, tworzy się, polityka – zawsze jakaś jest.

A teraz sobie odpowiedzmy: Natura? – Jakiego mnie Panie Boże stworzyłeś, takiego mnie masz, wiec po co pytasz?

 Kultura? – Jaka jest każdy widzi.

A my sami? -To się jeszcze zobaczy, dopiero wiosna idzie…

Homo politicus

Słowo wypowiedziane jest jak królestwo, daje władzę temu, kto go używa do panowania nad umysłami innych ludzi. Jest to jednak władza, która czasem może zniszczyć również autora wypowiadanych, czy pisanych słów. W pewnym momencie zaczyna ono bowiem żyć własnym życiem. Takie wrażenie można odnieść w związku z niedawną publikacją zamieszczoną w „Rzeczpospolitej”, dotyczącą karykatur Mahometa.

Najpierw kilka niedogodności w ocenie. Trzeba być po stronie gazety, gdyż potępiając tę postawę, opowiadamy się za fundamentalizmem religijnym, a nie w taki sposób walczy się o cześć, godność i honor. Z drugiej strony trzeba być przeciw, gdyż nie można dopuścić do mydlenia oczu tzw. dziennikarską solidarnością. Można bowiem pytać, dlaczego solidarność właśnie w tej sprawie, a jeszcze lepiej, dlaczego właśnie z duńskimi mediami, i to przez „przypadek” właśnie „Rzeczpospolita”? Z jeszcze innego punktu widzenia trzeba być „za”, gdyż w przeciwnym razie wylejemy dziecko z kąpielą, podcinając skrzydła jednemu z nielicznych, w miarę obiektywnych dzienników.

A może nie opowiadając się ani „za”, ani „przeciw”, po prostu należałoby zapytać siebie, co oznacza wolność w mediach, gdzie są jej granice, czym są prawa człowieka, skoro nie ma stałości natury ludzkiej (jak chce współczesna antropologia). Może ten konkretny przypadek pokazuje, że nie umiemy korzystać z wolności. Z jednej bowiem strony skrajnością nazywamy protesty przeciw publikacjom dotyczącym Mahometa. Z drugiej zaś, czy nie należałoby nazwać skrajnością braku reakcji na propozycję okładki numeru zerowego „Machiny”? Jej redaktor naczelny twierdzi, co prawda, że intencją nie było obrażanie uczuć religijnych, lecz prawo do wolności artystycznego wyrazu. Czy jednak w imię takiej twórczości można obrażać?

Może więc powrócić do starej zasady mówiącej, iż krańcowości się stykają. Może właśnie z tego styku fundamentalizmu z artystycznym i dziennikarskim rozmyciem zrodzą się nowe kanony w sztuce, w mediach i w życiu? A może tylko w imię tolerancji „okopiemy się” jeszcze bardziej na swoich pozycjach – tych fundamentalistycznych i tych rozmytych? Tylko, co wtedy z tolerancją? Czy będzie odnosić się wyłącznie do nas samych?

 

Przyjąć, by pojąć czy pojąć, by przyjąć

Mam w pamięci słowa wielkiego teologa Hansa Ursa von Balthasara, który napisał kiedyś, iż w odniesieniu do Boga najpierw trzeba przyjąć, a dopiero później pojąć, a właściwie nieustannie pojmować, wierząc, że jest On tajemnicą. Piękna postawa wobec Boga. Czy jednak jest ona właściwa w odniesieniu do wszystkiego, co dzieje się w naszym życiu?

Ostatnie wydarzenia w życiu politycznym, jak i kościelnym, postawiły nas wobec alternatywy przywołanej w tytule. Czy jednak człowiek ma prawo wymagać od człowieka przyjęcia zdarzeń, których on nie pojmuje? Czy nie nadużywamy zaufania należnego Bogu do zwyczajnych, ludzkich i przyziemnych spraw? Czy nie rozszerzamy perspektywy wymagającej zaufania w wierze na sektory, które z wiarą mają niewiele wspólnego?

Po ludzku wielu z wydarzeń minionych dni po prostu nie rozumiem i nie akceptuję. Nie oznacza to jednak, że wypaliło się we mnie zaufanie do Boga. Oznacza to tylko, że zostało nadużyte moje zaufanie do człowieka. I właśnie dlatego najpierw chcę poznać, by przyjąć, inaczej nie przyjmę za swoje tego, co się stało. I mam do tego pełne prawo.