Ułatwienia dostępu

Nie muszę bać się nocy

Nie muszę bać się nocy. Ona nie tyle oznacza oddzielenie od dnia, co raczej symbol lęku i zagubienia człowieka. To może być owa „noc” po diagnozie, chorobie, śmierci kogoś bliskiego. Ile nocy człowiek doświadczył w tym roku? Dla ilu ta noc jest koszmarem? W takiej egzystencjalnej nocy człowiek traci orientację, a emocje mówią głośniej niż rozum. A Bóg wcale nie przyśpiesza świtu, ale po prostu przychodzi. Właśnie dlatego Pasterka w swojej istocie nie ma nic wspólnego z sentymentalizmem, pokazuje tylko, że Bóg nie boi się nocy człowieka, pokazuje tylko jaka może być straszna noc bezdomności, bez Boga.

I nagle ukazuje się światłość wielka. Światło, które daje ciepło i bliskość. To nie jest lampa zapalona do religijnych przesłuchań. Jak wiele osób odeszło w tym roku od Kościoła, ponieważ zamiast wsparcia na swoje lęki i niepokoje zostali oślepieni światłem religijnych wymogów, w których nawet przez moment nie postawiono sobie pytania, co w Kościele katolickim znaczy prawo stopniowości. Tej nocy Bóg ukazuje się pasterzom – pogardzanym, wykluczonym, dalekim od doskonałości. Niewątpliwie nie jest to religijna elita. A jednak Bóg nie czeka na doskonałość, otrzymują znak Dziecięcia, czyli znak bliskości i obecności Boga.

Noc nie zniknie z ludzkiego doświadczenia. Ale pozostanie nam wybór – samotności i nocy, która coraz bardziej gęstnieje, albo poczucia, że człowiek nie musi w niej być sam. I ciągle aktualne pozostanie pytanie: Gdzie rodzi się Bóg? A On rodzi się w relacjach, przeciwieństwie największej pokusy szatana – zabijaniu relacji. Bo szatan jest piekielnie sam, chociaż ma władzę, intelekt i moc. Z nienawiści do tego co ma człowiek, próbuje go osamotnić, dając moc i władzę za relacje.

Zaufanie i obecność nowym aktem wiary. Jeśli wierzę, nie mogę być sam. Jeśli wierzę, drugi człowiek ze mną nie może być sam. I po to jest ta noc: która staje się cicha, bo daje pokój i święta, bo już nie jestem sam.

Niebo naszych relacji

Niebo – wraz z wiekiem – staje się coraz bardziej trudną do wytłumaczenia rzeczywistością. Dziecko nie ma z tym problemu, istnienie nieba przyjmuje z wiarą, tak jak istnienie najbardziej fundamentalnych rzeczywistości wokół niego. Czy jest to wynikiem dziecięcej naiwności wierzenia we wszystko, czy też może dorosłość i doświadczenie przeszkadza nam wierzyć w niebo? Może to nasz pragmatyzm sprawia, że nawet w odniesieniu do wiary potrafimy praktycznie oddzielić ziemię od nieba, i konsekwentnie, zagospodarować codzienność bez Boga, by Jemu zostawić niebo, które dla nas ma coraz mniejsze znaczenie.

Przewodnikiem niech będzie fragment Ewangelii według św. Marka przewidziany na Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. „Idźcie na cały świat”. Nie chodzi o to, czy będziemy misjonarzami dalekiego zasięgu czy ojcami rodziny, skupionymi na małych codziennych sprawach. W życiu każdego z nas jest jakiś „cały świat”. Są to nasze relacje rodzinne, przyjacielskie, zawodowe. Czy idziemy na cały świat, to znaczy, czy wiarę potrafimy przełożyć na wszystkie sektory naszego życia?

Kiedy już przyjmujemy wezwanie, że mamy iść na cały świat, rodzi się pytanie po co? Głosić Ewangelię, czyli Dobrą Nowinę! Dobra Nowina to takie zdanie, które potrafi wskrzesić zmarłego, uleczyć chorego, a większości z nas dać nadzieję tam, gdzie ją tracimy. Czy mam dobrą nowinę, a więc takie zdanie, które rozpali na nowo, dla siebie, dla bliskich, dla świata? A może potrafię tylko powtarzać gładkie religijne sformułowania, ale bez wiary i bez życia?

„Kto uwierzy i przyjmie chrzest”. Mamy wiele sakramentów, o których można powiedzieć: przyjąłem, świadomie. Ale chrzest otrzymaliśmy jakby obok naszej świadomości. I właśnie dlatego trzeba na nowo uwierzyć i przyjąć chrzest. Nie chodzi oczywiście o powtórny chrzest. Chodzi o to, by to co otrzymaliśmy nieświadomie, stało się naszym świadomym wyborem. Kto uwierzy (teraz!) i przyjmie chrzest (teraz!).

Najtrudniejsze do zrozumienia jest ostatnie zdanie z czytanego w uroczystość fragmentu. Jezus wstępuje do nieba, uczniowie idą i głoszą, a Pan współdziała z nimi we wszystkim. Skoro poszedł do nieba, a jednocześnie współdziała, gdzie jest niebo, gdzie poszedł Jezus? W języku greckim mamy dwa słowa na określenie domu – rzeczownik w rodzaju męskim i żeńskim. Rodzaj męski wskazuje na dom, budowlę, miejsce, gdzie można zamieszkać. W rodzaju żeńskim wskazuje na relacje, jakie w tym domu – budynku muszą zaistnieć, by było w nim życie. Gdzie jest więc niebo? Nie jest to miejsce, a więc nie da się wskazać „oto tu” ani jakiejś konkretnej budowli. Niebo jest relacją, najpierw Trójcy Świętej, potem naszą relacją z Trójcą i z ludźmi między sobą. Wstąpił do nieba, czyli w najwyższe pokłady relacji, jakie można sobie wyobrazić. I z tego nieba relacji towarzyszy nam we wszystkim, co jest budowaniem relacji tu na ziemi. Niebo nie jest więc bliżej nieokreślonym miejscem, jest stanem naszych relacji, niebo jest tam, gdzie jest miłość.