Bezbożna pobożność. Kiedy po raz pierwszy o tym pisałem, temat wydawał mi się wręcz obrazoburczy. Dziś, po trzech latach, gdy opadły pierwsze emocje, które temu towarzyszyły, uważam, że problem pozostaje aktualny. Biblijne słowa: „Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami – mówi Pan” (Iz 55,8) dobrze oddają to, co nazywam pobożnością bezbożną. Nasze myśli pozostają bowiem naszymi myślami, a nasze drogi – naszymi drogami. Możemy przy tym być głęboko przekonani, że myślimy i postępujemy po Bożemu. I właśnie tutaj pojawia się niebezpieczeństwo: pobożność może stać się bezbożna nie wtedy, gdy odrzucamy Boga, lecz wtedy, gdy własne myśli, przekonania i drogi zaczynamy bezwiednie uznawać za Jego myśli i Jego drogi. Jak długo nie dostrzegamy tej różnicy, tak długo grozi nam bezbożna pobożność. Piszę „nam”, ponieważ nie jest to problem jakiejś określonej grupy ludzi. Takiej pobożności może ulec każdy – również piszący te słowa.
Umowa czy relacja? Sięgnijmy po przykłady z życia. Czy miałaby sens próba wyceny tego, co żona lub mąż robią dla wspólnego domu i dla siebie nawzajem? Przecież nie chodzi tylko o pieniądze. Bycie razem ma również bardzo konkretne konsekwencje: rezygnujemy z części spotkań, ograniczamy niektóre zainteresowania, poświęcamy swój czas właśnie po to, by być z mężem czy żoną. Pytanie o wynagrodzenie za ten czas brzmiałoby niedorzecznie. Najlepszą zapłatą jest przecież sama relacja łącząca bliskie sobie osoby. Może jednak przyjść moment, w którym okaże się, że ta relacja nie była prawdziwa, że ktoś nadużył naszego zaufania, a tym samym również naszego poświęcenia. Wtedy człowiek próbuje niekiedy – nawet na drodze sądowej – niejako „odzyskać” to, co utracił: czas, wysiłek, zaangażowanie, a czasem także ich finansowy wymiar. Czy z Bogiem nie jest podobnie? Jeśli nasza relacja z Nim opiera się na zaufaniu, nie liczymy przecież poświęconego Mu czasu. Nie pytamy o pierwszą i ostatnią godzinę pracy ani nie podsumowujemy nadgodzin przepracowanych na rzecz wiary. Bo prawdziwa relacja nie jest rachunkiem należności. Jej wartością jest to, że jesteśmy z Tym, któremu ufamy.
Czym jest moja wiara? Można przeżywać swoje chrześcijaństwo w perspektywie przyszłych zysków, przyjmować sakramenty ze względu na bliżej nieokreśloną obietnicę, modlić się po to, by kiedyś – w przyszłości – spotkać Boga. Ale co mam teraz? Może trzeba sobie uświadomić, że chrześcijaninem jestem już teraz, a wiara – za św. Pawłem – już teraz jest dla mnie zyskiem. Sakramenty mogę przyjmować dlatego, że podtrzymują życie wiary, które już mam. Mogę wreszcie się modlić, czyli rozmawiać z Bogiem, który nie czeka na mnie gdzieś w odległej przyszłości, ale jest tuż obok. Bo jeśli nie ma Go w mojej modlitwie, to z kim właściwie rozmawiam? Nie banalizujmy tego pytania. Ono jest naprawdę ważne: z kim rozmawiam, kiedy się modlę?
Robotnicy ostatniej godziny. Oni otrzymają Boga u kresu życia. Ja mam Go przez cały czas. Czego więc miałbym im zazdrościć? Czy wolałbym teraz Go nie mieć? Bezbożna pobożność jest jak chodzenie na koncerty bez słuchu, jak odwiedzanie galerii sztuki bez elementarnej wrażliwości na piękno. Jest niedzielną udręką chrześcijanina, który spełnia religijne powinności, ale zatracił Tego, dla którego je spełnia. Dlatego powrót do tematu sprzed trzech lat pozostaje aktualny. Nie chodzi bowiem o piętnowanie człowieka słabego i grzesznego za to, że nie potrafi jeszcze się podźwignąć, że wciąż woła do Boga jak upadły i trędowaty. Przeciwnie. Chodzi o tych pobożnych, którzy Boga już nie potrzebują. Los „bezgrzesznych”, zapatrzonych w siebie i skrupulatnie wyliczających cudze grzechy, jest o wiele bardziej godny pożałowania niż los ludzi słabych i grzesznych. Człowiek grzeszny ma prawo głosić Boga — nawet z głębokości własnej słabości, nawet z głębokości własnego grzechu. Nie chodzi przecież o bezgrzeszność. Chodzi o to, by próbować żyć pobożnie z Bogiem. Bo próba życia z Bogiem, podejmowana pomimo upadków, jest więcej warta niż „bezgrzeszne życie” bez Niego. To drugie jest podręcznikowym przykładem bezbożnej pobożności.
