Ułatwienia dostępu

Ogień, który zapłonął

Symboliczna sceneria. Tak rozpoczynają się wielkie wydarzenia sportowe, których symbolem jest ogień, który zapłonął. Od tego momentu rozpoczynają się zmagania z sobą, rywalizacja z drugimi, przychodzi chwila prawdy o kondycji człowieka, wykorzystanym czasie przygotowań, drzemiącym potencjale. Wielokrotnie też trzeba wszystko postawić na jedną kartę. Dla nas też ogień zapłonął. Rozpoczęły się duchowe zmagania, czasem boleśnie wychodzi na jaw stan naszych przygotowań i aktualna kondycja. Ale ogień zapłonął, rozpoczęło się odliczanie do zwycięstwa, bądź do przegranej.

Można pozostać kibicem. Ta postawa jest o wiele wygodniejsza. Śledzimy na bieżąco poczynania tych, którzy się zmagają, budujemy ołtarze tym, którzy zmagali się kiedyś. A my stoimy i przyglądamy się z daleka, typując przyszłych mistrzów. Tylko co robimy my sami? Potrafimy oceniać, osądzać, nawet podpowiadać innym jak wygrać tę walkę, jak być świętym. Tylko co robimy my sami? Chrześcijańscy kibice…

Czy rozłam jest warunkiem niezbędnym wiary? Znamy retoryczne pytanie Jezusa: Czy sądzicie, że przyszedłem przynieść pokój? I pada oczywista, choć trudna odpowiedź – nie pokój, lecz rozłam. Ten rozłam trzeba jednak dobrze rozumieć. Nie chodzi o to, by wszczynać burdy, by prowokować do dzielenia się na dobrych i złych. Rozłam musi dokonać się we wnętrzu człowieka, coś musi obumrzeć, by coś mogło się zrodzić. Pokój jest owocem rozłamu i on jest celem. Rozłam jest tylko warunkiem koniecznym, jeśli nie prowadzi do pokoju, nie służy niczemu. Warto o tym pamiętać, kiedy w imię wiary prowokuje się kolejne rozłamy. A pokoju ciągle nie ma.

Potrzebujemy pokoju… serca

Potrzebujemy pokoju. W zapowiedziach mesjańskich Starego Testamentu pragnienie i jednocześnie obietnica pokoju były elementem konstytutywnym życia człowieka wierzącego. Na poziomie pragnienia jest to czas najwspanialszy. Czekanie z nadzieją. I nawet jeśli trzeba jeszcze znosić jakieś udręki, to i tak świadomość obietnicy pozwala przetrwać i w nadziei spełnienia czekać. To jak czekanie na urlop jako czas, w którym wreszcie odpoczniemy, nadrobimy zaległości, zajmiemy się tym, na co dotychczas czasu nie było. Czas wspaniały, aż do momenty, gdy urlop przyjdzie. Potem będzie znowu niespełnienie, zderzenie z rzeczywistością i żal, że nie zrobiło się wszystkiego. W wierze jesteśmy już na etapie, gdzie nie czekamy na Mesjasza, ponieważ już przyszedł. A pokoju ciągle nie mamy, zwłaszcza pokoju serca.

Nie ma pokoju bez sprawiedliwości. Wracam często myślą do proroczych słów Jana Pawła II: Nie ma pokoju bez sprawiedliwości, nie ma sprawiedliwości bez przebaczenia. Nie ma pokoju bez sprawiedliwości, ponieważ sprawiedliwość to nazwanie pewnych rzeczy po imieniu. Nie można oczekiwać pokoju, czyniąc niesprawiedliwość i jednocześnie wierząc, że ktoś się to tego przyzwyczai, wcześniej czy później zaakceptuje niesprawiedliwość i wtedy będzie pokój. Nie zbuduje się pokoju bez nazwania krzywd.

Nie ma sprawiedliwości bez przebaczenia. Sprawiedliwość nie jest jednak czymś prostym czy symetrycznym. Nie da się ustalić po jednej stronie spisu krzywd, a po drugiej sposobów ich naprawienia. Nie osiągnie się tego, ponieważ w wymiarze międzypokoleniowym, kto inny zawinił, kto inny ucierpiał i jeszcze kto inny domaga się sprawiedliwości. Wtedy człowiek zaczyna rozumieć, że ostatnim słowem sprawiedliwości jest przebaczenie. Jest ono zatrzymaniem części zła na sobie, czyli ewangelicznym wzięciem krzyża. Ale dopiero wtedy jest szansa na pokój. W najbliższych dniach będziemy obchodzić kolejną rocznicę Rzezi Wołyńskiej. Jest to przykład niesprawiedliwości między narodami. Rodzi to dwa pytania. Pierwsze: Czy można osiągnąć pokój nie nazywając krzywd? I drugie: Czy kiedy nazwie się krzywdy, osiągnie się pokój bez przebaczenia?

Tak właśnie buduje się pokój serca. Trzeba tylko zastąpić symetrię krzywda– odpłata, asymetrią miłosierdzia i przebaczenia.

Dopóki walczymy o pokój, pokój nie nastanie

Pokój nie nastanie. Nie stanie się tak dlatego, że zbyt dużo w nas niepokoju o pokój. Ten niepokój doprowadza wręcz do powrotu do starego hasła „walki o pokój”. Co było charakterystyczne dla tej walki? Potrzebowała ona wroga, walki klas, inteligencji z robotnikiem, chłopa z kułakiem, aparatczyka z rewizjonistą. Warto więc postawić pytanie, czy chcę budować pokój, czy walczyć o pokój. A jeżeli walczyć, to z kim? Kto jest moim wrogiem, kogo tak nazywam i dlaczego?

Potrzeba wiary i pokoju. Ale jak budować wiarę? Apokalipsa mówiąc o Mieście Świętym, ukazuje w nim brak świątyni, a w środku miasta jest Bóg. Czy więc wystarczy postawić w środku miasta dzwony, by budziły niewierzących? A może trzeba obudzić wiarę niewierzących, by nie przeszkadzały im dzwony? Żydzi mieli pomysł na pogan, my mamy pomysł na niewierzących, ale czy mamy pomysł na siebie?

Budować wiarę na fundamencie. Co jednak jest fundamentem wiary? Czy najlepszym fundamentem jest fundamentalizm? Fundamentalizm zakłada, że tylko jedna strona ma rację. Oczywiście trzeba od razu dopowiedzieć, że fundamentalizm nie jest przywilejem religii. Ateizm też ma swoich fundamentalistów. W czym więc wyraża się fundament wiary? Może w kompromisie, czyli z rezygnacji ze swojej wizji na rzecz wizji Ducha Świętego.

Zanim nastąpi jedność w wierze… Musi nastąpić jedność w miłości. Zanim wspólnie wyznamy wiarę w jednego Boga, najpierw musimy poko…, no właśnie, pokochać nieprzyjaciela, nie pokonać. Musimy dać się odkupić. „Demptio” oznacza ciężar nie do uniesienia. Czasem takim ciężarem jest nieprzyjaciel. Chce się go pokonać, odrzucić. Tymczasem chrześcijaństwo proponuje „redemptio”, odkupienie – czyli danie takiej siły wierzącemu, by nieprzyjaciel nie ciążył, by nie chciało się go pokonać, ale pokochać.

Wyglądać na odkupionych. Jeden z filozofów powiedział kiedyś: „żebym uwierzył w waszego Boga, musielibyście wyglądać na bardziej odkupionych”. Można tylko dopowiedzieć – bardziej zdolnych do pokochania wroga, niż pokonania go.