Ułatwienia dostępu

Radość z rozpoznania

Radość z rozpoznania często towarzyszy naszemu życiu. Czasem wydaje się, że chcemy ciągle nowych zdarzeń, nowych, kolejnych znajomości, nowych doświadczeń. To są niewątpliwie ważne elementy egzystencji. Ale jednocześnie dobrze wiemy, co znaczy rozpoznać to co już się zna. Przywołać sytuacje, miejsca, zdarzenia, przywołać osoby. Kiedy staję wobec radości Adwentu, jakiego Boga przywołuję, jakiego rozpoznaję? Będą święta z pewnymi elementami rozpoznawalności. Podobne gesty, bliscy ludzie, otrzymywane życzenia, zwłaszcza te, na które się naprawdę czeka. Ale jakiego Boga rozpoznam, co mi zostawił w ubiegłym roku, czym nawiedził moje życie, co mnie cieszy najbardziej z myśli o tym spotkaniu, które już za kilkanaście dni?

Bóg przywraca życie. Ale przecież moje życie nie jest bez sensu, mam za co dziękować, mam się czym cieszyć. Nie jestem kimś umarłym, ani w sensie cielesnym, ani duchowym. Co więc oznacza, że Bóg przychodzi przywrócić mi życie? Każdy znajdzie niewątpliwie kilka obszarów, które stały się pustynią. Zapomniane, nie otoczone dostateczną troską, ważne, ale z braku czasu i zainteresowania powoli zamierają. Najgorzej, gdy w taki sposób zamiera jakaś relacja z człowiekiem, jeszcze gorzej, gdy jest coraz więcej pustyni w relacji z Bogiem. Jednak nie słabość jest przeszkodą w radości. Bóg nie przychodzi nagradzać silnych, chce spotkać słabych. Chce im przywrócić życie nie do etapu idealnych warunków, ale do odzyskanej nadziei. Ona nie zawsze jest pełna i ostateczna, ale pozwala czynić wiosnę na pustyni. Tam, gdzie wraca sens, gdzie człowiek na nowo odnajduje siebie, gdzie na nowo nawiązuje relacje, które uśmiercił brakiem troski.

Radość dojrzewa w cierpliwości. Nie rodzi się natychmiast, potrzebuje czasu. Ale cierpliwość nie jest biernością, lecz wiarą, że życie ma jakiś konkretny kierunek, że prowadzi mnie ku czemuś. Człowiek radosny czeka, a gdy oczekiwanie się przedłuża nie traci sensu. To co niszczy radość to ludzkie narzekanie. Ono nie otwiera, by widzieć to co trzeba zmienić. Narzekanie po prostu zamyka człowieka w nim samym. Zabiera moc narzekającemu, ale też zaraża innych. Szczególnie niebezpieczne jest narzekanie opakowane w kontekst religijny. Wtedy do tego próbujemy dopisać Boga. I ten, który ma dawać nadzieję, zostaje sprowadzony do tego, który nadzieję zabiera – sobie i innym, i to pod przykrywką religijności.

Radość rodzi się z rozpoznania. Ona nie wyklucza pytań, ponieważ człowiek ma prawo nie rozumieć. Jezus zaś nie odpowiada teorią, ale konkretnymi znakami, znakami życia. Radość zaczyna się tam, gdzie ktoś zaczyna chodzić, widzieć, żyć. To może przybierać bardzo różne formy, ale czy naprawdę nie idę dalej, nie widzę więcej, nie chce mi się bardziej żyć? Bóg przychodzi inaczej i dlatego ważne jest uchwycenie tego, co w Jego przyjściu jest najważniejsze. Może przyjść w wieczór bez wigilii, nawet bez opłatka. Może przyjść nawet wtedy, gdy zasiądziesz samotnie do stołu. Ale jeśli uwierzysz w Jego przyjście, wtedy już nie będziesz sam.

Radość Wielkiego Postu

Wielki Post kojarzy się raczej z umartwieniami (naszymi), postami (naszymi), nawróceniem (naszym), modlitwą (naszą) i jeszcze kilkoma „naszymi” obowiązkami, które dołożone do i tak niełatwego życia wcale z radością się nie kojarzą. Tymczasem odkrycie istoty Wielkiego Postu zachęca do zupełnie innego spojrzenia na ten okres – w wierze nie widzimy tych wszystkich „naszych” poświęceń, ale prawdziwą radość.

Kiedy zastanawiamy się nad pontyfikatem papieża Franciszka można odnieść wrażenie, że jest to papież radości. Przywołajmy tytuły najważniejszych dokumentów: Evangelii gaudium – radość Ewangelii, Veritatis gaudium – radość prawdy czy Amoris laetitia – radość miłości. Wszystkie te dokumenty są przepełnione radością. Oczywiście radość nie pochodzi z lekkości tekstu czy banalności problemów; problemy bowiem, których dotykają te dokumenty są naprawdę ciężkiego kalibru. Ale w każdym z nich przebija jedno – radość ze spotkania Jezusa Chrystusa jako Tego, który jest centrum ewangelizacji, jako Tego, który w naukowym poszukiwaniu prawdy prowadzi do prawdy osobowej i wreszcie jako Tego, który miłości małżeńskiej, tak często rozdzieranej zdradą i niewiernością, daje radość odnalezienia prawdziwego sensu, Boga, który jest źródłem i celem każdej miłości.

Można jednak zastanowić się, czy ta radość papieża Franciszka to sens nauczania Kościoła czy cecha charakteru osoby? Może więc warto przywołać cytat innego papieża, który co do pojmowania radości staje jakby na drugim krańcu – radości tonowanej intelektem, racjonalnością, wyzbyciem się emocjonalnego stosunku do wiary. Benedykt XVI napisał w jednej z encyklik takie słowa: „Czy Kościół swymi przykazaniami i zakazami nie czyni gorzkim tego, co w życiu jest najpiękniejsze? Czy nie stawia znaków zakazu właśnie tam, gdzie radość zamierzona dla nas przez Stwórcę ofiarowuje nam szczęście […]”?

Najprościej mówiąc, radość to odkrycie tego co najważniejsze. To odkrycie sprawia, że człowiek zaczyna się radować. A w Wielkim Poście mamy wystarczająco powodów do radości. Po pierwsze to, że łaską jesteśmy zbawieni. Łaską, a nie uczynkami. To ona jest pierwsza i bez niej wszelki uczynek byłby tylko imitacją chrześcijaństwa. Po drugie radość wynika z faktu, że Bóg umiłował świat tak bardzo, że Jego wolą jest zbawić, a nie potępić. Po trzecie kto wierzy już został zbawiony, a kto nie wierzy, już został potępiony. A nie wierzy w Boga ten, kto już osądził człowieka, kto wie lepiej, kogo Bóg zbawi, kto swoje uczynki przedkłada nad łaskę, którą daje Bóg komu zechce.

Z czego więc cieszyć się w Wielkim Poście? Z tego, że łaska jest większa niż uczynki, że Krzyż jest większy od grzechu, że zbawienie jest silniejsze od potępienia i że sąd Boży jest ważniejszy niż sąd ludzki. To jest właśnie odkrycie sensu Wielkiego Postu, sensu, który niesie radość.

Umieć się cieszyć Adwentem

Trzecia Niedziela Adwentu jest niedzielą radości. Zachęca do tego, by umieć się cieszyć. Ile razy o tym myślę, przypomina mi się Immanuel Kant i jego krytyka szczęścia. Istota owej krytyki polegała na tym, że szczęście jest na tyle subiektywne, że nie może być ideą wspólną dla wszystkich. Podobnie jest z radością. Zależy ona od wieku, zdrowia, sytuacji, słowem – jest subiektywna. Co więc może być wspólną radością dla wszystkich? Z pewnością nie potrafimy się cieszyć z tego samego. Wspólne jednak może być to, że mamy zdolność do radości, taką fundamentalną, przyrodzoną.

Pierwszym momentem, który zachęca do refleksji jest adwentowa zmiana. Od 17 grudnia Adwent zaczyna żyć nowym życiem oczekiwania na coś konkretnego. Coś co było przedmiotem pragnień staje się bliskie, wręcz namacalne. Co więcej, nie wypływa z człowieka, ale przychodzi z zewnątrz. Nie jest to więc jakaś zwielokrotniona projekcja małych doświadczanych radości.

Przedmiot adwentowej radości nie jest też pozaświatowy. Niewątpliwie przekracza świat i nasze oczekiwania. Nie oznacza jednak, że jest poza światem. Nie zrodził go świat, ale on wszedł w świat. I to co chyba najważniejsze – przedmiot naszej radości stał się nie tylko konkretem, ale Osobą. Może więc nie tylko sprawić radość, ale być samą radością przez fakt jedności i relacji z Nim.

Słuchałem dzisiaj ciekawej audycji mojego przyjaciela, Profesora, na temat filmu religijnego. Jego wniosek jest zaskakujący – najlepsze filmy religijne nie ukazują Boga, ale opowiadają Go człowiekiem, jego przeżyciami, doświadczeniami. Najgorsze próbują udawać, że wiedzą, jak Go pokazać, jak wygląda. Adwent jest czasem, w którym Bóg przynosi radość. Nie polega ona jednak na tym, że Bóg zostawi nam swoje zdjęcie czy nagrany film, ale pozostawi nam mnóstwo osób wokół nas i w każdej z nich będzie wyrażał fragment siebie. My zaś mamy całe życie, by z tych spotkanych bosko-ludzkich fragmentów próbować poskładać możliwie najwierniejszy Jego portret. Budujemy ten portret po to, by kiedyś umieć Go rozpoznać.