Pójść za… kim? W teologii powołania wydaje się to dość proste i oczywiste, natomiast – przepraszam za banał – ale ze sprawami oczywistymi mamy największe problemy. Bo rzeczywiście za kim idzie człowiek, który mówi, że poczuł powołanie? Katechizmowo – za Jezusem. Egzystencjalnie – za kimś, kto go pociągnął. Kiedy jednak połączy się te dwie odpowiedzi, nie zawsze pójście za kimś jest pójściem za Jezusem. Proponuję byśmy spróbowali nieco rozwikłać ten problem odwołując się do trzech rzeczywistości: powołania, miłosierdzia i samego obrazu Kościoła jaki jawi się w naszej świadomości.
Powołanie. Dzisiaj kandydat pisze podanie, które musi być formułowane w stanie pełnej świadomości i wolności. Czasem brakuje w tym świadomości, że to powołuje Bóg. Kiedy stawia się jakieś warunki, czasem kandydat pyta: Jakim prawem? Przecież on chce być księdzem. Z drugiej strony tej świadomości powołania i troski o nie brakuje nie tylko kandydatom, brakuje jej nam, w naszych wspólnotach parafialnych. Jeśli mamy jakiś rodzinny interes, to wiemy, że trzeba mieć dzieci, by miał kto go przejąć. Podobnie jest z parafią. Jest ona konkretną cząstką Kościoła, która w jakimś sensie musi być autonomiczna. I nawet jeśli nie rodzi dla siebie, to powinna rodzić powołania dla Kościoła Powszechnego. Kiedyś jeden z biskupów stawiał pytanie parafiom, które domagały się księdza, czy same jakiegoś dały Kościołowi? Warto czasem stawiać sobie to pytanie, by nie podchodzić do życia parafii jak do funkcjonowania marketu i tylko roszczeniowo wołać: potrzebujemy księdza!
Istota powołania człowieka. Ono zawsze zaczyna się od spojrzenia Boga, nie od człowieka. Co więcej, na przykładzie Mateusza widzimy, że on wcale Jezusa nie szukał. Siedział w swojej pracy, którą moglibyśmy nazwać miejscem szemranych kompromisów, jak nie rzadko w naszym życiu. Pismo Święte mówi dość lakonicznie: Jezus ujrzał człowieka… Dopiero na drugim planie ten człowiek siedzi na komorze celnej. Dzisiaj rzadko definiuje się człowieka przez pryzmat człowieka. Fakt tego co robi często przesądza o całej reszcie.
Miłosierdzie. Gdyby było ono ludzkie brzmiałoby mniej więcej tak: Najpierw się zmień, potem chodź za mną! U Jezusa jest najpierw „pójdź za Mną”. Pokazuje to, że zmiana jest skutkiem, a nie warunkiem spotkania, że łaska poprzedza nawrócenie. Czasem mylnie uczymy innych, że człowiek najpierw musi się zmienić. W imię takiej mentalności pytamy, jaki mieć stosunek do nienawróconych, czy spotykać się z dziećmi żyjącymi bez ślubu, czy…?
Obraz Kościoła. Jednym z bardziej ulubionych obrazów jest uczta. Na tej uczcie Jezus, uczniowie, celnicy, grzesznicy. Uczta nie jest miejscem spotkania doskonałości, ale miejscem, gdzie grzesznik uczy się przebywania z Bogiem, na ile rozumie, na ile czuje, na ile dojrzał. Eucharystia na której nie byłoby miejsca dla grzeszników, w istocie nie byłaby celebracją Kościoła, a jakimś sekciarskim spotkaniem. Czasem przeraża mnie, że osoby „funkcyjne” zawsze są gotowe i czyste. Czasem zazdroszczę św. Augustynowi, że mógł jako biskup na jakiś czas zrezygnować z przyjmowania komunii świętej, by pokazać, że jest z grzesznikami, że jest grzesznikiem. Czy naprawdę nie przeraża nas, że kilkadziesiąt tysięcy księży, zakonników i zakonnic jest codziennie na tyle doskonała, by móc przyjąć Ciało Pańskie? Czy na tyle tysięcy nie ma kogoś, kto wątpi, upada, jeszcze nie jest w stanie pójść za? Nie przeraża mnie Kościół grzeszników, przeraża mnie kościół tzw. zawsze świętych.
Dlaczego dzisiaj nie ma powołań? Bo w naszej mentalności my robimy łaskę Bogu. Robimy ją modląc się codziennie, chodząc do kościoła. Budujemy w swoich głowach kościół własnej doskonałości. Tylko czy w tak rozumianym kościele znajdziemy zbawienie? A może prościej byłoby dać się powołać, pójść za, a zmianę potraktować jako owoc spotkania.
