Ułatwienia dostępu

Objawienie Pańskie objawieniem pragnień

Objawienie Pańskie zakłada naturalne pragnienia. Można powiedzieć więcej – pragnienia naturalne są warunkiem pragnienia Boga. Nie wymyślenia, ale prawdziwego pragnienia. Jeśli nie pragnę w ogóle, nie mogę też pragnąć Boga. Jeszcze inaczej można powiedzieć, że zanim stanę się kimś, kto wierzy, najpierw jestem kimś, kto pragnie. Pragnienie rodzi się z braku i nie pozwala się „domknąć” byle jak i byle czym. Ale te ludzkie pragnienia nie są defektem natury, lecz warunkiem doświadczenia niezaspokojenia. Bez pragnień ludzkich Objawienie Boże byłoby dyktatem. Bóg nie mówi „masz Mnie pragnąć”, ale kiedy doświadczasz pragnienia „dopuść myśl o Mnie”.

Łaska warunkiem przekroczenia naturalnych pragnień. Objawienie Boże nie jest efektem ludzkiego wysiłku – ani rozumu, ani woli. Bóg przychodzi z łaską, która ma chronić człowieka przed wiarą w zaspokojenie. Łaska jest jak gwiazda z dzisiejszej uroczystości – nie jest ani celem, ani nagrodą – jest kierunkiem nadającym sens naszym pragnieniom. W ten sposób rozum i wiara, natura i łaska nie konkurują z sobą. Pierwsze prowadzą do poznania granic, drugie uczą je przekraczać.

Rozpoznanie owocem pragnienia. Objawienie i jego skutki w życiu można poznać po kryzysie. Ono rodzi kryzys, gdyż albo człowiek musi pozwolić się przemienić, albo jeszcze bardziej nauczyć się chronić dotychczasowego. Herod i uczeni w Piśmie są typowymi przykładami anty-łaski. Oni mają wszystko – wiara ma to tylko usprawiedliwić. Natomiast Mędrcy są w stanie wejść na drogę (bez pewności, bez zabezpieczeń, bez obiecanego celu). Ale mają odwagę nie zabijać własnych pragnień.

Mechanizm iluzji religijnej. Najpierw wszyscy mamy naturalne i szczere pragnienia dać Bogu wszystko. Potem przychodzi opamiętanie w wierze i zaczynamy redukować pierwotne „wszystko” do czegoś bardziej pod kontrolą. Owo „wszystko” może być nową wspólnotą, nowym nabożeństwem, nowym wysiłkiem religijnym – wcześniej tego nie robiłem, więc jest lepiej. Potem niezaspokojenie wraca, pojawia się też świadomość, że dotychczasowe wysiłki religijne dały tylko chwilowe zaspokojenie. Pragnienie wzmaga się jeszcze bardziej, jeszcze mocniej intensyfikuje i wtedy dochodzi się do wniosku, że skoro religia nie zaspokoiła, to może coś, co jest jej przeciwieństwem. To jest właśnie nieszczęście wierzących do połowy drogi. Stają się większymi wrogami wiary niż ci, którzy nigdy na tę drogę nie weszli.

Symbolika daru. Mędrcy złożyli trzy dary, a właściwie lepiej powiedzieć, że złożyli ofiarę: złoto, kadzidło i mirrę. Złoto jako rezygnację z ułudy zaspokojenia „po staremu”. Kadzidło jako uświadomienie sobie granicy własnych pragnień, kadzidło wznosi się ku górze, ku czemuś, co nie jest ograniczone. Mirrę jako odpowiednik sensu, ja go nie stworzę, ale mogę przyjąć.

Apologia pragnienia. Nie bójmy się pragnąć, nie bójmy się błędów, nie bójmy się ryzyka. Bez nich nie ma prawdziwej wiary i prawdziwych pragnień, gdyż „nie pragnąć” oznacza skazać się na „nigdy nie spotkać Boga”.

Objawienie Pańskie, czyli o bezbożnie pobożnych ciąg dalszy

Kilka miesięcy temu napisałem o bezbożnej pobożności. I właśnie w kontekście dzisiejszego święta chciałbym napisać o bezbożnie pobożnych ciąg dalszy. Święto Objawienia Pańskiego przyzwyczaiło nas do myślenia o nim jako wyjściu do pogan, czyli do innych. Rzadko kiedy uświadamiamy sobie, że „oświecenie pogan”, to również odkrycie pokładów pogaństwa w życiu ludzi wierzących.

Bezbożnie pobożny, czyli ten, kto nie pamięta. Pismo Święte mówi o przychodzących szukać mesjasza jako „Twoich synach przychodzących z daleka”. Dwa istotne słowa: syn, a więc nie obcy i przychodzący z daleka, a więc jednak odszedł. Potwierdzeniem są miejsca, z których przychodzą. Madianici są bowiem potomkami synów Abrahama, królestwo Saby, to potomkowie tych, którzy słyszeli od swojej królowej o mądrości Salomona, Tarszisz, to miejsce, do którego uciekał Jonasz przed Bogiem. Wszyscy oni znali więc Boga, ale kiedyś odeszli. A czy my dzisiaj nie przychodzimy z daleka? Z dawnego doświadczenia katechezy, bycia we wspólnocie… A dzisiaj udajemy przychodzących z daleka.

Bezbożnie pobożny – żyjący tradycją i religijnym komfortem. Jedni odeszli, drudzy zostali. I ci, którzy kiedyś odeszli zachowali jednak w sobie pewne pragnienie i kiedy przychodzi stosowna chwila – wyruszają w drogę. Uczeni w Piśmie nie odeszli, są wierni tradycji, ale jednak nie ruszają się z Jerozolimy, nowe ich nie interesuje. Ile jest grup, które zajmują się studiowaniem Pisma Świętego, ile jest szkół modlitwy? I ile z nich wyrusza poza tradycję i religijny komfort pytać, czego Bóg naprawdę oczekuje?

Bezbożnie pobożny – głupi, który się cieszy, że ma władzę. Najbardziej karykaturalnie brzmi to jednak w Kościele. Mieć władzę, sprawować władzę. A może trzeba by bardziej położyć akcent na przeżywać władzę? Władza w sensie religijnym pochodzi od towarzyszenia we wzrastaniu. Największą władzę ma więc ojciec nad niemowlęciem, zwłaszcza tym, które narobiło w pieluchy. Największą władzę ma ten, który jest pasterzem w Kościele, bo może szukać owcy zagubionej…

Bezbożnie pobożny zna wszystkie odpowiedzi. Natomiast dzisiaj mądrych symbolizują mędrcy. Mądrzy, bo nie wiedzą. Mądrzy, bo pokorni. Mądrzy, bo nie serwują gotowych odpowiedzi, ale pytają. Jaka jest moja wiara – pełna frazesów o tym, co Bóg robi w moim życiu, czy wiara pełna pytań, czasem nawet wątpliwości, bo pokorna.

Bezbożnie pobożny nie umie poświęcać czasu. Poświęcać nie oznacza bowiem sztucznego wydłużania modlitw czy mnożenia ich liczby. Poświęcać czas oznacza nadać mu sens. Dzisiaj poświęcamy kredę, aby to nasze pisanie nie było ćwiczeniem z kaligrafii, ale nadaniem sensu świadectwu. Poświęcimy kadzidło, nie po to, by się licytować w długości modlitw, ale by odkryć jej sens. Poświęcimy nasze domy, aby można w nich nie tylko jeść i spać, ale żyć z sensem.