Miłość: droga jednokierunkowa

Uczeni w piśmie (bo często chodzi tylko o uczoność), mają tendencję do komplikowania spraw prostych, do robienia rozwidleń, nawet tam, gdzie droga jest prosta i nie ma nawet najmniejszej naturalnej przeszkody. Powadze rozwiązań ma służyć słowo „złożoność”. Tymczasem największym problemem dla uczonych w piśmie jest ich własna „złożoność”. Uczony w piśmie boi się słowa miłość i mówi o niej nieporadnie, jak kilka dni temu jeden z młodych „patriotów” próbował mówić o miłości ojczyzny.

Sprawa jest o wiele prostsza i dlatego trudna. Prostsza, bo miłość jest jednokierunkowa i każda próba budowania czegoś od drugiej strony jest po prostu pod prąd. To trochę tak, jak gdyby wyobrazić sobie rzekę, która ma dwa źródła płynące w przeciwnych kierunkach, i zastanawianie się, który nurt przebije się i nada kierunek rzece.

Bóg jest jedyny. Będziesz miłował Boga (przyjmiesz Jego miłość) i bliźniego jak siebie samego (to znaczy tą samą miłością, tym samym nurtem). Ani miłość do Boga nie jest „pod prąd” miłości do człowieka, ani miłość do człowieka nie jest „pod prąd” miłości do Boga. Każde płynięcie „pod prąd” miłości Boga jest po prostu płynięciem pod prąd.

Słowem, które jest w stanie „egzorcyzmować” wszelkie przejawy życia jest słowo „miłość”. Nie ostoi się królestwo wewnętrznie skłócone. Nie da się zamknąć w tej samej przestrzeni miłości i nienawiści. Bóg jest jedyny, a więc nie ma dwóch kierunków jedynej miłości. Problem polega na tym, że w takiej miłości płynącej z jednego źródła nie ma miejsca na prywatne jej rozumienie, egoizm, dzielenie ludzi. Jedyny sensowny podział to ten, który dzieli ludzi na tych, którzy chcą kochać i tych, którzy chcą nienawidzić. Wewnątrz prawdziwej i jedynej miłości inne podziały nie występują.

Czego chcę naprawdę?

Płaszczyzna życia codziennego:

Spotykam bezdomnego. Żyje w taki sposób już ponad 10 lat. Nie bardzo ma ochotę cokolwiek zmieniać. Nie lubi zbędnych pytań, nie oczekuje rozwiązań. Oczekuje tylko tego, o co prosi: „piątaka”.

Ja też nie bardzo mam ochotę angażować się w jego życie. Nie jest mi całkiem obojętny. Ale czy byłbym w stanie pomóc mu naprawdę? Wezmę go do pokoju, załatwię pracę? Daję więc „piątaka” i wszyscy są szczęśliwi.

Płaszczyzna religijna:

Mam wadę wzroku od wielu lat. Byłem u okulisty, opłaciłem wizytę. Kupuję dobre, lekkie szkła. Okulista wspomniał mi ostatnio, że wchodzą na rynek okulary (drogie!), które nie będą wymagały wymiany. Ostrość będzie można regulować automatycznie. Bateria wystarcza na cały dzień. Prawdziwy komfort.

Gdyby tak przyszedł Jezus, dzień później, jak w Ewangelii, czy chciałbym jeszcze odzyskać w pełni wzrok? A co z okularami za ponad 2 tysiące dolarów? Co z odbytą drogą wizytą u okulisty? I jaka gwarancja, że to się zdarzy? Gra nie warta świeczki. O ilu cudach już słyszałem, które po kilku miesiącach okazywały się klapą. Chyba będę zbierał pieniądze na te nowe okulary. Niezłe, prawda?

_________________________________________________________

Czy wiem, czego chcę naprawdę? Czy jestem gotowy na prawdziwą zmianę w życiu? Czy chcę naprawdę spotkać kogoś, kto radykalnie odmieni moje życie? Chyba jestem za stary na nowości, i chociaż niby coś tam o życiu wiem, to jednak czego chcę naprawdę… nie wiem.

_________________________________________________________

(powyższy tekst nie jest moją autobiografią, lecz fikcją literacką nie wykluczającą jednak sytuacji, które mogą zdarzyć się naprawdę).

ADHD dobrych intencji

Wielu z nas doświadczyło tego w swoim życiu. Problem naszych dobrych i słusznych intencji nie polega na tym, że je mamy, ale na tym, że próbujemy za szybko zrozumieć pewne sprawy. Jedną z przyczyn takiej postawy jest naturalny pęd człowieka do rozwoju. Rozumiemy go w wymiarze postępującym: dzisiaj lepsze niż wczoraj, z kolei jutro lepsze niż dziś. Na tej linii, z podobną konsekwencją sytuujemy stare i nowe. Skoro więc ma być rozwój, to w nowym. W konsekwencji prowadzi to nie tyle do zmiany sytuacji, zmiany w nas samych, co raczej sprowadza się najczęściej do zmiany miejsca, aktywności, formy spędzania czasu.

Tak właśnie rodzi się nasze ADHD rozwoju, gdzie myśl nie nadąża za zmianą. A gdyby tak nie zatrzymując rozwoju, zatrzymać siebie w tym samym miejscu, w tych samych uwarunkowaniach? Gdyby zapanować nad owym ADHD i zmusić siebie do pomyślenia stojąc w miejscu? Może wtedy efekt naszego rozwoju byłby bardziej określony i przede wszystkim przewidywalny i trwały?

Nieopanowane ADHD naszych dobrych intencji rodzi zgorzknienie. Bo ani dziś nie jest lepsze niż wczoraj, ani też kolejne jutro nie różni się aż tak bardzo od teraźniejszości. Może więc zamiast „zapuszczać się” bezmyślnie w nowe, pozwolić najpierw myśli spenetrować obszar naszych oczekiwań. Może myśl oswaja się z nieprzewidywalnym wcześniej niż my, a już na pewno pozwala na szybszą korektę oczekiwań.

Działajmy, ale najpierw po-myślmy. Może o to właśnie chodzi, by działanie nie było warunkowane pierwszą fazą rodzenia się myśli, ale było jej owocem, prawdziwym PO-MYŚLENIEM.