Ułatwienia dostępu

Lex sequitur vitam

Prawo nie jest najważniejsze. Stara rzymska zasada lex sequitur vitam ukazywała konieczność nieustannej modyfikacji prawa, by odpowiadało na prawdziwe pragnienia i potrzeby człowieka. Można powiedzieć, że związek prawa z życiem polegał na tym, że to życie wytyczało kierunek tworzenia prawa, natomiast prawo dobrze odczytujące życie było pomocne, by w praktyczny sposób to życie porządkować. W Piśmie Świętym jest wezwanie do tego, aby chrześcijanin potrafił usprawiedliwić nadzieję, która jest w nim. Usprawiedliwić, to znaczy wyjaśnić, a nie obwarować prawem. Czasem trzeba mieć większą odwagę, by prawo zmienić niż niewolniczo nim żyć.

Odrzucić lęk. Istotną płaszczyzną wyjaśnienia nadziei jest brak lęku. Człowiek nie może nieustannie odczuwać lęku z faktu, że wierzy. Nie może ukrywać potrzeby pójścia do kościoła, chrztu swojego dziecka czy innych potrzeb wynikających z wiary. Wstyd i lęk pokazują, że wiara nie jest czymś ważnym. To tak, jakby rodzice nie akceptujący wybranki syna zakazali mu opowiadać o niej w ich obecności. Każdy dojrzały mężczyzna potrafiłby właściwie postąpić w takiej sytuacji chyba, że tej osoby nie kocha. Podobnie jest z wiarą. Nie ma w niej miejsca na lęk, jeśli wierzy się prawdziwie.

Potrzeba języka nadziei. Usprawiedliwić nadzieję, to również zrozumieć, że trzeba ją wyrażać właściwym językiem. Jest to język sumienia ukształtowanego przez wiarę chrześcijańską. Co prawda istnieją równolegle inne systemy wartości, inne zasady, inne religie, ale konkretny człowiek ochrzczony w wierze chrześcijańskiej wyrósł właśnie w tych. Z chrześcijańskim systemem wartości jest jak z językiem. To prawda, że są inne języki, że czasem sami posługujemy się nimi, ale jeśli nie mamy jednego, którym możemy wyrazić to co najważniejsze, to praktycznie jesteśmy niemi.

Usprawiedliwić nadzieję. Ostatnim kryterium, na które pragnę zwrócić uwagę to przynależność. Dzisiaj panuje moda na tzw. sympatyków i przyjaciół parafii. Tymczasem definicja parafii wskazuje, że jest to określona wspólnota wiernych utworzona na sposób trwały. Określona przez sakramenty i prawdy wiary, nie przez upodobanie do zieleni, osiołków czy innych elementów otoczenia. W pierwszych parafiach opisanych w Piśmie Świętym spotykano się na Łamanie Chleba – pierwsza nazwa Eucharystii. I drugi człon definicji – wspólnota utworzona na sposób trwały. Oczywiście w wielkich miastach nie musi to być terytorium. Jednak chodzi o „wiernych” parafii. Wiernych w takim sensie, że skoro raz dokonali nieterytorialnego wyboru, to w tym wyborze trzeba trwać. Trwanie zaś oznacza deklarację swojego miejsca, swojej przynależności i zobowiązań. Inaczej nie usprawiedliwi się wiary, idąc za tym, co wygodne czy proste i łatwe. Mitem nie usprawiedliwi się nadziei.

A myśmy się spodziewali…

To już trzeci dzień mija. Można dopowiedzieć – trzeci tydzień, trzeci rok… A myśmy się spodziewali. Szczególne jest rozczarowanie w wierze. Czasem bowiem szukamy w niej tego, co jest spoza wiary. Szukamy w niej Chrystusa, który ma triumfować, a Pismo Święte mówi, że Mesjasz musiał cierpieć. Szukamy człowieka wierzącego bez grzechu, tymczasem On wziął na siebie nasze słabości. Szukamy w wierze Kościoła świętego, tymczasem nie oznacza to, że Kościół składający się z ludzi będzie bez grzechu. Szukamy w wierze czegoś, co nigdy nie było jej przedmiotem, a potem czujemy rozczarowanie. Oczywiście, że potrzebujemy świętych, to są chrześcijańscy nobliści, którzy wdrożyli to, co w wierze najważniejsze w sposób doskonały. Ale przecież w fizyce, chemii, też nie wszyscy są noblistami, ile mamy tam osób przeciętnych, czy wręcz wyrobników odstraszających swoją postawą od zajęcia się tymi dyscyplinami.

Czego powinniśmy się spodziewać? Benedykt XVI zostawił bardzo piękną definicję nadziei chrześcijańskiej: „Nadzieja to oczekiwanie dobra, którego się pragnie”. I tu wraca wcześniejszy wątek – pragnąć nie czegoś spoza wiary, ale tego, co jest jej przedmiotem. Ten przedmiot jest opisany w Piśmie Świętym, które uczy prawdziwego przedmiotu pragnień (Boga), a przy okazji porządkuje nasze ludzkie pragnienia i daje w nich wolność. W ten sposób otwarcie na nowy przedmiot pragnień jest jednocześnie otwarciem na doświadczenie religijne, które różni się od doświadczenia codzienności. Doświadczenie wiary to wolność i moc Słowa, które nie więzi ani Boga, ani człowieka.

Droga do Emaus. Zwyczajny opis ludzi rozczarowanych. Idą i rozmawiają. Próbują zwerbalizować to, co w doświadczeniu ostatnich dni jest trudne. I nagle przyłącza się do nich jakiś nieznajomy. Nie zaczyna jednak od wygłoszenia jakiejś swojej tezy, ale od prostego pytania: Co się stało? O czym rozmawiacie w drodze? Jak często nasze kroczenie z drugim człowiekiem zaczyna się od ewangelizacji, ale pojętej jak jakiś obowiązek – muszę to powiedzieć, muszę to zrobić, jak gdyby nie liczył się w ogóle drugi człowiek. To czym żyje, co stanowi jego problemy codzienne. Warto więc przywołać pierwszą programową encyklikę Jana Pawła II, Redemptor hominis, w której papież mocno przypomina, że pierwszą i podstawową drogą Kościoła jest człowiek (RH 14).

Droga wiary. Na większości dróg, które prowadzą do jakiegoś celu nie jesteśmy najważniejsi. Drogą na wschód nie dojedziemy z Warszawy do Poznania, a autostradą A2 nie dojedziemy do Katowic. Wystarczy wybrać właściwą drogę i dać się prowadzić. Tymczasem w wierze nie ma jednej drogi. Droga poszczególnego człowieka przebiega niezależnie, oryginalnie, w sposób niepowtarzalny. Taka jest właśnie droga wiary. Najbliższe miesiące przypominają o pewnych utartych drogach polskiej pobożności, pierwsza komunia w maju, spora część przez nią przechodzi, tylko, że ta droga nie zawsze prowadzi do celu, czasem nawet po roku człowiek nie umie już trafić do Kościoła. Droga wiary nie zależy od tego skąd dokąd jest wyznaczona, tylko od tego, czy jest na niej Chrystus. Nie ma więc dla wiary drogi ani lepszej, ani gorszej. Droga z Jerozolimy do Emaus też była tylko etapem drogi wiary uczniów. Po ludzku prowadziła w przeciwną stronę, a jednak okazała się czymś niezbędnym w całokształcie procesu wiary. Doceńmy nasze osobiste drogi, nawet jeśli na nich na jakiś czas odchodzimy, wątpimy. Ważne by mieć świadomość, że sens drogi zależy od tego, czy spotkamy na niej Chrystusa.

Bóg przychodzi w nocy

Czy Bóg naprawdę przychodzi w nocy? Kiedy czekamy na czyjeś przyjście, wtedy staramy się być czujni, gotowi. Pismo Święte przestrzega, by Pan nie zastał nas śpiących, gdy nadejdzie. Tymczasem zarówno wielu mistyków, jak i my w przeżywaniu naszej wiary doświadczamy nocy, w której jedyne co przychodzi, to doskwierająca pustka. Chciałoby się wręcz wykrzyczeń: Nie ma Boga! Nie ma Boga w tej trudnej i bolesnej nocy! A może tak właśnie On przychodzi, kiedy nie czuwamy nad tym, co powiedzieć, jak się bronić. Przychodzi, kiedy jesteśmy bezradni jak dzieci. Wtedy może zdziałać w naszym życiu najwięcej.

Jednak ktoś musi czuwać. I znowu Pismo Święte przypomina, by nasze biodra były przepasane. To był bardzo czytelny znak postawy sługi. Przepasane biodra oznaczały gotowość, a zdjęcie pasa z bioder mogło nastąpić dopiero wtedy, gdy pan pozwalał słudze odejść. Skoro więc możemy spać, ktoś czuwa i służy. Przypomina to scenę z Wieczernika, gdy Jezus przepasuje biodra, by służyć uczniom, myć im nogi. To właśnie Jezus Chrystus staje się sługą, kiedy my nie umiemy czuwać, kiedy nasze oczy i serca są znużone. Jest ktoś, kto o nas pamięta. Ktoś, kto za nas czuwa. Ktoś, kto staje się naszym sługą, gdy czujność zawodzi.

Wyobraźnia wiary. Czasem chcemy obietnic, które możemy pojąć. Abraham otrzymał obietnicę ziemi i potomstwa, i jakże był rozczarowany, gdy starość wyprzedziła spełnienie obietnicy. A przecież nie o tę ziemię chodzi. Nie ona jest kresem naszych pragnień. Uczymy się na niej i przez nią drogi wiary. Ale ta droga prowadzi dalej. Trzeba mieć tylko wyobraźnię, która porusza zupełnie inne pragnienia.