Ułatwienia dostępu

Wielki Post i Pascha z Franciszkiem

Wielki Post i Pascha z Franciszkiem. Rozpoczynając Wielki Tydzień napisałem, że wiele osób boi się tego „mocnego” okresu w liturgii, gdyż dokonują się w nim wielkie rzeczy, nierzadko bardzo rzeczywista Pascha, czyli przejście Boga pomiędzy nami. Mieliśmy wysyp pogrzebów, wiele osób pożegnaliśmy w te dni, kogoś dopadła poważna choroba, przyszła też pora na trudne decyzje. I zwieńczenie tegorocznej Paschy – śmierć i pogrzeb papieża Franciszka. Mocny okres, tak wiele ukazujący, zmuszający do wyciągnięcia niełatwych, aczkolwiek bardzo czytelnych wniosków.

Odwaga miłosierdzia. Wiele lat temu św. Jan Paweł II mówiąc o miłosierdziu Boga powiedział, że potrzeba nam odwagi miłosierdzia. Odwaga polega na tym, że sprawy trudne trzeba ponazywać. Również samo miłosierdzie. Ma ono swój przedmiot, cenę i sposób. Przedmiot miłosierdzia polega na tym, że zanim poprosi się, by Bóg dotknął nas swoim miłosierdziem, trzeba najpierw nazwać obszary chore. Postawmy więc sobie pytanie: Co Bóg w tym roku ma dotknąć miłosierdziem w moim życiu? Miłosierdzie ma cenę – pokazał im ręce i bok. To nie jest zagłaskanie spraw, o których nie chce się mówić, myśleć, pamiętać. Takiej ceny nie płaci się za mrzonki. Ale musimy również pamiętać, że kiedy modlimy się o miłosierdzie dla świata, my również musimy zapłacić cenę. Nie da się ewangelizować, jak gdyby człowiek rozdawał ulotki promocyjne na spotkanie z Bogiem. Skuteczna ewangelizacja ma również cenę w moim życiu. Ile jestem w stanie zapłacić za miłosierdzie dla świata? Ma ono również swój sposób. Dostąpić miłosierdzia, to trwać w nauce Apostołów – w nauce, a nie w biografiach i wycinkach prasowych. Przekaz wiary to nie przekaz plotek o ludziach wiary. Trwanie na modlitwie, ale nie z sobą samym, ale z Bogiem. Modlitwa musi być rozmową, ale moją, skierowaną do Boga.

Miłosierdzie nie jest zamiennikiem sprawiedliwości. Czasem próbuje się je ukazać jako Boga „ślepego zegarmistrza”. Trochę jak załatwiać przegląd samochodu po znajomości. Można tak zdobyć zaświadczenie, ale czy to da poczucie bezpieczeństwa? Czy udawanie, że Bóg jest ze mną i mnie akceptuje jest wiarą w miłosierdzie czy beztroską graniczącą z religijną brawurą?

Franciszek – pomiędzy biografią, gazetami a nauczaniem. Papież Franciszek jako pierwszy pokazał, że papież ma prawo do swoich prywatnych poglądów. Osławione „rozmnażanie jak króliki”, „szczekanie NATO”, to nie było nauczanie Kościoła. To był niewątpliwie Bergoglio z całym swoim temperamentem, impulsywnością i rozumieniem świata płynącym z własnej historii i historii swojego narodu. Trzeba więc oddzielić to za co można Franciszka (nie)lubić od tego, czego nauczał. Zwłaszcza teraz, kiedy w kontekście wczorajszego pogrzebu, będzie się gloryfikować lub pomniejszać jego Osobę i nauczanie.

Encykliki Franciszka. Pierwszą encyklikę „Lumen fidei” poświęcił wierze. Była pisana w oparciu o punkt wyjścia, jaki zostawił papież Benedykt XVI. Ale już w niej znalazł się rys rozumienia Kościoła właściwy Franciszkowi. Gdyby spróbować oddać ją w obrazie, można by powiedzieć, że światło wiary oświeca na tyle, że można stawiać kolejne kroki, ale oświetlając drogę ukazuje prawdę, która naszym krokom daje pewność. Kolejna encyklika „Laudato si”, krytykowana za zbytnie dowartościowanie ekologii idzie jednak dalej, mówi o „ekologii integralnej”, która ma łączyć troskę o środowisko z troską o sprawiedliwość społeczną. W encyklice „Fratelli tutti” Franciszek mówi o powszechnym braterstwie. Jakie to bliskie rozumienia sprawiedliwości przez Benedykta XVI. U niego „bliźni” to każdy kto stając na mojej drodze rodzi powinność moralną we mnie. Właśnie ów każdy Benedykta XVI, to brat i siostra papieża Franciszka. I ostatnia encyklika „Dilexit nos” o Sercu Pana Jezusa. Papież pokazał w niej, że Bóg ma serce, które uczy kochać. W encyklice mówi się o współczuciu, które papież wielokrotnie wyjaśniał mówiąc, że aby współczuć, trzeba najpierw czuć, czuć z drugim człowiekiem. I drugie słowo „czułość”, które nie jest jakimś rozrzewnieniem, ale przeniesieniem akcentu z tego co widzę ja, na to co widzi Bóg. Czułość to umiejętność kochania, przebaczenia i szacunku.

Adhortacje Franciszka. Pierwsza, wydana razem z pierwszą encykliką to „Evangelii gaudium”. Chrześcijanin nie ma innego źródła radości, od radości płynącej z ewangelizacji. Już w niej zapowiada to, co będzie przedmiotem reformy Kurii Rzymskiej – „misyjną transformację struktur”. „Amoris laetitia” chyba najbardziej podzieliła odbiorców. A przecież przypomniała to, czego nauczał św. Jan Paweł II w „Veritatis splendor”, że mamy obiektywną i subiektywną normę moralności. Obiektywna to Prawo Boże, subiektywna to sumienie, czyli miejsce aplikacji tego, co obiektywne w konkretną sytuację. Do tego zaś potrzeba rozeznania. Tylko tyle i aż tyle. Kolejna adhortacja „Gaudete et exultate” była poświęcona zagadnieniu świętości jako powszechnemu powołaniu człowieka. Ale i tym razem znalazła ukonkretnienie w świętości jako zwyczajności czy też „świętych z sąsiedztwa”, ukazując świętość jako coś dla człowieka, każdego człowieka. Rok później powstaje „Christus vivit”, poświęcona młodzieży, na którą nie można patrzeć wyłącznie jako na „przyszłość” Kościoła, ale jako na jego teraźniejszość i rzeczywistość. I ostatnia bulla otwierająca Rok Jubileuszowy „Spes non confundit” mówi o nadziej jako jedynej sile zdolnej przemienić świat. Nadziei silnej, gdyż to Bóg jest naszą nadzieją. Jednocześnie pyta nas o nasze „bożki” nadziei. I od pielgrzymowania po miejscach ułudy świata, skierowuje na pielgrzymowanie do „stacji”, gdzie człowiek może się zatrzymać i zapytać – dokąd dalej?

Co nam pozostaje? Po śmierci Franciszka po raz 266. pozostaje nam „trwać w nauce apostołów”, w nauce, a nie w plotkach i uprzedzeniach. Nowy papież utwierdzi – zgodnie z Pismem – naszą wiarę, oświeci na kolejny kawałek naszych poszukiwań i odsłoni nowy wymiar prawdy, która da nową pewność naszym krokom.

Niedziela Miłosierdzia Bożego

(felieton religijny)

Myśląc o Kościele w Niedzielę Miłosierdzia Bożego, wiele osób wraca do pierwszej gminy chrześcijańskiej jako do szczególnego punktu odniesienia. To co uderza w tym obrazie, to przede wszystkim siła początku. Można wskazać na trzy zasadnicze elementy tego fenomenu.

Po pierwsze, trwali w nauce apostołów. Mówiąc bardziej teologicznie, głosili kerygmat. Mówiąc zaś językiem bardziej komunikatywnym – powtarzali, że Jezus Chrystus, Syn Boży jest Mesjaszem, który cierpiał, umarł i zmartwychwstał dla nas i dla naszego zbawienia. Nie były to homilie, które dzisiaj tak często odbiegają od zasadniczej prawdy i siły kerygmatu. Są trochę o wszystkim – o sytuacji społecznej, politycznej. Przy okazji homilii przerobionych na tzw. kazania okolicznościowe, próbuje się załatwić wiele innych spraw. W ten sposób nie ma miejsca na kerygmat, nie ma też siły jaka płynie z jego przepowiadania. Homilia czy kazanie staje się wręcz przemówieniem czy wystąpieniem. Głoszenie zaś kerygmatu jest głoszeniem wydarzenia zbawczego, które ma swoją moc.

Po drugie, trwali we wspólnocie. Nie była ona rozumiana jako zejście się grupy ludzi, których suma indywidualistycznych interesów tworzy wspólnotę. Można postawić pytanie w odniesieniu do dzisiejszych wspólnot: Co je łączy, co mają ze sobą wspólnego? Jaka jest wspólnota z braćmi, jaka ze świętymi w ramach wspólnoty wykraczającej poza to, co widzialne? Może warto o to spytać, szczególnie w kontekście kanonizacji św. Jana Pawła II. Odbyła się ona dokładnie 9 lat temu, również w święto Miłosierdzia Bożego.

Po trzecie, trwali jednomyślnie w świątyni. Jednomyślność nie brała się z faktu, że wszyscy myśleli tak samo. Jednomyślność wynikała z udziału w Eucharystii, która sprawia jedność. Jeden chleb łączył pana i niewolnika, Żyda i Greka. Czy dzisiaj potrafimy jeszcze być jednomyślni w wierze? Taka jednomyślność nie wymaga zmiany poglądów, one same nie są przeszkodą, jak długo pełnią rolę im przypisaną. Jedność zaś wynika z czegoś o wiele bardziej fundamentalnego dla człowieka.

Niedziela Miłosierdzia to również Godzina Miłosierdzia. Od pewnego czasu jest ona szczególnie istotna w tradycji katolickiej. Gdyby jednak zapytać przeciętnego wierzącego, jakie w związku z tym ma skojarzenia, niewątpliwie odpowiedziałby, że św. Siostra Faustyna i godzina piętnasta. Czy jednak o to chodzi w tej szczególnej godzinie? Co prawda apostołowie uzdrawiali wielokrotnie wchodząc do świątyni właśnie o dziewiątej godzinie dnia (czyli o piętnastej). W tajemnicy miłosierdzia nie chodzi jednak o prywatne objawienia zakonnicy (one niczego do wiary nie dodają), nie chodzi też o magicznie rozumiany czas. Wystarczy dodać, że kiedy my obchodzimy Godzinę Miłosierdzia, w Jerozolimie jest już szesnasta. Chodzi zatem o moment śmierci Jezusa, z którego wypływa nasze odkupienie i miłosierdzie. Warto o tym pamiętać, by nie rozpływać się w rzeczach drugorzędnych.

I ostatnie zdanie, szczególnie istotne, ale i trudne, które znajduje się w Ewangelii na tę niedzielę. Znamy je dobrze: „Którym grzechy odpuścicie, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”. Niestety często zapomina się, że to ważne zdanie, odnoszące się do sakramentu pokuty jest poprzedzone innym: „Weźmijcie Ducha Świętego”. Oznacza to, że kapłan nie jest suwerenem, który może autonomicznie decydować o losie drugiego człowieka. Oznacza to, że gdy głosi Ewangelię i ktoś ją przyjmuje otrzymuje odpuszczenie z faktu siły Słowa Bożego, natomiast komu głosi się i nie przyjmuje, temu grzechy są zatrzymane, bo odpuszczenie może być tylko z wiary. Oznacza to, że zarówno kapłan, jak też penitent muszą przyjąć Ducha Świętego, po to, by jeden mógł wyznać, a drugi odpuścić w Duchu Świętym. W przeciwnym razie zapomina się, że wszelka władza pochodzi od Boga i nie ma znaczenia, kto ją uzurpuje. Jeśli robi to kapłan, jest to tym bardziej smutne, bo nie dość, że wtedy jego odpuszczenie czy zatrzymanie grzechów nie ma większego znaczenia, to na dodatek ośmiesza posługę.

To kilka myśli, które mam nadzieję, że choć trochę przybliżą sens Niedzieli Miłosierdzia.

Wezwani po imieniu

Druga Niedziela Wielkanocna jest jednocześnie świętem Bożego Miłosierdzia. Dlaczego tak ścisły związek zmartwychwstania i miłosierdzia? Może dlatego, że podobnie nierozłączne są tajemnica świętości i tajemnica nieprawości. Nieprawość nie oznacza wbrew pozorom relacji (czy jej braku) do prawa. Oznacza raczej sposób rozumienia motywu naszego postępowania. Człowiek postępuje zgodnie z własnym sumieniem. Może w nim jednak usłyszeć wyzwalający głos Boga albo wyłącznie swój własny głos. Kiedy sumienie coś mi nakazuje, czy zastanowiłem się kiedyś czyim głosem? To tak jak posłuchać własnych myśli. Ale skoro je słyszę, czyim głosem są wypowiadane?

Często mówi się, że jeśli ktoś sam nie grzeszył, nie robił czegoś, nie zrozumie drugiego człowieka. Tymczasem, to właśnie człowiek interpretujący swoje życie przez grzech ma niewielkie szanse usłyszeć podpowiedź wyjścia z sytuacji. Grzech potrafi zastąpić wiarę. Potrafi dać człowiekowi słowo jak postępować, potrafi celebrować nieprawość na wzór święta, potrafi nawet rozgrzeszyć i pocieszyć. Grzech rozgrzeszający grzesznika… Obraz godny pożałowania i współczucia. O tym właśnie współczuciu Boga wobec rozgrzeszającego się grzechu jest ta niedziela.

W Ewangelii według św. Marka, i tylko w niej, po zmartwychwstaniu zostają wezwani uczniowie i Piotr. Piotr po imieniu. Św. Grzegorz Wielki interpretuje to w ten sposób, że sam Piotr nie zdobyłby się na odwagę, by wrócić. Dla niego, podobnie jak dla Judasza, po zdradzie historia się skończyła. Dramat Piotra był tym większy, że ciągle żył. I dlatego zostaje wezwany do Galilei. Wezwany po imieniu, by na nowo mieć nadzieję.

Niedziela miłosierdzia jest dla tych, którzy uznali już, że ich historia z Bogiem się skończyła. Gdyby nie to wezwanie nikt z nas nie miałby odwagi wrócić. Ta niedziela jest niedzielą usłyszenia na nowo swojego imienia. To nie Bóg zapomniał. To człowiek zapomniał o Nim.

A On wzywając po imieniu mówi każdemu: Twoja historia ma szansę rozpocząć się na nowo!