Wkrótce usuniemy ślady zmartwychwstania

Za kilka tygodni nie będzie już świecy paschalnej, figury Zmartwychwstałego. Co jeszcze usuniemy ze śladów zmartwychwstania w naszym życiu?

Prawda czy piękno? Co jest nam bliższe w opisie wiary, życia, codzienności? Wolimy opisywać pięknie. Czy jednak zawsze pięknie oznacza prawdziwie? Zachwycamy pięknem, jednocześnie nie robiąc miejsca na przeciętność i grzech, na sztucznie budowane wspólnoty, na nieustanne poprawki płynące z życia, wnoszone do Ewangelii.

Może to wszystko z lęku? Przed obcym i nieznanym zamyka się drzwi, te zwyczajne i te symboliczne. Dlatego przychodzący Bóg rozpoczyna od słów: Pokój wam! Pokój z ciała i kości, odniesiony do tego, co zwyczajne i codzienne. Pokój przykazań, w których nie pyta się o literę, ale o ducha i motyw. Pokój widzenia tego, co niewidzialne.

Niewidzialny. Taki jest Bóg. Ale czy nie można zobaczyć Niewidzialnego? Podobnie przecież nie widzimy słońca, tylko jego ślady w życiu. Czy to oznacza, że słońca nie ma? I konsekwentnie, czy to oznacza, że w życiu nie dostrzegamy śladów Niewidzialnego? Dlaczego więc twierdzimy, że Go nie widzimy? Bo wszystko, co widzimy jest przeszłością. Nawet słońce w naszym odbiorze jest spóźnione o 8 minut. Gdyby Bóg był widzialny, byłby zawsze Bogiem spóźnionym. A On jest, ponieważ skrócił maksymalnie drogę do człowieka wpisując się w serce. Krócej już nie można. Może dlatego próbuje się Go wyrzucić z serca, żeby był Bogiem przeszłości, bo tak łatwiej.

Co zostanie, kiedy usuniemy ślady zmartwychwstania? Serce albo nic.

Sprawa Jezusa nadal trwa

W latach 60. XX wieku pojawiły się niebezpieczne nurty w teologii, które miały na celu usprawiedliwić słabnącą wiarę w Kościele, szczególnie w Europie. Chciano ocalić wiarę przed rzekomym irracjonalizmem, który miałby się wyrażać w konieczności wiary w to, że „zwłoki mogą ożyć”. Rezygnując z wiary w Zmartwychwstanie Chrystusa, próbowano pokazać, że wiara chrześcijańska, to jakby trwający przez wieki proces, inspirowany postawą Jezusa z Nazaretu, który co prawda umarł, ale zachwyt nad Jego dziełem trwa w umysłach i życiu Jego uczniów… aż po dziś dzień.

Czy jednak Jezus umarł za sprawę czy za człowieka? Pozornie to pytanie nie ma większego znaczenia. Jeśli jednak przyjrzeć mu się bliżej, nabiera bardzo praktycznego sensu. Jeśli rozumiemy chrześcijaństwo jako śmierć Jezusa za sprawę, wtedy łatwo poświęcić człowieka dla sprawy czy instytucji, nawet świętej. Chrystus umarł jednak za grzechy, a precyzyjniej, za człowieka, każdego człowieka.

Szukanie tego co w górze, nie oznacza ani wpatrywania się w niebo, ani tym bardziej horyzontalnego spłaszczenia wiary do ludzkiej przeszłości i przyszłości uczniów Jezusa. Szukanie tego, co w górze, oznacza stawianie trudnych pytań, zawierzanie Bogu najważniejszych decyzji. Niestety często, nawet ludzie wierzący, zawierzają Bogu sprawy po ludzku wykonalne, jakby podświadomie czując lęk, że Bóg może nie wysłuchać spraw trudnych i co wtedy będzie z naszą osobistą wiarą?

Pozostaje jednak pytanie o tożsamość chrześcijan. Czy chrzest przyjęty w imię Trójcy Świętej oznacza tylko kontynuację sprawy Jezusa, która trwa, czy jednak oznacza wiarę w Chrystusa, Odkupiciela człowieka? Właśnie tego jesteśmy świadkami. Nie tego, co możemy powtórzyć za innymi. Jego Zmartwychwstanie jest naszym zmartwychwstaniem. Bo gdyby Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest nasza wiara, daremne byłoby nasze przepowiadanie.