Interpretować, interpretować…

Dla większości myślących ludzi nie ulega wątpliwości, że działanie moralne człowieka musi mieć jakieś trwałe podstawy. W przeciwnym razie należałoby zrezygnować z idei Sądu Ostatecznego, gdyż byłby on przejawem najbardziej komicznej z dotychczasowych komisji śledczych. Czy jednak za obiektywizmem Sądu Ostatecznego nie stoi subiektywizm Boga? Oczywiście, że tak. A jako w niebie, tak i na ziemi.

                Max Weber pisząc nieco inaczej o tym samym, ukuł pojęcie „teodycei klasy uprzywilejowanej”. Bo gdyby rzeczywiście ukazać moralność jako schemat: norma – wartość – autorytet”, rodzi się od razu pytanie o to, kto ma autorytet. I odpowiedź rysuje się prosta: ten, kto ma władzę, wpływy, oddziaływanie…

                Trzeba dziękować Opatrzności za obiektywizm natury ludzkiej i wpisanych w nią praw. Naturę trzeba jednak interpretować. A w tej interpretacji tak trudno zapomnieć o sobie. Pozostaje więc interpretować, podlegać interpretacji, wpływać na interpretację, być interpretatorem, być Wielkim Interpretatorem. Wreszcie żyć owocami interpretacji. No właśnie, jeszcze nimi żyć…

Świadomość społeczna i/czy moralna

Myśląc o swoim dzieciństwie człowiek pamięta niewiele. Właściwie po latach uświadamia sobie, że był pod wpływem bliskich (rodziny, znajomych). Ta zależność powróci jeszcze na koniec życia – zależność od zakładu pogrzebowego, a potem od społeczności świętych lub nie-świętych. Pomiędzy tymi okresami pojawia się autonomia jako chęć zrzucania presji otoczenia na rzecz własnych świadomych wyborów.

               Czy jednak świadomość presji i pragnienie autonomii przebiegają podobnie we wszystkich płaszczyznach, szczególnie w płaszczyźnie moralnej? Można zauważyć podobieństwa i różnice. Najpierw przykład różnicy: człowiek jest z natury bytem moralnym, a przecież w dzieciństwie nawet świat bliskich ma niewielki wpływ na kształt życia moralnego dziecka. Wtedy, gdy presja społeczna jest wielka, moralna prawie nie występuje. Wpływ ten zwiększa się wraz ze wzrostem świadomości dziecka. Przykład podobieństwa: zaczyna się ono w momencie buntu naszej autonomii wobec zewnętrznych norm. Może więc trzeba zapytać, czym jest autonomia w moralności i co ma być jej celem?

              Autonomia jest samo-nomią. Jednak jest to samo-nomia odczytywania a nie wymyślania norm. Podobną samo-nomię ma również Kościół. Nie jest on w stanie stworzyć absolutnych norm (one są darem Boga dla człowieka dzięki sumieniu). Kościół może natomiast je odczytać, interpretować i potwierdzić. Sumienie zaś jest samo-nomiczne, by chronić przed samotnością. Odczytuje to, co już jest i czeka na aktualizację. Czy w takim razie moralność jest presją? Nie jest, jeśli towarzyszy pragnieniu spełniania się osoby. Może być natomiast presją wtedy, gdy ktoś uwierzy w zasadę: Myślę, więc jest moralność. Tymczasem ona jest po to, by ktoś miał o czym myśleć.

Małżeństwo czy rodzina?

W ostatnich dniach wiele dyskutuje się na temat przyszłości rodziny. Dyskusji tej towarzyszy powoływanie się na ewolucję nie tylko obyczajowości, ale również świadomości praw człowieka. Ukazuje się możliwość pluralizmu modeli rodziny, w którym dopuszcza się: tradycyjny – matka, ojciec i dziecko, jednopłciowy – kobiety lub mężczyźni oraz dziecko, wreszcie model, który można by nazwać płodnym singlem – kobieta samotnie wychowująca dziecko. Przywołuje się przy tym coraz większą świadomość społeczeństwa w kwestii praw człowieka i budowania nowoczesnych struktur życia społecznego.

 

                Rodzą się jednak dwie wątpliwości. Po pierwsze, o czyje prawa chodzi – osoby dorosłej czy dziecka, i któremu z praw należałoby przyznać priorytet, jeśli te dwa rodzaje praw są w konflikcie? Podstawowy błąd zdaje się polegać na tym, że rozważa się te dwie grupy praw rozłącznie, a przecież w odniesieniu do rodziny rozdzielić ich nie można. Nawet bowiem z punktu widzenia psychologii do pełnego rozwoju dziecka potrzeba zarówno wpływu ojca jak też matki. O czyje więc prawa chodzi w pierwszym rzędzie?

 

                Drugie pytanie dotyczy fundamentu praw. Chodzi w nim o to czy związek mężczyzny i kobiety oraz rodzina zbudowana na takim związku wynikają tylko z prawa stanowionego czy też mają podbudowę w prawie naturalnym? W konsekwencji chodzi więc o to, czy podważa się jeden z modeli historycznych małżeństwa i rodziny, czy też podważa się samą koncepcję natury człowieka? Obok tych pytań nie można przejść obojętnie.