Ułatwienia dostępu

Ziemia obiecana niejedno ma wyobrażenie

Ziemia obiecana. Dla chrześcijanina taką ziemią jest oczywiście niebo. Trzeba przyznać, że nawet w opisie dziwnie to brzmi. Ziemia czyli niebo. W praktyce życia również nie zawsze jest to oczywiste. Niebo można rozumieć w podwójnym znaczeniu: to, do którego idzie się z ziemi (wieczność) oraz niebo jako symbol poświęconej ziemi. W tym znaczeniu ciekawie ujawnia się związek pomiędzy tradycją i poświęceniem. Im więcej tradycji, tym więcej rytów. Tradycyjnie święcimy wszystko: domy, pola, pojazdy. Skoro poświęcamy, to możemy się o nie troszczyć, nazywając to naszym poświęconym niebem na ziemi.

Wyjdź i porzuć! Pierwsze czytanie z Księgi Rodzaju przewidziane na II Niedzielę Wielkiego Postu rozpoczyna się od Abrama w Charanie. Ale gdyby z uwagą czytać cały kontekst, wtedy łatwo zauważyć, że historia rozpoczyna się o wiele wcześniej. Ojciec Abrama Terach wychodzi z Ur Chaldejskiego i to najprawdopodobniej nie z powodu Bożego wezwania. Jednym z motywów mogła być trudna sytuacja ekonomiczna. Również nie można przeceniać religijności Teracha. To o tych, za rzeką, mówi Księga Jozuego jako „służących obcym bogom” (Joz 24,2). Terach dochodzi do Charanu, swojej ziemi obiecanej, w której osiadł, w której Abram złoży jego szczątki i w której sam Abram czyje się dobrze, ma już siedemdziesiąt pięć lat. To właśnie w tym momencie przychodzi Bóg i daje mu wezwanie: wyjdź z ziemi ojca i idź do kraju, który ci wskażę. Wyjdź, czyli porzuć dotychczasowe i idź do końca nie wiedząc gdzie. Jest tylko jedno pewne w tej obietnicy – Bóg będzie z Abrahamem.

Przemienienie. W tradycji Wschodu na inny element kładzie się akcent. W Kościele zachodnim przemienienie symbolizuje potwierdzenie bóstwa Chrystusa. Wschód patrzył na to inaczej. Bóg się nie przemienia, ani nie przebóstwia, skoro jest Bogiem. Przemienia się człowiek patrzący na Jezusa, zaczyna rozumieć to, czego do tej pory nie dostrzegał. Na tym w istocie polega sens wiary. Wierzący nie są grupą rekonstrukcyjną, która ma za zadanie odegrać cyklicznie powracające epizody z Jezusem zwane świętami kościelnymi. Wierzący są wspólnotą, która ma łaskę nowego widzenia Boga. Ono każe jednak wrócić z góry do codzienności, gdyż jego weryfikacja zaczyna się od spojrzenia nowego na człowieka. Jeśli po przemienieniu w człowieku nie ujrzy się brata, którego się widzi, tym bardziej nie dostrzeże się Boga w majestacie, którego się nie widzi.

Powróćmy do Abrahama. Bóg nie mówi mu, gdzie ma iść, daje mu obietnicę bycia „Bogiem z nim”, Emmanuelem. W poprzednią niedzielę Słowo Boże zachęciło nas do refleksji nad pokusą jako odwróceniem logiki pracy, wielkości i wolności. Dzisiaj „ziemia obiecana” Abrahama, która czasem w życiu znajduje odwrócenie logiki obietnicy. W tradycji i kulturze polskiej możemy bardzo obrazowo zestawić ziemię obiecaną Abrahama z „Ziemią obiecaną” w reżyserii Andrzeja Wajdy. To w niej zostaje odwrócona logika obietnicy i przemieniona w upodlenie, bezduszny interes i walkę. Można więc postawić pytanie: Czym i gdzie jest „moja ziemia obiecana” do czego mnie zachęca, od czego mnie odciąga? To jest druga odsłona Wielkiego Postu.

Bóg przychodzi w nocy

Czy Bóg naprawdę przychodzi w nocy? Kiedy czekamy na czyjeś przyjście, wtedy staramy się być czujni, gotowi. Pismo Święte przestrzega, by Pan nie zastał nas śpiących, gdy nadejdzie. Tymczasem zarówno wielu mistyków, jak i my w przeżywaniu naszej wiary doświadczamy nocy, w której jedyne co przychodzi, to doskwierająca pustka. Chciałoby się wręcz wykrzyczeń: Nie ma Boga! Nie ma Boga w tej trudnej i bolesnej nocy! A może tak właśnie On przychodzi, kiedy nie czuwamy nad tym, co powiedzieć, jak się bronić. Przychodzi, kiedy jesteśmy bezradni jak dzieci. Wtedy może zdziałać w naszym życiu najwięcej.

Jednak ktoś musi czuwać. I znowu Pismo Święte przypomina, by nasze biodra były przepasane. To był bardzo czytelny znak postawy sługi. Przepasane biodra oznaczały gotowość, a zdjęcie pasa z bioder mogło nastąpić dopiero wtedy, gdy pan pozwalał słudze odejść. Skoro więc możemy spać, ktoś czuwa i służy. Przypomina to scenę z Wieczernika, gdy Jezus przepasuje biodra, by służyć uczniom, myć im nogi. To właśnie Jezus Chrystus staje się sługą, kiedy my nie umiemy czuwać, kiedy nasze oczy i serca są znużone. Jest ktoś, kto o nas pamięta. Ktoś, kto za nas czuwa. Ktoś, kto staje się naszym sługą, gdy czujność zawodzi.

Wyobraźnia wiary. Czasem chcemy obietnic, które możemy pojąć. Abraham otrzymał obietnicę ziemi i potomstwa, i jakże był rozczarowany, gdy starość wyprzedziła spełnienie obietnicy. A przecież nie o tę ziemię chodzi. Nie ona jest kresem naszych pragnień. Uczymy się na niej i przez nią drogi wiary. Ale ta droga prowadzi dalej. Trzeba mieć tylko wyobraźnię, która porusza zupełnie inne pragnienia.

Nadzieja i obietnica

Nadzieja i obietnica to nie tylko problem ludzi młodych. Przyzwyczailiśmy się do upatrywania kryzysu Kościoła wyłącznie w odniesieniu do nich. Młodzież nie wierzy, nie chodzi do kościoła, nie szuka Boga. Oczywiście zauważa się wzrost zagubienia, depresję, brak sensu życia. Ale to jest problem w skali Kościoła jako całości. Jest jednak inny problem, który dotyka osób starszych, które głównie są uczestnikami nabożeństw. Coraz częściej można usłyszeć: Po co ja jeszcze żyję? I nie chodzi wyłącznie o choroby, które czasem skutecznie zabierają radość. Chodzi o brak sensu życia. Dzisiejsze pierwsze czytanie ukazuje Abrahama, który miał prawo zwątpić w sens. Podeszły wiek, brak potomka z prawowitego małżeństwa, zachwianie wiary w obietnicę. I nagle scena, którą znamy jako gościnę u Abrahama. Trzech mężów przychodzi oznajmić, że Bóg pozostaje wierny i obietnica się spełni, niezależnie od kontekstu, który temu przeczy.

Czasem odkrywa się obietnicę dopiero po osiemdziesiątce. Skąd bierze się odczucie braku sensu u kresu życia. Bierze się stąd, że człowiek zapomniał już o obietnicy młodości, poświęcił się pracy, dzieciom, wnukom. Słowem, zainwestował w karmienie osiołka, czyli troskę o dobra materialne, codzienne, wychowanie dzieci, załatwianie bieżących spraw. I nagle odkrywa, że przez całe życie karmił tylko osiołka i stawia pytanie, czy to ma jeszcze sens? A może warto przyjąć na nowo Boga obietnicy i uwierzyć, że człowiek, każdy człowiek, usłyszał od Boga te same słowa, które wypowiedział Bóg do pierwszych ludzi: Bądź! Skoro zaś masz być, to w jakimś celu, trzeba tylko ten cel odkryć, czasem dopiero wtedy, gdy człowiek odegrał już wszystkie role w swoim życiu.

Modlitwa i praca. Maria i Marta oraz tzw. najlepsza cząstka. W miesiącach letnich warto odwoływać się do przykładów stosownych do pory roku i sytuacji. Wakacje zaś sprzyjają do przykładów związanych z formami spędzania czasu typowymi dla tego okresu. Odwołajmy się więc do łódek i kajaków. Wsiądź do łodzi, weź wiosła, jedno nazwij modlitwa, drugie praca. I obierz sobie jakiś punkt na drugim brzegu jako cel. Najpierw wiosłuj wiosłem modlitwy. Prawdopodobnie będziesz kręcił się w kółko. Potem spróbuj tylko drugim wiosłem pracy – efekt będzie podobny. A potem spróbuj je cierpliwie harmonizować. Dopiero wtedy zaczniesz płynąć w zamierzonym kierunku. Można też odwołać się do kajaków, one jeszcze bardziej wymagają współpracy. I wtedy zaczynamy rozumieć, że problem żywotności Kościoła, to nie problem liczebności grup, ale harmonizacji działań. Jeśli będzie nawet kilkanaście grup w parafii i każdy z uczestników będzie wiosłował nie zważając na innych, zrodzi to tylko zamieszanie albo kręcenie się w kółko.

Modlitwa jako lepsza cząstka. A jeśli już pytamy konsekwentnie, co lepsze – modlitwa czy praca – to zapytajmy o istotę dobrej modlitwy. Na różnych warsztatach przygotowuje się człowieka do jak najlepszego „sprzedania” siebie. Zwraca się uwagę na dwie istotne funkcje autoprezentacji: funkcję informacyjną i funkcję motywacyjną. Tymczasem w modlitwie chodzi o zupełnie coś innego. Nie musimy Boga informować, czego potrzebujemy, ani kim jesteśmy, ponieważ On to wie. Modlitwa nie ma też na celu motywowania Boga do działania. Jej językiem musi być język spotkania – liczy się bycie w kontekście Tego, który Jest. Może więc bardziej potrzeba spotkania i ciszy niż modlitwy jako formy informowania i motywowania Boga do działania. Wtedy ta lepsza cząstka nie konkuruje z pracą, ukazuje tylko, że trzeba dystansu do tego co się robi, a to daje bez wątpienia nieprzegadana modlitwa.