Błogosławieństwa, czyli co? Są takie tematy, na temat których powiedziało się już wszystko. Przynajmniej tak się może wydawać. A jednak… Można z nich uczynić nowe prawdy wiary i tak właśnie definiować chrześcijaństwo: ubóstwo, smutek, egzystencja bez znaczenia, poddanie się niesprawiedliwości, łatwe przebaczenie, abstynencja seksualna, zgoda na prześladowanie. Można też przywołać K. Marksa, by stwierdzić, że takie ich rozumienie to nic innego jak „opium dla ludu”. Robimy krzywdę wierze, kiedy w taki właśnie sposób próbujemy przeinaczyć błogosławieństwa. Jeden z moich profesorów mawiał, że kiedy zabrakło w Kościele prześladowań, zaczęto wymyślać inne niedole. Może to uproszczenie, a może coś, co ma jednak głęboki sens.
Błogosławieństwa porządkują życie. Można przywołać dwa skrajnie różne podejścia do życia. Jedni cieszą się nim bez konsekwencji. Drudzy próbują płacić z góry, nawet nie próbując życia zasmakować. Błogosławieństwa porządkują życie, ponieważ uczą z jednej strony, by nie cieszyć się bezmyślnie, z drugiej zaś przestrzegają, by nie zaczynać od płaczu, bo i tak kiedyś radość się skończy. Błogosławieństwa uczą przede wszystkim pokonywania natury, i nie chodzi o żywioły, ale o pokonywanie samego siebie. Znajomy, który prowadzi szkołę wspinaczki skałkowej opowiadał mi kiedyś, że są dwa typy adeptów tej trudnej sztuki. Pierwsi niby chcą się wspinać, ale ich główne zainteresowanie to techniczna kwestia wytrzymałości liny. Drudzy chcą się wspinać, by pokonać siebie, swoje lęki i ograniczenia. Podobnie jest z wiarą i błogosławieństwami. One nie są po to, by je ubóstwiać, ani też po to, by przed nimi uciekać. One uczą pokonywania siebie.
Reszta Izraela. Od reszty zaczyna się wszystko, co wielkie w Piśmie Świętym. Ale znowu, resztę można rozumieć dwojako. Reszta to ci, którzy jeszcze zostali ze starego porządku oraz reszta biblijna, czyli ci, którzy porzucili stare, by stać się zaczynem nowego. Zbyt łatwo nazywamy siebie resztą, gdy inni nas opuścili. Ale czy jesteśmy zaczynem? Nie szukajmy dla wiary kontekstu. Rozpoczynając nowe w taki sposób jesteśmy podobni do człowieka, który chciałby śpiewać, ale jednocześnie stawia warunek – nie zaśpiewa bez sceny. A przecież najważniejszy nie jest sceniczny kontekst, ale prawdziwy talent i pragnienie śpiewania. Kontekst przyjdzie z czasem. Najlepszym przykładem są relacje międzyludzkie. Ze starego sposobu odnoszenia się dzieci do rodziców, męża do żony pozostało dziś niewiele. Ale czy to musi oznaczać, że relacje z założenia muszą być gorsze? Bądźmy błogosławieni, czyli szczęśliwi, czyli odważni, a to oznacza zdolnych do bycia zaczynem.
