Ułatwienia dostępu

Pobożność jako sposób na niesłuchanie Boga

Pobożność jako niesłuchanie Boga. „Sposób postępowania Pana nie jest słuszny” (Ez 18,25) – to motto dzisiejszego pierwszego czytania (XXVI Niedziela Zwykła, Rok A). Człowiek nie słucha w dwóch sytuacjach: kiedy grzeszy i kiedy trwa w fałszywej pobożności. Można postawić pytanie: jaka jest różnica między tymi postawami? Kiedy człowiek grzeszy – nawet jeśli jeszcze nie słucha – to niesie grzech jako niepokój. Można oszukać każdego, najtrudniej oszukać własne sumienie. Co więcej, nie jest prawdą, że niektórzy go nie mają. Sumienie wcześniej czy później odezwie się w każdym. I dlatego grzech nie jest największym problemem, bo człowiek go czuje jako coś, co ostatecznie uwiera. Zupełnie inaczej jest z fałszywą pobożnością. Im bardziej fałszywa, tym większy błogostan daje człowiekowi. Zaś największym jej dramatem jest to, że fałszywa pobożność nie potrzebuje nawrócenia, nawet nie dopuszcza takiej myśli.

Ogołocił samego siebie. To cytat z Pisma Świętego o Jezusie, który przez fakt wcielenia ogołocił samego siebie – bóstwo zeszło do najniższych głębin nieprawości człowieka. Nikt z nas nie lubi jednak być ogołocony. Wolimy ogołacać innych. Nie jesteśmy gotowi mówić prawdy o sobie, ale z lubością odsłaniamy prawdę o innych. Cham biblijny odsłonił nagość ojca, dodajmy – pijanego ojca, ale jednak ojca. I od tego momentu odsłanianie nagości drugiego człowieka nazywamy chamstwem. Można pobożność zbudować na „chamstwie”. Można nawet ewangelizować fałszywie bazując na „chamstwie”. Czy ci, którzy dzisiaj są poszukiwaczami prawdy, nie budują na odsłanianiu nagości ojca, brata, drugiego człowieka?

Jezus przychodzi ogołocony. To jest najlepszy sposób, żeby przekonał każdego, że jedyna intencja, jaka Mu towarzyszy, to miłość. Nie przychodzi nas odzierać z szat, nawet fałszywej pobożności, przychodzi pokazać, że On pozwolił się ogołocić, byśmy zrozumieli, że nie przychodzi nas ośmieszyć, pozbawić godności, nawet jeżeli sami usilnie próbujemy sobie godność odebrać. I kiedy nie wierzy się w tę miłość, wtedy człowiek boi się, że zostanie ogołocony, a skoro tak, trzeba się w coś ubrać. I zaczynamy ubierać się w pobożność, za każdy grzech kolejna modlitwa, kolejne wyrzeczenie: grzech – modlitwa, grzech – wyrzeczenie. I tak z nieporzuconych grzechów rodzi się dzień wypełniony pobożnością.

Fałszywa pobożność. Bóg wzywa człowieka do pojednania z drugim, a człowiek mówi: „Idę, Panie”, dodając element pobożny. W taki sposób pobożność sprawia, że nie słucha się Boga, a żeby nie słuchać, trzeba mówić. Tak rodzi się też spowiedź z pobożności, rozumiana jednak w szczególny sposób. Zamiast zacząć od grzechów, zaczyna się od przedstawienia grafiku dziennej i tygodniowej pobożności. Czasem wniosek z tego jest taki, że człowiek ma czas tak bardzo zajęty czynnościami pobożnymi, że nie ma już czasu na nic innego, nawet na słuchanie Boga i nawrócenie. A Bóg chce, byśmy nie rozpoczynali od „Idę, Panie” jako wyrazu bezmyślności, ale od sprzeciwu: „Nie pójdę”, by po namyśle jednak usłyszeć i pójść. Jeśli nie zacznie się słuchać Boga, pobożność stanie się zamiennikiem prawdziwej wiary, a największym jej problemem jest to, że w przeciwieństwie do grzechu fałszywa pobożność przestaje niepokoić.

Czasem trzeba nie żartować

Chciałbym napisać wreszcie jakiś pozytywny felieton, ale życie codzienne nas nie rozpieszcza. Pozostaje więc komentowanie rzeczywistości.

Kilka dni temu napisałem o zgniłym kompromisie jednego z ewangelizatorów, dotyczącym kary śmierci. Kiedy to pisałem, czułem się trochę osamotniony, jakbym walczył z wiatrakami. Walka z wiatrakami katolickimi wcale nie jest przyjemniejsza od walki z wiatrakami laickimi. Na szczęście umocniły mnie słowa Benedykta XVI ze środowej audiencji generalnej. Dzisiaj przynajmniej już wiadomo (po niektórych telewizyjnych wypowiedziach), że dla niektórych posłów głos papieża jest jednym z wielu, nawet w kwestiach moralnych. Cieszy mnie to z jednego powodu: wreszcie jest oczywiste, że mamy partie prawicowe, ale nie mamy partii katolickich. I Bogu dzięki! Przynajmniej naszą jedyną „partią” katolicką może pozostać Chrystus (por. Bł. Abp Jerzy Matulewicz).

Zastanawia mnie w tym kontekście jeszcze jeden pomysł – krucjata różańcowa w obronie Ojczyzny. Na szczęście kapelan krucjaty sprzed lat przypomniał nam, że taka już istnieje, tylko jakoś nie ma nadmiaru chętnych do tej starej inicjatywy. Nie mam nic przeciw modlitwie za Ojczyznę, zaczęła mnie tylko zastanawiać potrzebna ilość modlących się – sześć milionów. Dlaczego akurat sześć, a nie cztery czy osiem?

Zacząłem liczyć zwolenników kary śmierci, potem rozważać owe „sześć” milionów krucjaty. Nieodparcie kojarzą się one z jakąś parlamentarną większością. Kiedy odmawiałem dzisiaj „Ojcze nasz”, zatrzymałem się na słowach „Bądź wola…”. No właśnie, muszę sobie na nowo uświadomić o czyją wolę chodzi, żebym modląc się nie poparł przez przypadek jakiegoś nowego politycznego pomysłu.

Nieproporcjonalne reakcje

Dziwna jest nasza scena polityczna, społeczna, religijna…

W poznaniu ważne są zawsze podmiot i przedmiot. Mieliśmy zwolenników i przeciwników pochówku śp. Pary Prezydenckiej na Wawelu, obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu, oskarżycieli i obrońców Nergala, zwolenników i przeciwników krzyża w sejmie, i ostatnio pomysłodawcę powrotu do kary śmierci. Były też różne reakcje: krzyż na Krakowskim Przedmieściu pozostawiony decyzjom ulicy (szokujący brak stanowiska czynników odpowiedzialnych przez bardzo długi czas), nieproporcjonalna do osoby reakcja na zachowanie Nergala (z błazna uczyniono pseudo-bohatera), krzyż sejmowy urósł do rangi drugiego miejsca „odkupienia” w Warszawie.

Nie komentuję i nie oceniam postaw poszczególnych osób. Piszę o tym wszystkim dlatego, że w ostatnich dniach zbulwersował mnie brak reakcji na propozycję powrotu do dyskusji o karze śmierci. Zabrakło tych, którzy zwykle bronili życia w każdej postaci. Nie będę powracał do argumentów, o których już kiedyś pisałem http://www.jaroslawsobkowiak.pl/kara-smierci/ (wpis z 24 lipca 2004).

Interesuje mnie tylko jedno – co powoduje rozdzieranie szat mające symbolizować zgorszenie: podmiot czy przedmiot dyskusji? Kara śmierci jest niewątpliwie ważniejsza niż problem Nergala czy nawet krzyża w Sejmie, a mamy ciągle przerażającą i dającą do myślenia ciszę w tej kwestii. A może warto przypomnieć, że również obelżywe nazwanie śp. Prezydentowej Marii Kaczyńskiej… (użyty epitet wszyscy pamiętamy i ze względu na szacunek dla zmarłej go nie przytoczę) nie zostało kiedyś zauważone i napiętnowane! Powiem inaczej: zauważone zostało, tylko ze względu na wypowiadający je podmiot zabrakło odwagi, by to skomentować.

Nie zbudujemy normalnego życia społecznego z rzeczową debatą, jeśli zaczniemy dzielić ludzi na równych i równiejszych, jeśli będziemy karać tych, których można a patrzeć przez palce na „nietykalnych”. Jeśli nasze etyczne oceny uzależnimy od sytuacji. Trudno wtedy obstawać przy tezie, że chodzi o słuszną sprawę. Bo człowiek jednak widzi. A kiedy widzi – myśli, czasem mówi to głośno, a zdarza się, że nawet o tym napisze i – o zgrozo! – ma odwagę podpisać.

Przypomina mi się stara zasada z czasów komuny: Jeśli myślisz – nie mów. Jeśli mówisz – nie pisz. Jeśli piszesz – nie podpisuj. Jeśli podpisujesz – to się nie dziw!

Staram się jednak myśleć, mówić, pisać i podpisywać. I chociaż komuna dawno minęła – ciągle się dziwię!