Itinerarium, czyli przewodnik dla podróżujących z praktycznymi wskazówkami

Życie duchowe człowieka przypomina długą i ciekawą podróż. Można oczywiście zwiedzać świat na zasadzie „all inclusive”. Pytanie tylko, czy jestem ciekawy świata, czy raczej przymuszony do chwalenia się miejscami, które podobno zwiedziłem? Tak też jest z wiarą.

Najpierw muszę zdefiniować miejsce, z którego wyruszam w podróż. Muszę też wybrać formę zwiedzania. We współczesnej duchowości królują dwie: charyzmatyczna naiwność – sprowadzająca podróż do naiwnych postaw bezrefleksyjnego zachwytu i emocji oraz duchowość racjonalna – bliska praktycznego ateizmu – nie muszę doświadczyć, potrafię sobie wyobrazić. Żadnej z tych form nie polecam.

Trzeba więc rozeznać. Przypomnieć sobie doświadczenie dotychczasowych podróży. Muszę też wyruszyć w pierwszej osobie. Nie jestem wyłącznie uczestnikiem wycieczki, to musi być moja wycieczka. Nie wybieram przeładowanych programów. Na wycieczce muszę przede wszystkim odpocząć. Bez tego oddechu, poświęcanie czasu wakacji na taką podróż nie ma sensu. Musi też być czas na indywidualne zwiedzanie. Nie jestem każdym i nie musi interesować mnie to, co zachwyca wszystkich.

Następnym etapem mojej duchowej podróży jest to, co nazywam modlitwą, a w duchu naszego przewodnika – oderwaniem od własnego ja. W podróży muszę przejść od koncentracji na sobie do kontemplacji tego co wokół mnie. W przeciwnym razie nie ma sensu ruszać się z miejsca. Podróż musi mieć jakieś ramy – to odpowiednik pacierza. Nie mogę rozpoczynać dnia zwiedzania wstając wieczorem. Muszę się też skupić na tym, co mam odkryć.

A kiedy nie umiem jeszcze zwiedzać? Próbuję zwiedzać z innymi, z tymi, którzy zachwycają mnie opowiadaniem o tym, co zwiedzili dotychczas. Muszę dostrzec w nich doświadczenie otwarcia na nowe. Potrzebuję też przewodnika, ale nie człowieka przesiąkniętego rutyną, lecz zdolnego dostrzec w opisywanym dla innych ciągle nowe aspekty. Nie pociągnie do zwiedzania człowiek, który sam się tym nudzi.

Do zwiedzania potrzebuję ciała. Ono musi mnie zanieść w nową rzeczywistość. Muszę je przygotować, nie dotrę do nowych miejsc wyłącznie przygotowaniem intelektu.

Muszę też odpowiedzieć sobie na pytanie, co mnie w świecie pociąga. Muszę dużo czytać, słuchać innych, żeby dostrzec przy jakim opisywanym miejscu serce bije mi najmocniej.

Jeżeli z uwagą przejrzę wszystkie te punkty itinerarium, wtedy będę zadowolony z każdej podróży, również duchowej, gdyż ich etapy zasadniczo się nie różnią.

Sens życia

W życiu społecznym coraz częściej pytamy o rolę chrześcijaństwa, potrzebę chrztu, przyszłość wiary. Oznacza to nie tyle koniec religii czy koniec chrześcijaństwa, co raczej kontynuację „kariery sensu”, a jak wiemy kariery bywają różne.

Spróbujmy uporządkować.

Czy ma sens moda retro na powiedzenie: Bóg tak, Kościół nie? Czy można zrozumieć sens chrześcijaństwa bez Kościoła? A czy człowiek może się urodzić poza ludzkością? Można wszystko sprowadzić do rytu, nawet chrzest.  Można go potraktować jako szczepionkę przeciw grzechowi pierworodnemu. Niektórzy tak właśnie uważali – rytualnie, magicznie. Odpowiedzią na to było pytanie, czy kilka kropli wody może zmienić życie człowieka? Czy ryt nie był dla niepiśmiennych, a dzisiaj wystarczy świadomość i deklaracja?

W chrzcie są obecne materia i słowo. Materią jest woda, ale życia duchowego chrześcijaństwo nie wyprowadza z natury. Wodzie towarzyszy słowo, a słowo odnosi się do osoby. Nie wystarczy więc ryt, ale potrzebne jest odniesienie do osoby. Do osoby źródła (Bóg) i do wspólnoty osób (Kościoła).

Słowo zakłada dialog i współpracę. Gdyby tak nie było człowiek mógłby ochrzcić się sam. Przecież znamy formułę, mamy dostęp do wody. Jeśli chce się przeżyć swoje chrześcijaństwo poza Kościołem, to może warto zrobić taką reformę od samego początku i samemu się ochrzcić? Przecież sami potrafimy się kąpać!

Wiele osób zgodzi się jednak na to, że trzeba poprosić. Ale czy można – w kontekście chrztu dzieci – poprosić dla kogoś bez jego zgody? A czy można dać życie nie pytając? Skoro zaś daje się życie, czy można dać życie pozbawione sensu? I konsekwentnie, czy można wprowadzić człowieka w świat duchowej pustki? Czy można przyjąć koncepcję wychowania neutralnego?

Na tym właśnie polega różnica pomiędzy „byciem ochrzczonym” a „chrześcijaninem”. Zdecydowanie za dużo wśród nas ochrzczonych.

Czas – pomiędzy tradycją a wiarą

Uroczystość Objawienia Pańskiego, zwana świętem Trzech Króli, ukazywana jest jako objawienie się Boga poganom. W tym kontekście warto postawić pytanie, kim są poganie dzisiaj: w Europie, w Polsce.

Prorok Izajasz, opisując swoje czasy, oddaje to w zdaniu: „Twoi synowie przychodzą z daleka”. Kto tak naprawdę przychodzi? Madianici – lud pierwotnie spokrewniony z Abrahamem, przedstawiciele królestwa Saby, a więc miejsca skąd przybyła królowa Saba słuchać mądrości Salomona, mądrości, która kiełkowała przez wieki, by na nowo postawić pytanie o Boga. Przychodzą przedstawiciele Tarszisz i wysp, gdzie rozbija się Jonasz uciekający przed Bogiem.

Co to oznacza dla nas? Oznacza, że przychodzący są w rzeczywistości powracającymi. Ale powracający stawiają jeszcze jedno ważne pytanie – pytanie o różnicę pomiędzy żywą wiarą a martwą tradycją. Obchodzimy to święto w okresie Narodzenia Pańskiego. Jerozolima – miasto święte – odchodzi szukać gdzie indziej, w tradycji; mędrcy przychodzą drogą wiary przeczuwanej. Podobnie jak dzisiaj: z wierzącymi rozmawia się o tradycji, z poszukującymi o wierze.

Wiara jest w jakimś sensie czasem, z którym trzeba coś zrobić, najlepiej poświęcić. Poświęcenie zaś jest odkryciem nowego sensu dla czasu, by go nie tracić na wspominanie tradycji. Gwiazda jest symbolem poświęcenia, bo ona wyrywa z bierności. Poświęcenie nie jest kultem czy rytuałem. Poświęcenie jest otwarciem na nowe, pójściem w nieznane.

Wielu z nas poświęci dzisiaj mieszkanie, zostawiając ślad na drzwiach domu. Poświęci, czyli nada nowy sens przebywaniu w nim, powrotom, wyjściom ku… A jeśli nic nie chcemy zmienić, to po co poświęcać? Poświęcenie bez otwarcia na nowy sens jest stratą czasu na martwą tradycję. A czas jest zawsze pomiędzy; jest następstwem zdarzeń, ruchem, pozycją względem punktu odniesienia.

Kiedy człowiek staje w bezruchu tradycji – umiera i czas traci dla niego sens – już niczego nie poświęca.